poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział 109

Rozdział 109.

Kiedy wróciłam do pokoju, Oscuro czytał jakąś książkę, zasłaniając dłonią jej tytuł przed ciekawskim wzrokiem Malvady, która zawzięcie pisała SMS-a. Podeszłam do wskazanej szafki z żywnością, otwierając obdrapane drzwi, które ktoś ozdobił naklejką Manchesteru United. W środku znalazłam kilka drożdżówek, płatki kukurydziane i butelkę soku pomarańczowego. 
- Dlaczego kupiłaś płatki, skoro nie mamy mleka?
- Mieliśmy, ale się skończyło - odparła, nie przestając stukać palcami w ekran telefonu. 
- Jeśli cię to pocieszy, Angeles, to ja też już go nie zastałem - wtrącił Robert znad lektury. 
Sylvia wzruszyła ramionami. 
- Kto pierwszy, ten lepszy. 
Wyjęłam opakowanie płatków, usiadłam na jedynym w pomieszczeniu krześle i zaczęłam je jeść na sucho. Pierwsze krople wieczornego deszczu zaczęły uderzać o szybę, zupełnie jakby chciały zmyć kurz, którym miasto zdawało się być oprószone. Stukanie, monotonne i chaotyczne jednocześnie, było tu tak różne od nawałnic, które nawiedzały czasem Buenos Aires. Nagle sroka przysiadła na parapecie, jakby chciała ukryć się we wnęce okiennej. Popatrzała na mnie ciemnymi oczkami, przechylając mokry łepek. 
- Spotka cię coś niemiłego - rzucił Oscuro.  
- Jak to?
- Och, to tylko taki przesąd. Wiesz, liczba srok, które zobaczysz, wskaże, czy będziesz miała szczęście, czy pecha. 
- I jedna oznacza pecha?
- Smutek. 
- Czyli nieparzyste...
- Nie, to nie tak. "One for sorrow, two for joy, three for a girl, four for a boy, five for silver, six for gold, seven for a secret never to be told, eight's a wish, nine is a kiss, ten is the bird you must not miss." - wyrecytował - to tylko jedna z wersji, oczywiście, ale jedynka się nie zmienia. Zresztą nieważne, to tylko dziecięcy wierszyk. 
Uśmiechnęłam się do niego. 
- Miejmy nadzieję. 
Oscuro odwzajemnił uśmiech i wrócił do lektury, cały czas zasłaniając tytuł. "50 Twarzy Greya" 
Nagle mój telefon zaczął dzwonić. Odłączyłam go od ładowarki i odebrałam. 
- Tak, słu...
- Angie, przyjeżdżaj szybko! Tu bardzo wieje! - głos mojej mamy był coraz bardziej niewyraźny. - Greenock... Tu jest bardzo dużo wody. I są statki. 
Przycisnęłam mocniej słuchawkę do ucha.
- Halo, mamo?! Gdzie jesteś?
- Nad morzem, Angie! Zgubiłam się! Szybko, weź mleko! Dużo mleka!
Połączenie zostało przerwane. Wybrałam pośpiesznie numer poznanego wczoraj lekarza.
- Doktorze Sven, właśnie dzwoniła moja mama... 
- Pani Saramego? Dzięki Bogu. Wie pani, gdzie ona jest? Przed chwilą zauważyliśmy, że zniknęła. Nagrania z monitoringu pokazują, że wyszła ponad godzinę temu. 
- I nikt tego nie zauważył?! 
- Nie, dopóki nie przyszedłem. Gdzie ona jest?
- Nie wiem, mówiła, że tam wieje i coś o jakimś Greenland czy czymś podobnym. I chyba o morzu, bo wspominała o całej masie wody i statkach.  
- Jest w porcie Greenock. Powiadomię policję - rzucił i rozłączył się. 
Popatrzałam na towarzyszy, ale zamiast im wszystko wyjaśnić, złapałam skórzaną kurtkę (podarowaną mi przez Germana) i wybiegłam z domu. Zbiegając głośno po schodach, sięgnęłam do kieszeni kurtki i wyjęłam mapę. Port oddalony był jakieś pięćdziesiąt minut drogi autem. Wypadłam z budynku, wdychając pośpiesznie powietrze. Serce waliło mi w rytmie kropel deszczu, które uderzały mnie w twarz. Szybko. Za szybko. Potrzebowałam samochodu. Według słów Roberta, wypożyczalnia pojazdów była w centrum. Za daleko. Zmarszczyłam brwi. Przy krawężniku zaparkowana była spora liczba pojazdów. Powoli zbliżyłam się do najbliższego. Zamknięty. Poczekałam aż kobieta z jazgoczącym okropnie yorkiem mnie minie i zbliżyłam się do niewielkiego, żółtego garbusa, który wyglądał jakby stał tu od wieków. Jak to robił Julio... Sprawdzał, czy w aucie jest zainstalowany alarm. Nie było. Wyciągał łom. Nie miałam żadnego pod ręką. Ale miałam wsuwki do włosów. Ledwie je widząc w ciemności, spróbowałam otworzyć pojazd. Bezskutecznie. Zdesperowana szarpnęłam za klamkę. O dziwo, drzwi ustąpiły. Wsunęłam się do środka, przeklinając angielskie samochody i kierownice zamontowane po złej stronie. Nagle odkryłam, że ktoś zostawił kluczyki w stacyjce. Okazja czyni złodzieja, pomyślałam i ruszyłam w stronę ginącego za horyzontem słońca. 

