sobota, 12 marca 2016

Epilog

Epilog.

Chłodny wiatr delikatnie poruszał gałęziami drzew. Płacząca wierzba chwiała się półprzytomnie ponad żelazną bramą, która poskrzypywała raz po raz, naznaczona zębem czasu. Niebo tego dnia spowijały ciężkie chmury koloru przytłaczającej szarości. Przyroda potęgowała smutny nastrój tego miejsca. Szereg szumiących olch majaczył w oddali, otaczając cmentarz.

Młodzieniec, ubrany w długi, sięgający kolan, czarny płaszcz, minął wejście. Wpatrzony w jakiś punkt przed sobą, zmierzał do obranego wcześniej celu, nie przystając ani na chwilę. W końcu zatrzymał się, pochylił nad grafitową płytą nagrobną i zastygł w milczeniu, jakby czas przestał dlań istnieć. Dziewiętnastoletni Augusto w skupieniu wpatrywał się w tablicę, pogrążony w zadumie. Choć jego stopy dotykały ziemi, myśli znajdowały się gdzieś daleko. Nie czytał napisów na pomniku, znał je na pamięć. Nawiązywał kontakt. W głębi serca mówił, szeptał, krzyczał i oczekiwał odpowiedzi. Wierzył, że przyjdzie. Wiedział, że przyjdzie. Przychodziła, czuł to. Po dłuższej chwili, przyklęknął, uczynił znak krzyża i przejrzał, zdając sobie sprawę z istnienia rzeczywistości. Postanowił poświęcić jej chwilę swojej cennej uwagi, ale tylko chwilę.
Dostrzegł mężczyznę około trzydziestki, pochylonego nad jednym z sąsiednich nagrobków. Zapalił znicz, po czym westchnął i odszedł. Augusto śledził przez chwilę jego poczynania, pozostając niezauważonym. W końcu i on podszedł do owej mogiły. Była skromna. Przytłaczająco szara płyta nie lśniła ani odrobinę. Tablica była uszkodzona i ledwie dało się odczytać napis "Julio Ladrón". Stał tam tylko jeden znicz, w którym tlił się słaby płomyk. Młodzieniec zastanawiał się, dlaczego Javier odwiedza ten grób. Nie był to nikt z rodziny, a przynajmniej on nigdy o tym człowieku nie słyszał.

Augusto wrócił do domu. Willa Castillo nie zmieniła się znacząco w ciągu ostatnich lat. Salon był jasny i wysprzątany, drzwi gabinetu zamknięte, a z kuchni wydobywał się niepowtarzalny zapach domowego, pieczonego ciasta.

- Augusto! - zawołał ktoś. Chłopak zobaczył eleganckiego, wysokiego mężczyznę, który uśmiechał się przyjaźnie. - Wróciłeś!
Ramallo posiwiał i zgarbił się nieco. Młodzieniec przywitał go uśmiechem. Kilka miesięcy temu wyjechał na studia, dziś składał zaś wizytę w domu. Wróciwszy do Buenos Aires, najpierw udał się na cmentarz, aby następnie odwiedzić bliskich. Radosny okrzyk przywołał do salonu kolejną osobę. Olga, która, odkąd pamiętał, była dla niego jak matka, od razu wzięła chłopaka w ramiona i zaczęła zadawać szereg pytań, nie dając nikomu dojść do słowa. W końcu oznajmiła, że szykuje kolację, która będzie wyjątkowa, bo "przyjechał nasz mały Augusto".
Gdy zniknęła w kuchni, młodzieniec wszedł do salonu, gdzie zastał ciemnowłosą kobietę o przenikliwym spojrzeniu w towarzystwie mężczyzny, którego Augusto spotkał parę chwil temu na cmentarzu. Javier uśmiechnął się do młodzieńca, który zauważył, że kilkudniowy zarost dodawał mu powagi.
- Witaj, Carmen - Augusto skłonił się lekko żonie blondyna. - Cześć, Javier. Bardzo miło was widzieć.
Nie było im dane długo rozmawiać, gdyż do salonu wpadł jakiś dzieciak, a zaraz za nim następny. Carla i Pepe byli dziećmi Carmen i Javiera. Bliźniaki były całkiem do siebie niepodobne. Dziewczynka miała piegi i słomkowy warkocz, a jej brat ciemne, kędzierzawe włosy. Ucieszyli się na widok "wujka". Do salonu przyszedł też Miguel. Wyglądał bardzo poważnie z prostokątnymi okularami na nosie.
Zanim Olga zawołała wszystkich na kolację, zjawili się kolejny goście. Violetta i Leon przyjechali w odwiedziny. Leon spoważniał i stracił część włosów, z kolei Violi nawet włosy związane w wysoki kok nie dodawały powagi. Na jej twarzy wciąż błąkał się dziewczęcy urok. Miała na sobie różowy żakiet i kremową sukienkę z wstążką.
- Augusto, jak dobrze cię widzieć - powiedziała. Leon zawtórował jej, po czym oznajmił, że pod drzwiami czekała jakaś paczka. Violetta przyjrzała się jej i stało się jasne, że to przesyłka od Brunhildy.
- Jest twoją fanką - mruknęła Carmen.
- To miłe z jej strony - powiedział dość obojętnie Augusto i postawił paczkę na fortepianie.
W tym momencie Olga krzyknęła, że kolacja jest gotowa. Dzieciaki urządziły wyścig do jadalni, wszyscy pozostali udali się tam spokojnie.
Nad stołem unosił się zapach pieczonego kurczaka i aromatycznych przypraw. Wszyscy zasiedli do stołu, przy którym ledwie starczyło krzeseł dla każdego. Potrawy smakowały wyśmienicie. Olga była w końcu doskonałą kucharką.
Z początku wszyscy toczyli żywą dyskusję, zadawali pytania, szczególnie nagabując Augusto, bowiem każdego ciekawiły jego losy. Później jednak do głosu doszła Violetta, która snuła namiętnie opowieść o przygodach swoich i jej męża. Leon tylko potakiwał, gdy mówiła o światowej trasie, publiczności i zaplanowanych koncertach, chociaż wszyscy szybko przestali jej słuchać, koncentrując uwagę na jedzeniu, które było dużo bardziej interesujące.
Gdy wszyscy się nasycili, Augusto, po odejściu od stołu, zasiadł przed fortepianem. Wysłużony instrument nadal brzmiał czysto i głęboko. Wszyscy zbiegli się dookoła, aby posłuchać, jak gra Augusto. Nawet Carla i Pepe zaniechali na chwilę swoich zwykłych wygłupów. Usiedli na podłodze, opierając się o siebie plecami. Dziewczynka o włosach koloru dojrzałej pszenicy przymknęła nawet oczy. Nie bez powodu mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje.
Młodzieniec wziął głęboki oddech i ułożył dłonie o długich palcach na klawiszach fortepianu. Zaczął od kilku zdawkowych dźwięków, które po chwili przerodziły się w melodię "Marsza tureckiego". [KLIK]

Tony unosiły się i opadały. Dźwięki rozbrzmiewały z niezwykłą lekkością, zalewając pokój. Augusto skupił całą swoją uwagę na grze. W melodii drzemały emocje, smutek i radość, ból i szczęście, ciekawość i znudzenie. Czas na chwilę się zatrzymał. Gdy skończył, zapanowała cisza. Wszyscy pogrążyli się w niemym transie, uwiedzeni talentem chłopaka o czystej duszy.
W końcu dało się słyszeć mącące ciszę delikatne oklaski Ramallo. Augusto spojrzał w stronę, z której dochodziły. Mężczyzna klaskał w swoje potężne dłonie, uśmiechając się szeroko. Stojąca obok Olga, opierała głowę na ramieniu męża. W jej oczach zalśniły łzy.


Następnego dnia rano Augusto powędrował w stronę kościoła i skierował się ku plebanii, z zamiarem złożenia wizyty u księdza Roberta Oscuro. Dotarłszy, zapukał. Drzwi plebani, pomalowane zieloną farbą, która łuszczyła się niemiłosiernie, uchyliły się z głośnym skrzypnięciem. Starsza kobieta zmierzyła Augusto wzrokiem. Czepiec zakonny opadał jej na czoło, nadając groźnego wyglądu.

- Z kim mam przyjemność? 
- Nazywam się Augusto Castillo, przyszedłem do księdza Oscuro.
Jej twarz rozpromieniła się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
- Ach, to Ty, Augusto. Ksiądz Robert wspominał, że wpadniesz - wpuściła go do środka. - Może herbatki?
- Z chęcią. Ksiądz jest w swoim gabinecie?
- Właściwie to... Wyszedł na chwilę.
- Ach... Więc może przyjdę później - zaczął młodzieniec.
- Nie! To znaczy... Jestem pewna, że za moment wróci. Usiądź, kochaneczku, ja zaparzę herbaty.
Augusto chciał odmówić, lecz kobieta rozpaliła już gazowy palnik pod czajnikiem. Spełnił zatem jej prośbę i usiadł przy stoliku, obserwując poczynania staruszki. Gdy skończyła, zajęła miejsce naprzeciwko chłopaka, uśmiechając się.
- Jak tam twoje studia, mój drogi? - zapytała.
- Och, bardzo dobrze. Dużo się nauczyłem - odpowiedział z zapałem.
Unosząc filiżankę do ust, zauważył nieznaczne pęknięcie wzdłuż delikatnego złocenia.
- Twoja mama byłaby z ciebie dumna - westchnęła staruszka, nie odrywając od niego wzroku.
Augusto odstawił szybko naczynie i już chciał coś powiedzieć, lecz przeszkodził mu w tym dźwięk otwieranych drzwi. Wrócił Oscuro.
Podpierał się drewnianą laską. Jego włosy całkiem oprószyła siwizna, twarz miał pooraną zmarszczkami. Pozdrowił staruszkę i uśmiechnął się nieznacznie na widok chłopca.
- Dzień dobry - powiedział.
- Szczęść Boże. Jak zdrówko? - odezwała się kobieta.
- W porządku - odparł lakonicznie, skręcając lekko głowę, aby dać gospodyni do zrozumienia, że chciałby zostać sam na sam z Augusto. Ta jednak nie zauważyła lub zwyczajnie zignorowała ten gest.
- Napije się ksiądz herbatki? - spytała.
- Podziękuję. Augusto, czy mógłbym, zaprosić cię na chwilę do mojego gabinetu?

- Naturalnie - odpowiedział natychmiast młodzieniec, podnosząc się.
- Zabierz swoją herbatę, jeśli chcesz.
Robert posłał krótkie spojrzenie gospodyni, po czym, podpierając się laską, ruszył w stronę swojego gabinetu. Augusto poszedł za nim, dziękując kobiecie za uprzejmość.
- Usiądź - powiedział krótko Oscuro, zamykając drzwi.
Młodzieniec usiadł i wypił resztę herbaty, podczas gdy mężczyzna zdejmował z siebie płaszcz. Posłał spojrzenie w stronę chłopca, szybko przenosząc wzrok na filiżankę. Wydawał się niespokojny. 