Gdy dotarłam do Greenock, długie cienie kładły swe macki na opustoszałych już ulicach. Zaparkowałam pojazd przy wejściu do portu i wysiadłam. Ostry zapach morskiej bryzy uderzył mnie w nozdrza. Kichnęłam kilka razy i rozejrzałam się. Mamy nie było nigdzie w zasięgu wzroku. 
Podeszłam bliżej jednego ze statków. Jakiś krzepki marynarz właśnie przywiązywał linę do burty. Mogłabym przysiąc, że była grubości mojego ramienia. 
- Przepraszam... - zaczęłam nieśmiało po angielsku.
Mężczyzna uśmiechnął się (a tak przynajmniej sądziłam, bo jego twarz ukryta była pod potężną brodą) i odpowiedział coś. Nie miałam jednak najmniejszego pojęcia co. Każdy wyraz był wypowiedziany tak nietypowo i tak twardo, że nie przypominał ani jednego mi znanego. A narzekałam na wymowę Roberta, pomyślałam. 
- Przepraszam, ale nie jestem stąd i nic nie rozumiem - powiedziałam i rozłożyłam bezradnie ręce.
Potężny brodacz podrapał się po głowie i zmarszczył brwi. No tak, ja też nie mówiłam idealnie.
- Czy widziałeś tu taką niską, ciemnowłosą kobietę? - Nie miałam już nawet pojęcia, czy to co mówię, jest poprawne gramatycznie. Zawzięcie gestykulowałam, starając się wszystko wyjaśnić. 
- Can A gie ye a haund? 
Wytrzeszczyłam oczy, mając cichą nadzieję, że w ten sposób jakoś telepatycznie zrozumiem tego skądinąd miło wyglądającego człowieka. Na próżno. Nagle przypomniałam sobie o radach, których udzielał mi Oscuro podczas spaceru. Co prawda nie słuchałam uważnie, ale warto było spróbować.
- Did you see an aul wumman? (Widziałeś starą kobietę?) Dark hair, littil height... (Ciemne włosy, mały wzrost...) 
Kaleczyłam każdy wyraz niemiłosiernie i byłam pewna, że teraz mówię już kompletnie bez sensu. Nawet nie byłam pewna co do znaczenia słów, których używałam. Zresztą mama mogła być wszędzie, port nie był wcale taki mały...
- Aye! (Tak!) - rzucił jednak jakimś cudem marynarz i machnął ręką w stronę pobliskiego sklepu spożywczego. 
Tonący brzytwy się chwyta.
- Dziękuję - rzuciłam po angielsku. - See ye efter! (Do zobaczenia!) - dodałam. 
Mężczyzna pokiwał głową i zajął się z powrotem wiązaniem lin. Przeklinając pod nosem Szkotów, popędziłam we wskazaną stronę. Nieduży, szary sklep chylił się lekko w kierunku morza, jakby też chciał wyrwać się z miejsca i ruszyć w nieznane. Otworzyłam szybko masywne drzwi i wpadłam do środka. Mojemu wejściu towarzyszył gwizd pluszowej maskotki, która stała przy drzwiach i dzięki czujnikowi ruchu, miała witać radośnie klientów. Otyła kasjerka obrzuciła mnie znudzonym spojrzeniem znad gazety plotkarskiej, której niemal całą okładkę zajmowało zdjęcie jakiejś pary i podpis "Czyżby rozwód?". 
- Mleko, mleko, mleko... - nucenie dobiegało zza regału. 
Minęłam wypełnione chipsami półki i ujrzałam moją mamę, która z najwyższym skupienie ustawiała butelki z mlekiem na podłodze. 
- Mamo! - rzuciłam się ku kobiecie, ściskając ją mocno. 
- Angeles, w końcu jesteś! Znalazłam tu tyyyle mleka! Oni już z nami nie wygrają tej wojny!
Poczułam jak pod moimi powiekami zbierają się gorące łzy. 
- Nie wygrają, nigdy - wyszeptałam w maminy sweter.