- Wypiłeś już? - zapytał. Augusto, zbity z tropu tym pytaniem, potwierdził skinieniem głowy i odstawił naczynie. Robert chwycił je pożądliwie i odwrócił się. Młodzieniec obserwował, jak uparcie polerował je jedwabną szmatką, mamrocząc przy tym pod nosem coś o "jego własności". W końcu odstawił filiżankę do kredensu i zamknąwszy drzwiczki, uspokoił się w końcu. Zajął fotel naprzeciwko bruneta. 
- Przepraszam za spóźnienie, msza się przeciągnęła. 
- Nic się nie stało, mam sporo czasu.
- Czas ucieka, wieczność czeka - mruknął Oscuro, unosząc nieznacznie kąciki ust. - Widziałeś się już z Javierem? Obiecał, że wpadnie obejrzeć mecz z siostrami. Siostra Hortensja go wprost uwielbia. 
- Tak, przepraszał, że nie przyszedł w zeszłym tygodniu, ale miał dyżur. Ostatnio często zostaje po godzinach, bo komendantowi nie spodobał się wzrost liczby kradzieży w ostatnim kwartale. 
- Los policjanta. Wiesz, że twoja mama też miała sporo przygód związanych z policją? 
- Serio? Ciocia Olga nigdy mi tego nie opowiadała.
- Naprawdę. Nawet kiedyś uciekała przed policją motocyklem. - Oczy Roberta zamgliły się od napływu wspomnień. - To chyba nawet nie był jej motocykl. Zdaje się, że miała go od swojego chłopaka. 
- Taty?
- Nie, nie. Inny wspaniały człowiek. Niestety, żył bardzo krótko.
- Proszę księdza...
- Robercie, proszę.
- Robercie, znałeś moich rodziców, prawda? Jak oni właściwie zginęli? Wujek i ciocia zawsze unikali tego tematu.
Ksiądz otworzył usta, ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć, drzwi gabinetu otworzyły się. Stanęła w nich niska, drobna kobieta. W dłoniach trzymała kilka niezwykle grubych ksiąg. Na widok Augusto zawahała się, ale Oscuro dał jej dłonią znak, by weszła.
- Przepraszam, nie wiedziałam, że ktoś u ciebie jest... Przyszłam tylko oddać książki, które pożyczyłam. Znakomite.
Augusto grzecznie wstał. Nagle rozpoznał nieznajomą. Koło oczu i ust zaczęły się jej tworzyć zmarszczki, a na nosie miała teraz okulary, ale niewiele się zmieniła.
- Przepraszam, pani Emilie?
- Tak, to ja - odłożyła woluminy na biurko i poprawiła okulary. - Augusto? Nie widziałam cię od dobrych dwóch lat!
Uściskała młodzieńca i zerknęła na księdza ze srogą miną.
- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że wpadnie? 
- Nie sądziłem, że tak dobrze się znacie. 
- Na litość boską! Pomagałam przecież pani Oldze opiekować się nim co czwartek.
- Teraz pamiętam. Wybacz, starość nie radość - posłał kobiecie potulne spojrzenie. - Ale mnie też prawie nie odwiedza.
- Augusto, jak ty wyrosłeś! - znowu przeniosła uwagę na młodego Castillo. - Co u ciebie?
- Dobrze, dziękuję. Zacząłem niedawno studia. Wszystko się jakoś układa. A co u pani? Jak zdrowie pani męża? Nie widziałem go jeszcze dłużej niż pani. 
Oczy Emilie i Roberta spotkały się. Oscuro zacisnął szczękę i wbił wzrok w filiżankę, stojącą na regale. Twarz kobiety zbladła, jakby odpłynęła z niej cała krew. 
- U mnie wszystko dobrze, dziękuję. U męża również. 
- Cieszę się. Pamiętam, bawił się kiedyś ze mną w chowanego. Świetny człowiek - Augusto zerknął na księdza. - Znasz go, Robercie? 
- Oczywiście. Osobiście udzieliłem im ślubu. 
Głos Oscuro nie zadrżał, ale nagle wydał się stary, dużo starszy niż jeszcze przed sekundą. Może była to kwestia zmatowienia blasku w oczach, może kwestia pogłębienia zmarszczki na czole. Castillo nie wiedział, ale czuł, że coś było nie w porządku. 
- Przepraszam, ale nie chcę przeszkadzać. Na mnie już pora - znowu przytuliła Augusto i kiwnęła głową w stronę duchownego. - I liczę, że wpadniesz do mnie na obiad w tym tygodniu, młody człowieku. 
- Oczywiście, z największą przyjemnością - odparł chłopak, ale kobiety już nie było. - Robercie, powiedziałem coś nie tak? 
- Słucham? - mężczyzna zamrugał. - Nie, nie. Po prostu się zamyśliłem. O czym rozmawialiśmy?
- O moich rodzicach, o tym jak odeszli... Nie musimy o tym rozmawiać, jeśli nie chcesz.
- Opowiem ci o tym. Chyba jesteś już na to gotowy - Augusto skinął głową, więc żczyzna kontynuował. - To było wkrótce po twoim narodzeniu. Miesiąc? Coś koło tego. Twoi rodzice byli wtedy bardzo szczęśliwi. Od roku byli małżeństwem, niedawno narodził się ich upragniony syn... Często przychodziłem w odwiedziny. Pamiętam, ty leżałeś w takiej drewnianej kołysce, a Angie, twoja mama, śpiewała ci kołysanki. German czasami grał na pianinie, a czasami siedział tylko obok i przysłuchiwał się. Był wpatrzony w żonę jak w obrazek. Ona w niego też. Oboje byli dorosłymi ludźmi z zawiłym życiorysem, a mimo tego, zachowywali się jak dzieci. A jak opowiadali ci bajki... Każde z nich dodawało coś od siebie, więc Śnieżka zatruła się szminką kupioną od nieznajomej, a Roszpunka była mężczyzną w peruce. Byli jak ogień i woda. Bujająca w obłokach nauczycielka muzyki i światowej klasy inżynier, który uwielbiał, gdy wszystko chodziło jak w zegarku. Przy sobie każde z nich stawało się najlepszą wersją samego siebie. Zazwyczaj. Tego dnia... Jechali gdzieś z tobą samochodem. Nie pamiętam już gdzie i po co. Chyba chodziło o zwykłą wycieczkę, ale pewny nie jestem. Wyjechaliście z miasta i jechaliście na północ. To był piękny, słoneczny dzień. Pierwszy, prawdziwy dzień lata. Specjalnie wybrali mało uczęszczaną drogę, żeby nie stać w korku. Nie znam szczegółów, dowiedziałem się o tym dopiero nazajutrz. Ale z tego, co się orientuję, samochód zjechał z trasy i dachował, staczając się po zboczu. Jakiś rolnik zobaczył z daleka, co się stało i wezwał pomoc. Oboje zginęli na miejscu, bo liczne uderzenia zgniotły dach i uszkodziły przednią szybę. Ty byłeś mniejszy i lepiej zapięty, więc wyszedłeś z tego tylko z kilkoma zadrapaniami. Nie mam pojęcia, dlaczego pojazd zjechał z trasy. Policja też nie potrafiła tego stwierdzić. Twój tata był znakomitym kierowcą. Wszyscy byli w szoku. Ja też, w końcu widziałem ich na kilka dni przed całym zdarzeniem
Augusto milczał, słuchając opowieści księdza. Choć łzy napłynęły mu do oczu, nie zaczął płakać ani krzyczeć. Nie pamiętał rodziców, choć wiele razy widział ich na fotografiach. Piękni ludzie z przyszłością stojącą otworem. Przymknął oczy, przypominając sobie nagranie z wesela, które wręczył mu kiedyś Ramallo. Mama tańczyła lekko, odrzucając energicznie blond włosy, zaś tata uśmiechał się ciepło, podobno w myślach zawsze licząc kroki, by się nie pomylić. 
- Jesteś do nich bardzo podobny - nagła uwaga Oscuro przykuła uwagę młodzieńca.
- Często to słyszę.
- Bo to prawda. German miał takie same włosy i uśmiech, ten sam kształt twa twarzy i chód. Ale szczupła sylwetka i te zielone oczy... To zawsze wyróżniało Angie. Jesteś też pogodny i zdobywasz sympatię wszystkich, zupełnie jak ona. Ale jesteś dużo spokojniejszy i rozważniejszy - Oscuro mrugnął porozumiewawczo. - Była bardzo żywą osobą.
- Dlatego uciekała przed policją na motocyklu? - Augusto zaśmiał się. 
- Nie tylko dlatego. I nie tylko ten raz - ksiądz usiadł wygodnie na fotelu. - Chcesz usłyszeć historię, jak twoi rodzice poszli na plac zabaw i skończyli na komendzie?

Kiedy Augusto opuścił plebanię, świat tonął już w ciemności. Wyjął z kieszeni paczkę papierosów i wybrał jednego. Światło zapalniczki rozproszyło na chwilę mrok. Zaciągnął się i wypuścił chmurę dymu. Miał czas. Obiecał, że wróci przed jedenastą. Przez chwilę rozważał usłyszane u księdza informacje i nagle zrozumiał dokąd powinien się udać. Poprawił kołnierz płaszcza i zdecydowanym krokiem ruszył ciemnymi ulicami z żarzącym się papierosem w ustach. Kościół był oddalony od jego celu tylko o kilka przecznic, więc po chwili marszu stanął przed wysokim, ceglastym budynkiem. Solidna, elegancka tablica ponad wejściem głosiła "Studio Muzyczne im. Angeles Castillo". Augusto ze smutnym uśmiechem zerknął na napis i wszedł do środka.

Wnętrze wyglądało inaczej niż Studio On Beat, którego zdjęcia kiedyś oglądał. Ściany w holu pomalowano na delikatny, kremowy kolor, a pod ścianami stały turkusowe sofy. Wszystko zdawało się być dojrzalsze, jakby i ta szkoła dorosła razem z nim. Ściany zdobiły zdjęcia przedstawiające przedstawienia uczniów, często w zastawieniu z ich nauczycielami. Jedno z nich przedstawiało grupę uczniów, wśród których byli Violetta oraz Leon. Ona, cała w różu, uśmiechała się radośnie, przytulona do dwóch innych dziewczyn. Rozpoznawał je, czasami wpadały nawet do domu, przynosząc ciasta i rozmawiając z ciocią oraz wujkiem. Obok stał Leon. Z jakiegoś powodu widok Leonowej grzywki rozbawił go. Chłopak stał w otoczeniu kolegów, dzisiaj już dorosłych mężczyzn. A za nimi, jakby w cieniu, stała jego mama. Jasne, kręcone włosy opadały jej na ramiona. Ona także uśmiechała się szeroko, jakby chciała pokazać całemu światu, jak wygląda prawdziwa radość. Uwielbiał to zdjęcie.
- Czy mogę w czymś panu pomóc?
Odwrócił się i dostrzegł kobietę. Miała groźną, chudą twarz i koka na czubku głowy.
- Dzień dobry, pani profesor.
Profesor Jackie Gancho uczyła tu tańca odkąd pamiętał. On też brał u niej lekcje. Była niezwykle wymagająca, ale podobno przed wyjściem za mąż była jeszcze gorsza. Doktor Blas często wpadał w przerwie na lunch, aby przynieść jej dietetyczną sałatkę. Nie był najsympatyczniejszy, ale i tak wzdychała do niego znaczna część uczennic.
- Przyszedłeś odwiedzić stare mury?
- Przechodziłem i pomyślałem, że wstąpię. Czy dyrektor Beto jest u siebie?
- Minęliście się, wyszedł dziś kwadrans wcześniej, bo musi odebrać córkę z przedszkola - wyjaśniła.
- Jaka szkoda. A pani profesor ma jeszcze zajęcia?
- Trwają próby do przedstawienia - wyjaśniła. - Nie bez przyczyny jesteśmy najlepszą uczelnią muzyczną w kraju. A teraz przepraszam, ale jestem przekonana, że pierwszoklasiści nadal nie znają kroków.
Po tych słowach wykonała obrót o 180 stopni i majestatycznie weszła do sali po lewej. Przez uchylone drzwi młodzieniec dostrzegł grupę ludzi w szkolnych mundurkach. W szkole nadal hołdowano idei wspólnoty i dobrej zabawy, ale jednocześnie wprowadzono reguły, które pomogły zwalczyć waśnie między uczniami, które niegdyś miały tu miejsce. Co więcej, dyrektor Beto, wkrótce po objęciu stanowiska, wprowadził stypendia dla zdolnej młodzieży, dzięki czemu do szkoły trafiały najwybitniejsze osoby. Augusto także szczycił się dyplomem absolwenta, co bardzo cieszyło zwłaszcza Olgę, z rozrzewnieniem wspominającą, jak szkołę tę kończyła mała Violetta. Zza drzwi dobiegł go harmonijny śpiew. Dopełniała go melodia grana na wielu, wielu instrumentach. Dało się wyróżnić zwłaszcza skrzypce, wiolonczelę i pianino. Nie przysłuchiwał się dłużej. Drzwi szkoły trzasnęły, a on znowu znalazł się na zewnątrz. Stworzeniu na nowo tego miejsca jego mama poświęciła ostatni rok życia, dlatego tu najdobitniej czuł jej obecność. Podobno przychodziła tu będąc w ciąży i pouczała malarzy. A tata dreptał za nią, prosząc, aby usiadła, bo nie może się męczyć.
Od najmłodszych lat, znał swoich rodziców wyłącznie z opowieści. Żartów, anegdot, ckliwych wspominek. Po raz pierwszy czuł się im tak bliski. Spojrzał na swoje odbicie w szybie jednego ze sklepów. Odkąd pamiętał, mówiono mu, jaki to jest podobny do ojca. Rzeczywiście, miał ciemne włosy, zupełnie jak mężczyzna ze zdjęć. Jednak szmaragdowy odcień tęczówek odziedziczył po swojej matce. Westchnął. Musiała być wspaniałą osobą. Szkoda, że nie miał okazji jej poznać.
W domu zjawił się nie wiadomo jak i kiedy. Drzwi otworzyła mu Olga, uśmiechając się. Uwielbiał jej uśmiech. Była dobroduszną kobietą, towarzyszyła mu od zawsze. Jej ciepły uścisk pomagał w trudnych chwilach, a smakołyki, jakie piekła, były po prostu najlepsze na świecie. W praktyce to ona zawsze była jego matką. Wcieliła się w tę rolę całkiem naturalnie. Robiła wszystko, aby dać Augusto to, co najlepsze, zapewnić mu wspaniałe dzieciństwo i bezpieczny dom. Nigdy nie pozwalała mu odczuć, że nie jest jej synem. Kochała go jak matka, chociaż wiedział, że nią nie była. Nie zatajano przed nim prawdy. Uduchowionemu chłopcy o sercu artysty od kołyski towarzyszyło mętne, wciąż utrwalane wspomnienie rodziców. Nie rozmawiano o tym, jak zginęli. Mówiono o tym, jak żyli. Byli dobrymi ludźmi, stanowili wzór do naśladowania. Uśmiechali się z kolorowych fotografii. Patrzyli na niego z góry, o czym zawsze gorliwie zapewniała go Olgita. Tego wieczoru, po raz pierwszy w życiu usłyszał o tym, jak zginęli. Nie dał tego po sobie poznać, lecz coś w sercu ścisnęło go i nie chciało puścić. Ich śmierć stała się czymś realnym, niedalekim, bolesnym. Opuścili go. Gdzie jechali tego dnia? Co się wtedy stało? Jak doszło do tego wypadku? Dlaczego on przeżył? Nie był nikim wyjątkowym. Był niemowlęciem. Dlaczego oni odeszli i nie zabrali go ze sobą? Co byłoby gdyby tego dnia nigdzie nie pojechali? Gdyby wybrali inną drogę? Gdyby nie zginęli? Czy zamiast Olgi, w drzwiach witała go kobieta o szmaragdowych oczach?
- Augusto, co się dzieje? - spytała delikatnie Olga. Chłopak spojrzał na nią niewidzącymi oczyma. Zamilkła. Pogłaskała go dłonią po policzku, najczulej, jak potrafiła. Jej dotyk nie ukoił bólu, jak zwykle to czynił. Widział ją jak przez mgłę, czuł, jak przez szybę. Wydawała mu się odległa, nieznana. Nie mógł dłużej tam stać. Spuścił wzrok i minąwszy kobietę, powędrował na górę.
Zamknąwszy się w pokoju, który zajmował, zanim wyjechał na uniwersytet, usiadł na łóżku i długo nie potrafił zebrać myśli. W końcu jednak dostrzegł przed sobą paczkę, którą przysłała mu Brunhilda. Rozerwał papier i zajrzał do pudełka.
Pierwszą rzeczą, jaka przykuła jego uwagę, była torebka domowych, francuskich ciastek Fornetti, opatrzonych karteczką "Dla słodkiego Auguste". Przysłała mu też karmazynowy krawat, który zgodnie z dołączonym wyjaśnieniem, należał do jego ojca. W końcu znalazł coś, co na dłużej go pochłonęło. Była to koperta, a w niej lekko pożółkła kartka. Brunhilda wyjaśniała, iż jest to list, który jego ojciec przed laty napisał do Angeles. Dodawała, iż długo zastanawiała się, czy wysłać mu tę pamiątkę i kiedy to zrobić, w końcu jednak przyszedł odpowiedni moment. Zaznaczyła też wyraźnie, że choć nigdy nie uważała tego związku za szczególnie "racjonalny", chciała pokazać młodzieńcowi, po raz kolejny, jak wspaniały był jego ojciec.

Wątp, czy gwiazdy lśnią na niebie; 
Wątp o tym, czy słońce wschodzi; 
Wątp, czy prawdy blask nie zawodzi; 
Lecz nie wątp, że kocham Ciebie. 
                                           German

Augusto uśmiechnął się, rozpoznawszy Szekspira. Pomyślał, że ta "nieracjonalna" miłość jego rodziców, była znacznie bardziej romantyczna niż związki, z jakimi on spotykał się na co dzień. Młodzi ludzie, zakochani w sobie, przekonani, jak bardzo siebie kochają, starali się przekonać o tym, nie tyle drugą osobę, co samych siebie i przede wszystkim - otoczenie. Wysyłali sobie sms-y, pisali wiadomości na czatach i chwalili się na portalach społecznościowych. Zawsze wydawało mu się to niemal dziwne, ale teraz, w zestawieniu z miłosnym wyznaniem Germana, było po prostu śmieszne. Młodzi czasów Augusto nie czytali twórczości klasyków, a pisanie na papierze uznawali za staroświeckie. To jasne, że wiadomości, które można skasować jednym dotknięciem palca w chwili złości, czy w celu zwolnienia pamięci, są lepsze niż listy, którymi po latach można się zachwycać.

Z rozmyślań wyrwało go delikatne pukanie do drzwi. Ramallo wszedł do środka, uśmiechając się spokojnie.