Twarz mamy wyglądała spokojnie, a jej klatka piersiowa unosiła się rytmicznie. Postukałam palcami w szybę. Ile lat minęło, odkąd ostatni raz ją taką widziałam? To musiało być jeszcze przed śmiercią Marii. Z drugiego końca korytarza dobiegała mnie cicha rozmowa Malvady z lekarzem. Raz po raz któreś z nich chichotało. Na niewygodnej ławce, która stała tuż obok mnie, siedział Oscuro. Zerkał na zegarek, który wskazywał już prawie drugą. Jedynym źródłem światła były lampy koło recepcji, których nikły blask, rysował miękko profil twarzy mojego przyjaciela. Czułam do niego i do Sylvii głęboką wdzięczność. Kiedy zniknęłam, pojechali do doktora Svena i wszystkiego się dowiedzieli. A po przywiezieniu mojej matki do szpitala, przekonali jakimś cudem policjantów, że moja kradzież była uzasadniona i naprawdę nie warto o niej pamiętać. Nawet na chwilę nie stracili swojej pewności siebie i przez cały czas wymieniali się złośliwymi uwagami, ale byli tu ze mną. Ponownie przypomniałam sobie o tym, co powiedział mi Ernesto. Miałam odwieźć Roberta od kapłaństwa, a on miał mi załatwić sponsorów, abym mogła ponownie otworzyć Studio On Beat. Ale przecież nie mogłam tego zrobić. Nie po tym wszystkim. 
- Robercie, może jedźcie do domu... 
- Masz na myśli ten obskurny hotel? Chyba już wolę tu zostać - echo śmiechu Malvady i Svena rozbrzmiało cicho na korytarzu. - Zresztą Sylvia chyba też. 
- Skoro tak - zamilkłam na chwilę. - Muszę ci o czymś powiedzieć. Chodzi o twojego syna. On chce...
- Abym zrezygnował z bycia księdzem. Pewnie zaoferował ci coś niezłego za przekonanie mnie. Daj mi zgadnąć... Załatwi ci pracę? 
- Nie do końca. Pomoże znaleźć sponsorów, abym mogła otworzyć szkołę muzyczną. 
- Brzmi nieźle. Zgodziłaś się?
- Ja... To niemoralne! Ale skąd w ogóle wiedziałeś...?
Machnął ręką.
- Jeśli chcesz, pomogę ci z tymi sponsorami. I, na miłość boską, Angeles! To moja krew! Przejrzenie go okazało się z czasem banalne. Jest nieszczęśliwy, więc próbuje zgrywać twardego. Jak każdy.
Przeniosłam na niego wzrok. Pod oczami miał wyraźnie odcinające się cienie, a elegancka, czarna koszula była lekko pomięta. Wydawał się być bardzo zmęczony. Usiadłam koło niego i wbiłam wzrok w szarą ścianę. 
- Powiedz mi, że wszystko będzie dobrze - poprosiłam. 
- "Wznoszę swe oczy ku górom: Skądże nadejdzie mi pomoc? Pomoc mi przyjdzie od Pana, co stworzył niebo i ziemię. On nie pozwoli zachwiać się twej nodze ani się zdrzemnie Ten, który cię strzeże" - uśmiechnął się lekko. - Psalm 121. Trzeba wierzyć, że będzie dobrze, Angeles.
- A będzie? 
- Prędzej czy później musi być. 
Czekanie. Miałam go już serdecznie dość. Nie chciałam miliona dolarów czy czegoś podobnie absurdalnego, a jedynie szczęśliwego, spokojnego życia. Z Germanem u boku, z mamą, która mnie pamięta i pracę, którą będę szczerze kochać. Może to nie było znowu tak mało. Zerknęłam na Roberta, ale jego spojrzenie było wbite w Malvadę. Wyglądała niesamowicie. Pierwszy raz widziałam, aby się tak szczerze śmiała. Teraz, gdy z jej twarzy zniknął ironiczny uśmieszek, mogłam przyznać, że była naprawdę olśniewająca. Kruczoczarne włosy, czerwone usta... Na tle szarej rzeczywistości wyglądała jak kolorowa postać w czarno-białym filmie.
- Ona nie zawsze taka była prawda? Zimna, oschła...
- Nie zawsze - przytaknął. - Choć mówię to z trudem, nie bez powodu się taka stała. 
- Dobrze ją znasz.
- Znaliśmy się... Dawno, dawno temu. 
- Ale wy chyba nie...?  No wiesz... - zaczęłam się jąkać. - Nie... byliście parą.
Zgromił mnie spojrzeniem.
- Byliśmy przez pewien czas partnerami biznesowymi. 
Otworzyłam usta, by zadać kolejne pytanie, ale jego wyraz twarzy sprawił, że odpuściłam. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, którą przerwała dopiero wygrywana na pianinie melodia. Wyjęłam telefon z kieszeni upaćkanych kawą dżinsów i odebrałam SMS-a.