- Olga prosiła, żebym z tobą porozmawiał. Możemy?
- Tak, oczywiście, wujku.
Młodzieniec poczuł nagle ukłucie wyrzutów sumienia, gdy pomyślał o tym, jak minął bez słowa kochaną kobietę. Zawsze starał się być dla niej i dla Ramallo jak najmniej kłopotliwy. Nie chciał sprawiać im przykrości.
- Czy coś się dziś stało? - mężczyzna z cichym jękiem usiadł obok Augusto na łóżku. - Jesteś bardzo blady.
- Rozmawiałem z księdzem Oscuro o rodzicach. Powiedział mi, jak... odeszli. Nie chciałem martwić cioci, przepraszam.
- Nie masz za co. Twoi rodzice byli wspaniałymi ludźmi, a my nie chcieliśmy cię obciążać.
- Wujku, czy jest ktoś, z kim mógłbym o nich porozmawiać? Aby to wszystko lepiej zrozumieć. Chciałbym porozmawiać z kimś, kto znał ich od innej strony. Z czasów, gdy jeszcze nie byli razem albo...
Ramallo zdjął okulary i wytarł je o brzeg marynarki. Po chwili znowu nałożył je na nos. Chłopiec wiedział, że w ten sposób maskował poruszenie.
-  Cóż, poza księdzem Oscuro... Twoja mama spędziła trochę czasu z niejaką panią Malvadą. Znasz jej syna, prawda? - Augusto pokiwał głową. Spotkał się z nim kilka razy. - Ale ona mieszka teraz w Szkocji z mężem. Którego poznała zresztą dzięki twojej mamie. Jeżeli chcesz, możesz porozmawiać z doktorem Fidelem. Conrado Fidel, jeśli dobrze pamiętam, przyjaźnił się z twoją mamą. Ale przede wszystkim powinieneś porozmawiać z Pablo Galindo.
- A kto to? Nazwisko wydaje mi się znajome.
- Nic dziwnego. Był nauczycielem Violetty w Studio On Beat. I najlepszym przyjacielem twojej mamy. Znali się chyba jeszcze ze studiów, jeśli nie dłużej. Zawsze podejrzewałem, że się w niej trochę podkochiwał. Miły człowiek, ale nie mam pojęcia, gdzie się teraz podziewa - Ramallo wstał, podszedł do drzwi i położył rękę na klamce. - Adres doktora Fidela znajdziesz w internecie. Prowadzi gabinet psychologiczny gdzieś w centrum.
- Dziękuję, wujku. To wiele dla mnie znaczy.
- A co do twojego taty... Chyba nikt go nie znał lepiej niż Violetta i ja. Poza Angie, rzecz jasna. I Maríą, mamą Violetty.
- Dlaczego tata ożenił się z siostrą zmarłej żony? - pytanie, które od dłuższego czasu czaiło się w zakamarkach duszy Augusto, wyrwało się nagle z jego ust.
- Nie chciał tego. Oboje nie chcieli. Na początku wręcz nie mogli się z tym pogodzić. Musisz wiedzieć, że zeswatanie ich zajęło mi i Oldze całe wieki - Ramallo zaśmiał się z własnego żartu i wyszedł.
Augusto uśmiechnął się słabo. Wujek zawsze starał się mu poprawić humor. Ale pomysł, by odwiedzić dawnych przyjaciół mamy, wyjątkowo przypadł mu do gustu. Mógłby znaleźć kolejne elementy tej dziwnej układanki, którą byli jego rodzice. Ciągle brakowało mu puzzli. Widział obraz, ale niepełny, niedoskonały, wciąż kryjący tajemnice. Potarł twarz dłońmi. Chociaż był potwornie zmęczony, wiedział, że tej nocy nie zaśnie. Włączył więc komputer, aby odnaleźć niejakiego doktora Fidela. Nie zajęło mu to dużo czasu. Po paru chwilach wiedział już, dokąd musi się udać.

Nazajutrz wyszedł z domu wczesnym rankiem. Szedł żwawym krokiem przez park, nieświadom, że przed laty tę samą drogę pokonywała jego matka. Z upływem czasu niewiele się zmieniło. Drzewa niezmiennie szumiały na wietrze, fontanna przyciągała gołębie, starsze panie i zakochanych. Pogoda była słoneczna, powietrze pachniało wiosną. Augusto nie rozglądał się dookoła, jak zwykła czynić to Angeles. Zmierzał wprost do celu.
Gabinet doktora Fidela był już otwarty. Młodzieniec minął drzwi i znalazł się w pustej poczekalni. Zastukał w drewniane drzwi i nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, wszedł. Doktor wbił w niego oczy wyglądające zza krzaczastych brwi, które zmarszczył na widok przybysza. Zapuścił brodę, która dodawała mu powagi. Włosy mu posiwiały i przerzedziły się nieco.
- Dzień do... - zaczął Augusto, ale urwał, gdy pojął, że on i Fidel nie byli sami.
Na jednym z foteli siedział jakiś mężczyzna, na oko po pięćdziesiątce, bardziej jeszcze zarośnięty niż sam lekarz. Jego oczy wpatrywały się w przestrzeń.

- Przepraszam, nie chciałem przeszkadzać - powiedział Augusto i już chciał się wycofać do poczekalni, lecz Fidel zatrzymał go.
- Ależ nic się nie stało. Właśnie kończymy. Mój drogi pacjent już wychodzi - ostatnie zdanie wypowiedział dobitnie wprost do swojego pacjenta. Młody Castillo spojrzał na niego. Ten, wyrwany nagle ze swojego świata, drgnął i zawołał w stronę lekarza:

- Proszę mnie nie wyrzucać, panie Fiedel! W panu moja nadzieja - wymamrotał.
- Proszę się uspokoić, panie Galindo.
- Galindo? - zdumiał się Augusto. - Pablo Galindo?
Zarośnięty facet spojrzał tylko tępo na młodzieńca. Miał zaczerwienione oczy i spuchnięte powieki. Ślady spożywanego przez lata alkoholu. Nie odpowiedział, tylko dźwignął się z fotela i ruszył w stronę drzwi, zderzając się po drodze z futryną i zrzucając gazety ze stolika w poczekalni nieskoordynowanym ruchem ręki. Augusto wyszedł bez wyjaśnienia ruszył za nim. Gdy znaleźli się na świeżym powietrzu, odezwał się.
- Niech pan zaczeka... Pan znał moją mamę. Angie - dodał po chwili.
Reakcja mężczyzny była niesamowita. Powtórzył wymówione przez chłopaka imię niskim, gardłowym głosem i złapał go za kołnierz płaszcza. Augusto poczuł nieprzyjemną woń etanolu, stłumioną nieco przez upływ czasu.
- Angie - powiedział jeszcze raz, dobitnie. - Co o niej wiesz? Gdzie jest!
Brunet, zbity nieco z tropu, nie wiedział, czy rozsądnie będzie przyznawać, iż jest jej synem. Nie miał nawet pewności, czy jego rozmówca był zdrowy na umyśle albo chociaż trzeźwy.
- Ja też ją kiedyś znałem - odparł wymijająco. - Nie widzieliśmy się długo.
Pablo przetarł oczy i wlepił wzrok w jego twarz, zbliżając się tak bardzo, że Augusto mógł dojrzeć z osobna każdą czerwoną żyłkę w przekrwionych oczach mężczyzny.
- Jesteś młody... - wymamrotał. - Ona nie żyje. Od dziewiętnastu lat. Dwóch miesięcy. I sześciu dni.
Ta dokładność zaskoczyła chłopaka. Jak dobrze się znali? Poczuł nagłą chęć odbycia z nim rozmowy.
- Możemy chwilę porozmawiać? Nie zajmę dużo czasu - młodzieniec popatrzył na brodacza błagalnie. - Chodzi w końcu o Angie.
Galindo kiwnął głową i puścił kołnierz Augusto. Zrezygnowany podszedł do stojącej pod drzewem ławki i opadł na nią, jakby uciekła z niego cała energia.
- Czego chcesz?
Castillo usiadł obok.
- Byliście przyjaciółmi?
- Przyjaciółmi? O, tak! - gardłowy śmiech Pabla brzmiał jak kaszel gruźlika. - Byliśmy tacy młodzi... Dwójka smarkaczy, która poznała się przez muzykę. Tylko widzisz, przyjaciela się nie całuje.
Chłopak wstrzymał oddech, niepewny, dokąd zmierza ta opowieść.
- Byliście parą?
- Byliśmy. Ale ten cały German... Wolała jego. Wolała męża własnej siostry, niż mnie. A ja bym dla niej... Wszystko zrobił! - oczy mężczyzny zeszkliły się. - A ona wybrała tego inżynierka.
- Znał pan Germana?
- Tego lalusia? Pewnie, że znałem. Jego córka chodziła do mojej szkoły. Byłem kiedyś dyrektorem... A wiesz, kim teraz jestem? Nikim! A wiesz, jak umarł ten laluś? Nie wiesz, nikt tego nie wie! Nikt tego, do jasnej cholery, nie wie! - po policzkach Galindo zaczęły płynąć łzy, a jego oczy stały się jeszcze czerwieńsze. - Ona zginęła! Nie powinna!
- Dlaczego?
Wściekły mężczyzna wygiął grzbiet jak lew przed rykiem. Żyłki na twarzy i szyi rozszerzyły się.
- Bo była zbyt doskonała! A jak ona śpiewała, Boże! On ją zniszczył. Była przez niego smutna. Nie chciałem tego. Prosiłem... Prosiłem go, aby dał jej spokój! Ale oni się kochali i byli szczęśliwi. Więc co miałem zrobić? - teraz brodacz zaczął szlochać. - Usunąłem się.
- Pan ją naprawdę kochał - stwierdził Augusto ze szczerym zdumieniem.
- Kochałem? Kochałem?! Nie przestawałem o niej myśleć przez ostatnie dziewiętnaście lat! - wybełkotał.
- Cały ten czas...?
- Zawsze.
Młodzieniec zamilkł. Przyglądał się przez chwilę, jak ten dziwny człowiek szarpie się za brodę, wilgotną już od łez. Z tego co mówił można było wywnioskować, że kiedyś był dyrektorem Studio On Beat. Nagle przypomniał sobie fotografię uczniów i nauczycieli, którą oglądał, kiedy podeszła do niego profesor Jackie. Koło mamy stał tam mężczyzna. Zadbany, uśmiechnięty człowiek w nienagannej koszuli. Jego ręka spoczywała na ramieniu Angie. Do tej pory myślał, że był to tylko przyjacielski gest. Ale najwyraźniej kryło się za nim coś więcej. A teraz siedział koło tego samego człowieka ubranego w stary płaszcz z przetarciami na rękawach i zastanawiał się, jak bardzo musiał przeżyć śmierć Angie. Zerknął na brodacza. Głowa opadła mu na klatkę piersiową, a z jego ust dobiegało chrapanie. Po namyśle, Augusto wyjął z kieszeni notes, wyrwał z niego kartkę i czarnym długopisem napisał krótką wiadomość.


Nazywam się Augusto Castillo,
jestem synem Angie. 
Proszę do mnie zadzwonić,
gdyby potrzebował pan pomocy.

Pod spodem zapisał swój numer telefonu. Wetknął kartkę do kieszeni płaszcza Pablo. Nie był pewien, czy ją odczyta, ale miał szczerą nadzieję, że temu nieszczęśnikowi uda się jeszcze pomóc. Następnie przeczesał włosy dłonią, nadal wstrząśnięty tym, co przed chwilą usłyszał. Wciąż poruszony dramatem, który miał miejsce ponad dwadzieścia lat temu i który rozgrywał się w życiu jego rodziców. Jeżeli miał odwiedzić psychologa, to teraz była właściwa pora.
- Proszę mi wybaczyć moje zachowanie, doktorze, ale bardzo zależało mi na rozmowie z panem Galindo.
Augusto stał przy biurku Conrado Fidela i ze szczerą skruchą spoglądał na niego. Psycholog uśmiechał się lekko, bawiąc się modelem gitary, który miał na biurku. Gabinet nie zmienił się od dziewiętnastu lat. Na ścianach nadal wisiały rockowe plakaty, a w tle rozbrzmiewała muzyka. Dzisiaj - Kings of Leon.
- Nic się nie stało, młody człowieku - starszy człowiek gestem wskazał, by usiadł. - Co cię sprowadza?
- Ja... Nie przyszedłem ze standardową wizytą. Widzi pan, doktorze, chciałbym dowiedzieć się jak najwięcej o moich rodzicach. Z tego co wiem, moja mama, Angeles Saramego była pana pacjentką, doktorze. Liczyłem, że może mógłby mi pan pomóc. 
- Wiesz, że dostęp do dokumentacji medycznej mają tylko osoby, które pacjent wskazał przed śmiercią? Nikt inny. 
- Panie doktorze...
- Nie mam prawa udzielić żadnych informacji. Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa.
Augusto spojrzał błagalnie na doktora.
- A dlaczego tak właściwie zależy ci na dowiedzeniu się czegoś więcej? - Conrado zdawał się przenikać młodzieńca wzrokiem.
- Chciałbym wiedzieć, jakimi ludźmi byli moimi rodzice, jak wyglądało ich życie...
- Nie mogę pokazać ci moich notatek, ale poza tym, że byłem psychologiem Angie, byłem też jej przyjacielem. I jako przyjaciel chyba mogę ci trochę opowiedzieć. W tajemnicy, oczywiście.
- Byłbym niezmiernie wdzięczny.
- Od czego by tu zacząć... - przemówił Fidel po chwili. Augusto nie odrywał od niego wzroku. - Twoja mama była dobrą osobą, chociaż nieco.... zagubioną. Życie postawiło ją w trudnej sytuacji. Kiedy zjawił się w nim twój tata, wszystko się skomplikowało. To, co dawniej było dla niej oczywiste, przestało być... Rozmawiałeś z Pablo, prawda? Twoja mama i Pablo byli przyjaciółmi na całe życie...
- On ją kochał... Byli razem?
- Przez pewien czas, dopóki German i Violetta nie przybyli do Buenos Aires. To bardzo długa historia. Krótko mówiąc, przyjaźń nie zawsze daje się przekształcić w miłość... A od tej prawdziwej nie ma ucieczki. Angeles probowała uciec od miłości do twojego taty. Pewnie wiesz, że była siostrą jego pierwszej żony? Rzecz w tym, że María zmarła wiele lat temu. Tak czy inaczej twoja mama miała wyrzuty sumienia z powodu tego, co czuła. Widziałem, jak bardzo cierpiała. Nie mogłem jej powiedzieć "bądź z Germanem, przecież go kochasz". Jestem psychologiem, a nie doradcą sercowym. Twoja mama musiała przede wszystkim zaakceptować swoje uczucia, zrozumieć swoje serce i wybaczyć sobie. Bez tego nie była w stanie pokochać nikogo innego.
- A Pablo? Przecież on tak mocno ją kochał.
- Czy ktokolwiek może wypłynąć na uczucia drugiej osoby? - odparł Fidel. - Największa nawet miłość i poświęcenie Pablo nie było w stanie zmienić tego, co Angie czuła do Germana.
- A on?
- German? Myślę, że on kochał ją nawet jeszcze bardziej. Był człowiekiem zamkniętym w sobie. Angie przywróciła sens jego życiu po tym, jak stracił go wraz ze śmiecią Maríi. Kochali się bardzo. Chociaż oboje długo próbowali przed tym uciec. Lękali się przeszłości, nie wyobrażali sobie przyszłości, ale nawet nie pomyśleli o teraźniejszości. A może raczej powinienem rzec ówczesności?
- No ale w końcu się pobrali.
- Długo to trwało, zanim oboje zaakceptowali to uczucie. Ale tak, w końcu się pobrali. I urodziłeś się ty.
- Ta historia jest jak z bajki - uśmiechnął się Augusto.
- Rzeczywiście. Ale to wszystko prawda.
- Bardzo panu dziękuję.
Młodzieniec wlepił wzrok w ścianę i nie powiedział nic więcej. Doktor Fidel mógł tylko zgadywać, o czym myślał chłopak. Westchnął cicho i zanotował coś w swoim notesie.