Cześć, Angie,

co słychać?
Wszystko w 
porządku z mamą?
Jak Szkocja?
                Pablo


Skrzywiłam się lekko i odpisałam mu szybko.



Z mamą nie najlepiej.

Szkoci doprowadzają
mnie do szału swoim 
językiem. Ale Malvada
chyba znalazła sobie 
chłopaka. A co u Ciebie?
         Angie


Tęsknię za Tobą. :)

Ostatnio widziałem 
się z Gregoriem.
Był... miły. 
Trzymaj się tam ciepło!
     Pablo


Uwierz, przyda się,

bo straszna tu lodówka.
Też za Tobą tęsknię,
Pablito. Dobrej nocy.
        Angie.


Do hotelu wróciliśmy późnym wieczorem. Usiadłam we wnęce okna, nie mając ochoty na rozmowę z nikim więcej. Chciałam jak najszybciej wrócić do Buenos Aires, zabrać stąd mamę. Postarać się, aby ostatnie... ostatnie co? lata? miesiące? dni? jej życia mogła spędzić w spokoju. Tęskniłam za Germanem, Violettą, za studio i wszystkim, co zostawiłam za oceanem. Miałam dość zamartwiania się. Chciałam w końcu zacząć naprawiać swoje życie. Przymknęłam oczy i osunęłam się w sen - Niech się dzieje co chce. 

W obstawie Oscuro i Malvady, przekroczyłam próg szpitala. Byłam pełna obaw. Czy lekarze zgodzą się wypuścić moją mamę po tym, co się stało? Weszłam do sali i skierowałam swoje kroki ku łożu mojej rodzicielki, jednakże powstrzymała mnie pielęgniarka. Oznajmiła, że muszę poczekać kilka minut, aż ona skończy. Nie miałam pojęcia, co takiego miała zamiar kończyć, ale bez protestu, opuściłam pomieszczenie. Wyszłam na korytarz i oparłszy się o ścianę, obserwowałam w salę milczeniu przez szklane drzwi. Niewysoka położna pochylała się nad łóżkiem mojej matki i aplikowała jej jakiś zastrzyk. Wtem usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Odwróciwszy się, ujrzałam przed sobą Germana. Zamrugałam powiekami. Mężczyzna wciąż tam stał. Uśmiechnął się do mnie szeroko. Bez zastanowienia rzuciłam mu się na szyję. Jego dłonie oplotły moje plecy, mocno przytulił mnie do siebie. Bijące od mężczyzny ciepło powoli ogarniało moje ciało.
- Skąd się tu wziąłeś? - spytałam, odsunąwszy się od niego. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Nie mogłem już wytrzymać bez ciebie - szepnął, po czym pocałował mnie delikatnie. Oddałam pocałunek z taką gorliwością, na jaką mnie tylko było stać.
- Tak się cieszę, że tu jesteś - wyszeptałam, kiedy odsunęliśmy się od siebie. Zrobiliśmy to niechętnie, lecz wymowne chrząknięcia Malvady oraz fakt, że znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, nie pozostawiały nam innego wyboru.
Radość momentalnie dodała mi skrzydeł, uśmiech sam cisnął się na usta. Po chwili jednak wróciło uczucie goryczy w związku z brutalną rzeczywistością. Wciąż nie wiedziałam, co z moją mamą. W tym momencie German, zdając się czytać w moich myślach, zapytał o jej stan.
Wzruszyłam bezradnie ramionami i westchnęłam ciężko. Zajrzałam przez drzwi do sali. Pielęgniarka opuszczała właśnie pomieszczenie. Zapytałam, czy jest możliwym, abym jeszcze dziś zabrała ją do Buenos Aires.
- Przykro mi, ale pani Angelika musi zostać u nas na obserwacji jeszcze przynajmniej jeden dzień. Ucieczka to nie błahostka. Pacjentka mogła się wyziębić, ulec wypadkowi. Musimy wykonać szereg badań, aby...
- Zaraz, jak to ucieczka? - wpadł jej w słowo mój narzeczony.
- Opowiem ci później - wyszeptałam mu do ucha.
I tak oto, w związku z zaistniałą sytuacją, czekał mnie kolejny dzień szkockiego życia. Jako iż moja mama miała zostać jeszcze w szpitalu, wieczorem musieliśmy znów zawitać do naszego pensjonatu.
- Ładne miejsce - rzekł ojciec Violi, kiedy weszliśmy do budynku.