***

Wierzby płaczące kołysały się ponad cmentarzem. Wiatr poruszający gałęziami był ciepły. Słońce przebijało się nieśmiało przez chmury.
Augusto znów stanął w ciszy przed nagrobkiem rodziców. Zdał sobie sprawę, że ich historia była mu teraz jeszcze bliższa. Zawsze będzie nosił rodziców sercu, chociaż nie miał okazji ich poznać.
Wsadził rękę do kieszeni, wyczuwając pod palcami gładką fakturę listu.

Wątp, czy gwiazdy lśnią na niebie; 
Wątp o tym, czy słońce wschodzi; 
Wątp, czy prawdy blask nie zawodzi; 
Lecz nie wątp, że kocham Ciebie. 
                                           German

- To piękne - Augusto zadrżał na dźwięk delikatnego głosu, który rozległ się za jego plecami. Odwrócił się i zobaczył, że stoi za nim postać o jasnych włosach spiętych w długi warkocz.
- My się znamy? - zapytał.
- Nie poznajesz mnie? - odparła rozbawiona, rumieniąc się lekko. - To ja, Jasmín.
- Jasmín?
Augusto zauważył, że dziewczyna miała około 17 lat i znajomą twarz o mlecznej cerze.
- Córka Emilie? - spytał po namyśle.
- Tak - dziewczyna znów się uśmiechnęła. - Kiedy byliśmy mali moja mama zapraszała cię czasem do nas. Nie wierzę, że nie pamiętasz. Zawsze uciekałam, kiedy się zjawiałeś - dodała po chwili.
- Tyle lat cię nie widziałem...
- Mama powiedziała mi, że przyjechałeś do Buenos Aires. 
- Wszystko u niej dobrze?
- W porządku.
- A jak ma się twój tata?
- Dobrze się trzyma, mimo wieku.
Augusto zdumiał się. Pan Taladro, mąż Emilie nie miał więcej lat niż ona sama. Spojrzał znów na Jasmín.
Dopiero wtedy zauważył, że miała duże, brązowe oczy.
- Ty... Jesteś córką...
- Jestem dzieckiem prawdziwej miłości. Tak jak i ty.
Augusto odwrócił się w stronę grobu Angie i Germana i zamyślił się przez chwilę. Jego towarzyszka milczała, aż w końcu znów spotkały się ich spojrzenia. Szmaragdowe oczy, które Augusto odziedziczył po Angie napotkały brązowe oczy Jasmín, w których chłopak rozpoznał Roberta Oscuro.
- Jak się dowiedziałaś?
Siedemnastolatka uśmiechnęła się delikatnie.
- Dziewięć miesięcy przed moimi narodzinami mama jeszcze nie znała Taladro. Poza tym, mama ma niebieskie oczy. Gen powodujący brązowy kolor oczu jest dominujący, więc tata musiał takie mieć. Dodałam dwa do dwóch. Rozmawiałam o tym z mamą i z tatą, a oni potwierdzili, że moje domysły były słuszne.
- A co z Ernesto? Wiesz, Ernesto Solitario... Znasz go?
- Nie utrzymuje z nim kontaktu, ale z tego co słyszałam, został prawnikiem. I teraz jest dupkiem w garniturze gdzieś w Europie. - Na widok miny Augusto, poklepała go uspokajająco po ramieniu. - Wiem, kim jest. Ale wiem też, że ułożył sobie życie według pewnego schematu, do którego ani ja, ani ojciec nie pasujemy.
- To wszystko jest porąbane - wyrzucił z siebie nagle. - Nasi rodzice, te tajemnice, które raz po raz wychodzą na jaw... Ile jeszcze będziemy musieli się z tym mierzyć?! Wiesz, że nie chcę żyć w niewiedzy, ale to mnie przytłacza!
Wybuch zaskoczył nawet jego. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy, ile goryczy się w nim zebrało. Popatrzał na grób rodziców i powoli przymknął oczy. Nie był przyzwyczajony do utraty kontroli nad emocjami. Sprawnym ruchem wyjął z kieszeni płaszcza paczkę papierosów, włożył jednego do ust i spróbował odpalić go od zapalniczki, ale drżące palce nie były w stanie utrzymać jej zapalonej wystarczająco długo.
- Daj. - Jasmín wzięła zapalniczkę i zapaliła mu papierosa.
Nie odrywając wzroku od jego oczu, oddała Augusto jego własność. Ten pochwycił jednak nie tylko zapalniczkę, ale i dłoń blondynki.
-  Dlaczego tu jesteś? Dlaczego przyszłaś na cmentarz?
- Tylko tu mogę posiedzieć w ciszy i spokoju, gdy chcę pomyśleć. W końcu gdzie może być spokojniej niż na cmentarzu?
Rozluźnił palce, trzymające jej dłoń.
- Tęskniłem za tobą. Pamiętasz to lato, gdy postanowiliśmy zbudować domek na drzewie? Kiedy Emilie kazała ci się ze mną pobawić...
- Oczywiście! To wtedy spadłeś z tej starej jabłoni i złamałeś rękę.
- Ale zbudowałem dla ciebie domek.
- I trzyma się do dzisiaj.
Papieros wypadł mu z ust, gdy otworzył je, aby coś powiedzieć. Coś, czego nigdy wcześniej nie mówił, a co powinien był wyznać już przed laty. Biały Marlboro upadł na trawę porastającą groby. Nabrał powietrza do płuc.
- Robi się chłodno. - Blondynka, jakby przeczuwając słowa cisnące mu się na usta, uprzedziła go.
Skinął głową. Chciał się odsunąć, ale ciemne tęczówki wpatrywały się w niego z błyskiem, który był dla niego jednocześnie zagadką i odpowiedzią. Nie zastanawiał się dłużej. Ujął delikatną, bladą twarz w dłonie i przycisnął swoje wargi do jej. Kiedy ich usta spotkały się, poczuł, że nareszcie rozumie, dlaczego ludzie pozwalają emocjom i uczuciom przejmować nad sobą kontrolę. W tej krótkiej chwili zrozumiał, dlaczego jego rodzice związali się, choć los robił wszystko, by ich rozdzielić. Zrozumiał wszystko.
- Chciałem się odsunąć od ciebie, od rodziny, bo bałem się, że moja obecność wszystko zniszczy. Bałem się, że będę niepotrzebnym elementem, który zburzy układankę.
Wreszcie wyznał to, co ukrywał od kilku lat. Co ukrywał nawet przed samym sobą - strach, że jest niekompletny, wadliwy. Strach, że to on jest podłożem nieszczęść, które dotknęły jego bliskich, że to on był przyczyną śmierci rodziców, że to on zwalił się na głowę cioci i wujka, zmieniając kompletnie ich życie.
- Nie rozumiesz? Od początku traktowaliśmy cię jak jej członka i za takiego cię uważaliśmy. Ja, mama, tata, pan Ramallo i pani Olga... Dla nas wszystkich byłeś niezbędnym elementem układanki. Dla nas wszystkich jesteś niezbędnym elementem układanki.
- Prawie się nie znamy.
- Nie chciałeś dać się poznać.
Zawahał się i ostrożnie odsunął kosmyk włosów, który opadł Jasmín na czoło.
- A czy będziesz chciała mnie poznać, gdy powiem, że jestem gotów, aby ci na to pozwolić?
W odpowiedzi pocałowała go.
- Mam to wziąć za tak? - Wymamrotał.
- Masz wreszcie zacząć żyć teraźniejszością, nie przeszłością. Nie odpowiadasz za winy rodziców. Ja też nie.
Uśmiechnął się lekko. Wiatr rozwiewał jego ciemne włosy, spadek po Germanie. Szmaragdowe oczy lśniły, tak jak przed laty oczy Angie. Nachylił się do ucha blondynki i cicho, tak jakby nie chcąc, aby duchy rodziców go usłyszały, wyszeptał dwa słowa...
_______________________________
Pam, pam, paam!
Tak oto kończy się ta niepowtarzalna historia.
Dziękujemy, że byliście z nami. Kochamy Was!