- Czekaj tylko aż zobaczysz nasz pokój - mruknęłam pod nosem. Zdaje się, że mężczyzna tego nie dosłyszał.
Kiedy znaleźliśmy się pod naszymi drzwiami, Malvada wyciągnęła klucze i otworzyła. Weszłam pierwsza, a German zaraz za mną. Bacznie obserwowałam jego reakcję. W momencie przekroczenia progu zwyczajnie zastygł. Resztki uśmiechu opuściły jego twarz.
- Wy śpicie... tutaj? - zdumiał się. Ton jego głosu był całkowicie bezbarwny. Nikt nie raczył mu odpowiedzieć.
- Nie jest aż tak źle - mruknął w końcu Oscuro. Usiadł na swoim łóżku, z którego wyłoniła się metalowa sprężyna. Mężczyzna dość niezgrabnie próbował ukryć ją, kładąc nań książkę, którą ostatnio czytał.
German wciąż stał na środku pokoju niczym osłupiały.
- A gdzie jest twoje łóżko? - odezwał się w końcu, zauważywszy, że Silvia rzuciła swoje rzeczy na drugie posłanie.
- Ona śpi tam - bąknęła beznamiętnie, wskazując palcem w stronę okna. Mój narzeczony popatrzył na mnie z niedowierzaniem. Westchnęłam, usiłując się uśmiechnąć.
- Co... Jak to? Nie, Angie, tak być nie będzie! W tej chwili idę wynająć ci jakiś normalny pokój!
- Nie... Daj spokój - powstrzymałam mężczyznę, chwytając jego dłoń. Tutaj jest całkiem... wygodnie, sam zobacz - skłamałam, ciągnąc go w stronę mojego posłania.
German, zmuszony przeze mnie do tego, klapnął na poduszki, z których uwiłam sobie coś w rodzaju legowiska. Oparł się o ścianę i westchnął. Chcąc udaremnić mu wstanie, usiadłam obok i oparłam się o jego pierś. Dotknęłam dłonią jego ciepłego policzka. German objął mnie swoimi ramionami. Wtuliłam się w niego. Znów był ze mną. Poczułam ogarniające mnie ciepło. Tak jakbym znowu była w domu... Wtem dobiegł mnie głos Malvady.
- Ile można siedzieć w łazience, no, co ten człowiek sobie wyobraża! Całymi dniami okupuje kabinę z prysznicem!
Starałam się jej nie słyszeć, zacisnęłam powieki, jakby miało mi to pomóc.
- Angie, już czas. Angie, obudź się - mówił German. Otworzyłam oczy, aby spojrzeć na niego z niedowierzaniem. Przecież dopiero co się położyłam!
Nagle doznałam szoku. Stał nade mną Oscuro. Ściskałam swoją poduszkę z całej siły. German... Germana nie było! Rozejrzałam się niespokojnie. Nie było go!
- Dobrze się czujesz? - spytał ostrożnie ksiądz.
- Co się stało, gdzie jestem? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Spałaś... I mówiłaś przez sen.
- Jak to... Co mówiłam?
- Powtarzałaś imię tego swojego lubego, jak mu tam - odezwała się Malvada z kpiącym uśmieszkiem na twarzy.
- German... - mruknęłam, pocierając dłonią po głowie. 
A więc spałam. Jak ja długo spałam? To wszystko mi się śniło? Czyli że...
- Czyli że moja mama wcale nie ma Alzheimera? Nie wyjechaliśmy z Buenos Aires...? - spytałam z dziecinną nadzieją w głosie. Jednakże wiedziałam już, że jest to marzenie ściętej głowy, gdy zobaczyłam przed sobą pokój szkockiego pensjonatu.
Oscuro westchnął, a Silvia zachichotała.
- Moja mama wcale nie uciekła ze szpitala...? - próbowałam obniżyć oczekiwania.
- Oj, uciekła, uciekła. Ale poszukiwania przebiegły pomyślnie. A przed chwilą dzwonili ze szpitala, dziś będzie można ją zabrać.
- Nareszcie! - ta wiadomość skutecznie mnie otrzeźwiła. Zapomniałam o niedorzecznej wizji Germana znajdującego się ze mną w Szkocji i szybkim ruchem wstałam. Nie była to dobra decyzja, aby się tak zrywać, bo już po chwili ból w plecach dał o sobie znać i to ze zdwojoną siłą. Nie zważając nań, sięgnęłam do szafy, aby wydobyć stamtąd jakieś czyste ubrania. Chwyciłam za sweter. Nie miałam zamiaru znowu zmarznąć. A tak się składa, że nieprzychylność szkockiego klimatu, niestety, nie była wytworem mojej wyobraźni. 

Kiedy uporaliśmy się w końcu z pakowaniem walizek, a nasz sąsiad zwolnił w końcu łazienkę i mogliśmy się umyć, ruszyliśmy w drogę do szpitala. Bagaże zostawiliśmy w pokoju, z zamiarem powrotu do pensjonatu po odebraniu Angeliki ze szpitala.
Doktor Sven kończył właśnie spisywać raport o mojej mamie, gdy weszliśmy do sali, gdzie przebywała. Była już ubrana i gotowa do drogi. Siedziała na łóżku w pozycji półleżącej i bawiła się zwiniętą parą skarpetek, przypominając przy tym dość wyrośniętego kota. Jakaś niewysoka pielęgniarka bezskutecznie próbowała namówić ją, aby przestała się wygłupiać i pozwoliła włożyć sobie skarpetki na gołe stopy, lecz moja mama była tak pochłonięta wykonywanym zajęciem, jakby od jego kontynuowania lub przerwania zależał los wszechświata. Albo przynajmniej całej Szkocji.
Gdy lekarz zobaczył nas, oderwał się od pisania, zamknął notatnik i przywitawszy się, posłał, co nie umknęło mojej uwadze, przesadnie uprzejmy uśmiech w stronę Malvady.
- Może już pani zabrać swoją mamę - rzucił od niechcenia, w odpowiedzi na moje chrząknięcie, po czym wrócił do przyglądania się osobie, która pochłaniała tyle jego uwagi. W normalnych okolicznościach zainteresowałabym się bardziej tą sytuacją - a szczególnie faktem, iż Silvia wcale nie okazywała z tego powodu zdziwienia czy irytacji - ale teraz miałam ważniejsze sprawy na głowie.
Podałam dłoń mojej mamie, która z pomocą pielęgniarki wstała już z łóżka. Wełniane skarpetki na szczęście znalazły się już na właściwym sobie miejscu. 
- Pójdziemy do zoo, Angie? - pytanie owszem było bardzo irracjonalne, jednak ucieszyłam się w związku z faktem, iż kobieta pamiętała, jak mam na imię.
Oscuro podszedł do kobiety i podał jej swoje ramię. Posłusznie chwyciła się go. Skinęłam na Malvadę, aby poszła za nami, jednakże ona ani drgnęła. Gestem przywołała mnie do siebie.
- Angeles, ja nie wracam z wami do Buenos Aires. Przykro mi - wypaliła bez ogródek. Ta kobieta zawsze waliła prosto z mostu. 
Przez chwilę na mojej twarzy widniało zdziwienie. Zmarszczyłam brwi. Jak to nie wraca z nami? Zostaje tutaj? Po chwili jednak skojarzyłam fakty i nim cokolwiek odpowiedziałam, spojrzałam na doktora Svena, który stał obok Silvii. Jego dłoń spoczywała na jej ramieniu. 
- A więc wy...? - nie dowierzałam.
- Owszem - odpowiedział za nią mężczyzna.
- Ale jak... Bo ja myślałam, że pani... że pani nie...
- Ja też tak myślałam - odparła. - Ale chyba nigdy nie byłam bardziej pewna, że... znalazłam moje szczęśliwe zakończenie.
- Szczęśliwe zakończenie? - to wyrażenie wydało mi się w tej sytuacji co najmniej średnio trafione.
- Ja... trudno mi w to uwierzyć - wykrztusiłam w końcu. Przeniosłam wzrok na Oscuro. Jego twarz nie wyrażała emocji. - Ty wiedziałeś.
- Rozmawialiśmy o tym, gdy spałaś - rzucił ksiądz. - No cóż, nie żebym rozpaczał. Poza tym chyba każdy zasługuje na swoje szczęśliwe zakończenie - dodał, unosząc nieznacznie prawy kącik ust.
- Ludzie, nie jesteśmy w jakiejś bajce - wycedziłam. Malvada zaśmiała się w sposób niepodobny do niej. Jej śmiech wciąż był nieskazitelny i melodyjny, ale pojawiła się w nim wesołość, na miejscu dawnej złośliwości. - W każdym razie... Nie sądziłam, że to powiem, ale... Będę za tobą tęsknić. 
Kobieta uśmiechnęła się do mnie ironicznie. W przypływie dobrego humoru, uścisnęłam ją. Chyba ją to zaskoczyło, jednakże poklepała mnie lekko po plecach. Robert ograniczył się do podania jej dłoni. Sven zasalutował nam na pożegnanie.
- Życzę wam szczęścia - powiedziałam.
- Odezwij się czasem - dodał ksiądz.
- Żegnajcie. Udanej podróży - rzekła, wiedząc, jak podziała to na mojego towarzysza. Zadrżał lekko na myśl o perspektywie kolejnego kilkunastogodzinnego lotu.
- TO PAAAA! - zawołała moja mama, gdy opuszczaliśmy pomieszczenie. Odwróciłam się na chwilę i zobaczyłam, jak Malvada poprawia krawat doktora Svena. Posłała mi uśmiech, który odwzajemniłam, zanim zniknęliśmy. 