Germangie para siempre. ♥

J & B

8 komentarzy:

  1. Dziękuję ci. Dziękuję za najpiękniejszą historię jaką kiedy kolwiek czytałam. Dziękuję ci za poświęcenie i za chęć. Dziękuję ci za tę lata. Dziękuję za wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  2. No i stało się, pierwszy raz płakałam podczas czytania. Niesamowite. Naprawdę przypomniała mi się cała historia którą razem stworzyłyście, to coś nieprawdopodobnego ile czasu już minęło. Wszystko ma swój koniec, piękny, wzruszający koniec. Epilog wytworzył we mnie wiele emocji, które przyśpieszyły bicie mojego serca. Dziękuję Wam za to, za te wszystkie rozdziały, naprawdę kiedyś przeczytam w wolnym czasie wszystko do początku do końca. Mam nadzieje, że szczególnie Twoja Asiu, historia nie skończy się z pisaniem. Wychodzi Ci to fenomenalnie, Wam to wychodzi. Augusto na pewno ułoży sobie życie od nowa, w końcu odziedziczył coś po rodzicach... Wytrwałość na pewno będzie mu towarzyszyć, o to, że będzie szczęśliwy nie trzeba sie martwić. No cóż, będe już kończyć bo jestem cała pogrążona w rozpaczy, haha. Jeszcze raz, pamiętajcie ,że to co stworzyłyście jest czymś wspaniałym i zostanie tutaj, na zawsze! Gratulacje, laski! A teraz przesyłam Wam ostatni na tym blogu buziak i moc uścisków. Las amo. ~ Lika.

    OdpowiedzUsuń
  3. NO I WISICIE MI PACZKE CHUSTECZEK
    Dziewczyny... wow! Tyle czasu. Jakies 3 lata chyba będą odkad piszecie to fanfiction, nie? Fanfiction, które stało sie LEGENDĄ wśród nas - Clarinaticas. Nigdy nie zapomnę godzin spędzonych nad czytaniem tej historii i niecierpliwego czekania na kolejny rozdział.
    Zakończenie mówiąc szczerze bardzo mnie zaskoczyło. Śmierć Germangie, nigdy bym nie pomyślała. Ale mimo to jest cudowny i mimo wszystko uważam to za happy end. Ich miłość zatriumfowała, a teraz Augusto podbija świat.
    en fanfik na zawsze pozostanie w moim serduszku i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś stworzycie jakąś równie cudowną historię ♥

    OdpowiedzUsuń
  4. Mam łzy w oczach. Cudowne zakończenie, czegoś takiego się spodziewałam po Was. Dziękuje dziewczyny. Wasz blog był jednym z pierwszych jakie czytałam. Ułożyłyście przepiękną historię dla cudnownych postaci. Dziękuje, że nigdy nie było u Was przesłodzenia, było jak w życiu: każdy miał wady i zalety. Bardzo dziękuje że umiliłyście moje życie. Proszę tylko nie usuwajcie tego bloga, bo mam zamiar przeczytać (po raz któryś) wszystko od początku. Wasz blog zawsze był przykładem, i myślę że tak zostanie. Gratuluję i dziękuję dziewczyny, jesteście po prostu cudowne. ❤️

    OdpowiedzUsuń
  5. "Stwierdzenie „to koniec” może być zakwalifikowane równocześnie jako prawda i fałsz, bo nawet ostatnia kropka może być prologiem nowej historii."

    Jejciu, pamiętam dzień, w którym Was poznałam. Pamiętam, jak dopiero był trzydziesty rozdział. Pamiętam, jak chciałam, żeby Angie była z Pablo. A teraz zakończyłyście to wspaniałe opowiadanie.
    Dziękuje Wam za wszystko. Co prawda, ostatnimi miesiącami nie komentowałam Waszego opowiadania - szkoła, rodzina, brak czasu - ale czytałam i zawsze byłam.
    Zawsze byłam i zawsze wspierałam, a przynajmniej myślałam / próbowałam wspierać, tyle, że na swój własny sposób.
    Popłakałam się. Nie odchodźcie. Byłyście moim pierwszym i jedynym blogiem, który podobał mi się od początku do końca.
    Myślę, że to tak naprawdę dzięki Wam dziewczyny zaczęły pisać i czytać blogi o Violettcie. A jak nie dzięki Wam, to na pewno dołożyliście do tego wielką cegiełkę.
    Jeszcze raz dziękuje - Ash (Asahamati) :)

    OdpowiedzUsuń
  6. No i się poryczałam. Boże ta cała historia, te wszystkie lata, godziny przesiedziane nad czytaniem tego opowiadania <3 Założę się, że będę czytać je od początki jeszcze co najmniej kilka razy. Życzę wam wiele sukcesów pisarskich, macie ogromny talent, Jeszcze raz dziękuje za te wszystki rozdziały i prace włożone w jej stworzenie
    I tak BTW jeśli ktoś ma ochotę poczytać coś o Angie i Germanie zapraszam tu ----> http://germangiediaryangeles.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Myślałam, że już zapomnieliście o tym blogu a tu parĘ dni po moich urodzinach Badumps!! Nowy rozdział. Niestety, uwielbiam klasykę fioletowego serialu. Opowiadanie co każdą linijkę się bardziej zmieniało i zmienia. Ale da się wyczuć dawne emocje najpiękniejszej pary ever <3 Piękny rozdział :** (Nie przeczytałam całego, bo nie było Germangie, ale cii...) Nie będę mówić złych rzeczy (do takich proszę na początek komentarza), bo mi nigdy nic nie pasuje xDD :D Piszcie dalej, nie zawódźcie waszych fanów :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie zaglądałam tu tak długo... Minęło wiele miesięcy, jeśli nie ponad rok. Zapomniałam o Waszym blogu, czego mi trochę wstyd... Domyśliłam się, że to najlepszy z blogów, gdy przeczytałam imię "Brunhilda", coś mnie wtedy olśniło... Dziękuję, kochane, za taką piękną historię...

    OdpowiedzUsuń