Jakieś pół godziny później dotarliśmy do pensjonatu (w którym moją mamę ciekawiło dosłownie wszystko - nie omieszkała też zapytać jednego z pracowników, czy mają może wolny karton mleka...). Pospieszenie wdrapaliśmy się na górę schodami - gdyż Angelika kategorycznie odmówiła używania windy. Zabraliśmy stamtąd nasze walizki. Podczas gdy Oscuro był zajęty sprawdzaniem, czy na pewno niczego nie zostawiliśmy (choć sądzę, że po prosto chciał wydłużyć sobie czas przed wyruszeniem na lotnisko), ja wyciągnęłam z kieszeni telefon i pospiesznie napisałam do Germana sms.
"Wracamy".
Moja mama uważnie przyglądała się moim poczynaniom. Wydawała się nieco zniecierpliwiona czekaniem. Pogłaskałam jej dłoń.

Do samolotu wsiedliśmy punkt dwunasta. Przed nami było kilkanaście godzin lotu. Oscuro zdawał się być przerażony i zastrzegł, aby nie odzywać się od niego, chyba, że będzie to konieczne. Moja mama siedziała spokojnie, jednak co jakiś czas wygłaszała zdumiewające uwagi na temat ludzi dookoła. W normalnych okolicznościach pewnie należałoby się wstydzić lub wręcz bać, bowiem kobieta "z fryzurą jak gęsie zaplecze" wyglądała jakby chciała wydrapać mojej mamie oczy, lecz ja byłam zbyt szczęśliwa, aby się tym przejmować. Nawet choroba mojej mamy nie przerażała mnie już tak bardzo, jak wcześniej. Teraz liczyło się tylko to, że lecimy do domu. Za kilkanaście godzin znów znajdę się blisko mojego ukochanego. Wiedziałam, że nie ma czegoś, czego razem z Germanem nie bylibyśmy w stanie przezwyciężyć. Uśmiechnęłam się do siebie i zamknęłam oczy, pozwalając sobie odpłynąć w błogi sen, śniąc tylko o jednym mężczyźnie. 
_________________________________________________
Badum tsss!
Kto dodał rozdział?
Czyżby my? Ano my! Po dłuugiej przerwie. 
Czy warto było czekać, musicie już ocenić sami. :)
Angie wraca do Buenos Aires. Lecimy po nowe przygody. :D
Życzymy Wam Wesołych Świąt i mokrego Dyngusa!
Un beso enorme. ♥
J & B

sobota, 17 stycznia 2015

Rozdział 108

Rozdział 108.

Obudziłam się cała zdrętwiała, oparta niezbyt zgrabnie o twardą ścianę wokół okiennej wnęki. Kark, zgodnie z przewidywaniami, okropnie mnie bolał. Jęknęłam i otworzyłam powoli oczy. Obskurny pokój tonął w w szarościach. Musiało być jeszcze bardzo wcześnie. Wyjrzałam nieprzytomnie przez okno. Szyba zaparowała nieco od zewnątrz, ale i tak widok na panoramę miasta był nie najgorszy. Mojej uwadze nie uszedł fakt, iż nie znajdowaliśmy w jakoś szczególnie zurbanizowanej części Glasgow. Wręcz przeciwnie, dzielnica ta wydawała się kameralna, choć nieco zabałaganiona. Rozciągał się przede mną następujący widok: zatrzęsienie domków z czerwonymi dachami, wąskie najpewniej jednokierunkowe ulice, marnie wyznaczające osiedla, kilka bloków, bardziej na prawo coś przypominającego rynek główny. Dalej, ku horyzontowi wznosił się niewielki kościółm zanim wreszcie cmentarz, a dalej były już tylko pola, na których - chyba z racji pory roku - niewiele rosło. Wyjęłam z torby komórkę i sprawdziłam godzinę. Zegar wskazywał piątą piętnaście. Powoli wstałam, rozprostowując obolałe mięśnie i rozejrzałam się. Malvada spała tak, jak przystało na damę: elegancko zawinięta w kołdrę, leżąc na boku i oddychając miarowo. Mogłaby grać w reklamie materacy. Nawet jej włosy wyglądały jakby dopiero je uczesała. Zerknęłam w popękane lustro, które wisiało koło drzwi. Na głowie miałam coś, co przy dobrych intencjach można było nazwać fryzurą a'la wybuch granatu na polu pszenicy. Pod oczami miałam cienie, które nadawały mi wygląd narkomanki. A całości dopełniała blada skóra i siniak na ramieniu, który powstał wczoraj w pociągu (wbrew zapewnieniom Silvii, walizka nie leżała zbyt stabilnie na półce). Pokręciłam głową, gdy nagle rozległ się mrożący krew w żyłach krzyk. Odwróciłam się gwałtownie, strącając lustro na ziemię. Robert siedział na łóżku, oddychając szybko. Był zlany potem, a jego dłonie ściskały kurczowo pościel. Podeszłam do niego.

- Hej, hej! Spokojnie, to był tylko sen. 
Popatrzał na mnie nieprzytomnie.
- Tylko sen... - powtórzył. 
- Idź spać - szepnęłam. 
Pokiwał głową i opadł na poduszkę, cały drżąc. Westchnęłam i przypomniałam sobie o stłuczonym lustrze. Szybko posprzątałam odłamki szkła i wyrzuciłam je do namiastki kosza na śmieci, która stała w kącie. Jakoś nie wierzyłam, że czeka mnie teraz siedem lat nieszczęścia. 
Westchnęłam i postanowiłam zrobić coś w końcu ze sobą. Wyjęłam z walizki kilka potrzebnych rzeczy i po cichu opuściłam pokój. Niepewnie otworzyłam drzwi do łazienki. Na szczęście było pusto. Podeszłam do umywalki. Choć lustro było tu dla odmiany całe, nie mogłam powiedzieć tego o poszarzałym zlewie, w którym dostrzegłam długą rysę. Jednak okazał się to mój najmniejszy problem. Dookoła umywalki naustawiał ktoś mnóstwo różnych środków higieny. Prócz grzebienia pełnego powyrywanych czarnych włosów, dostrzegłam również między innymi, piankę i wyjątkowo starą maszynkę do golenia. Poza tym leżała tam jakaś szczoteczka do zębów, na której zaplątało się kilka włosów z grzebienia, w towarzystwie różowej pasty do zębów dla dzieci, Dinosek. 
Ostrożnie odsunęłam to wszystko na bok, aby zrobić miejsce na własne przybory. Wytarłam umywalkę papierem toaletowym i zadowolona z siebie, zaczęłam czesać włosy. Gdy doprowadziłam się do jako tako normalnego stanu, skierowałam się do toalety. Pociągnęłam za klamkę drzwi kabiny. Były otwarte, jednak ku mojemu przerażeniu, ktoś siedział w środku. Na sedesie dostrzegłam włochatego mężczyznę, dobiegającego czterdziestki. Poznałam mieszkańca pokoju obok. Z mojego garła wydał się krzyk. Stałam jak wryta, a tymczasem on, jak gdyby nigdy nic, podciągnął spodnie, spuścił wodę i wyszedł, drapiąc się po plecach. 
- Twoja kolej - rzucił.
Jeszcze przez chwilę stałam przerażona, aż w końcu, skapitulowałam i zamknęłam się w toalecie.
Wyszłam po chwili i, ku mojemu nieszczęściu, zastałam rubasznego sąsiada przy umywalce. Podeszłam ostrożnie i powoli zaczęłam zbierać swoje rzeczy, które, z jakiegoś powodu, wolałam stamtąd zabrać. Kątem oka obserwowałam nieznajomego, który wycisnął na swoją szczoteczkę sporą ilość dziecięcej pasty i zaczął pospiesznie szczotkować zęby. 
Gdy kończyłam zbieranie swoich manatków, facet wypluł zawartość ust do umywalki i odezwał się, mocno zachrypniętym głosem:
- Ktoś tu jest rannym ptaszkiem.
Milczałam, mimo iż byłam prawie pewna, że mówi do mnie, dla własnego dobra, wolałam go zignorować. 

Weszłam do pokoju i zastałam Oscuro rozmawiającego cicho przez telefon. Silvia nadal spała w najlepsze. Przez chwilę zastanawiałam się, czy ona czegoś nie brała przed snem. 

- Tak, Ernesto. Dojechaliśmy. - Mamrotał Robert do słuchawki. - Jasne. Ty też. Do usłyszenia.
Głos w słuchawce coś mu odpowiedział i rozłączył się.
- Rozmawiałeś z synem? - spytałam, aby zacząć jakoś rozmowę.
Mimowolnie przypomniałam sobie ostatnią rozmowę z młodzieńcem. Uratowanie szkoły w zamian za nakłonienie jego ojca do rezygnacji z kapłaństwa. Pośpiesznie odgoniłam natrętne myśli.
- Nie znam zbyt wielu osób o tym imieniu - odparł mój przyjaciel, uśmiechając się. - A ty byłaś w łazience, jak się domyślam.
-  Owszem - mruknęłam, wzdrygając się. - I poznałam tego przeuroczego pana zza ściany.
- Nie zazdroszczę. 
- Wiesz, gdzie zjemy śniadanie?
- Nasza kochana Silvia miała się o to zatroszczyć. 

Nasz wzrok padł na wciąż śpiącą Malvadę.
- Zawsze tak twardo śpi? - zapytałam.
- Nie wiem, nie miałem dotąd wątpliwej przyjemności dzielenia z nią pokoju - Robert wzruszył ramionami.
Jak na zawołanie z komórki Silvii zaczęły dobiegać dźwięki jakiegoś utworu odgrywanego na skrzypcach. Kobieta po zaledwie kilku cichych dźwiękach otworzyła oczy i przeciągnęła się, coraz bardziej przypominając kobietę z jakiejś reklamy łóżek z Ikei. 
- Dzień dobry - powiedziała optymistycznie, głosem niezwykle sprężystym, siadając i poprawiając srebrzystą piżamę. - Piękny dzień, nieprawdaż?
Popatrzałym w stronę okna, ale dostrzegłam jedynie gęstą mgłę, która odgradzała nas niczym szczelna kotara.
- Cudowny - warknęłam.
- Ktoś tu wstał lewą nogą. A nawet dwa ktosie - kobieta nie traciła entuzjazmu. 
Nagle Robert wyciągnął zza koszuli łańcuszek z krzyżykiem i wyciągnął go w stronę Malvady.
- Precz siło nieczysta! - zawołał. - Kim jesteś i co zrobiłaś z Silvią?!
Zaśmiałam się. Czarnowłosa jedynie popatrzyła na nas z wyższością, błysnęła śnieżnobiałymi zębami i ruszyła w stronę łazienki z kosmetyczką w ręku i kupką idealnie złożonej odzieży.
Wróciła po kilku minutach, ubrana prawie całkiem na czarno i umalowana. Jej włosy wyglądały jakby dopiero co wyszła z salonu fryzjerskiego. Usta pomalowała, jak zwykle na ciemną czerwień. Denerwująco dobry humor wciąż jej nie opuszczał. Domyśliłam się, że nie miała zaszczytu spotkania naszego nowego sąsiada, bo to pewnie starłoby ten uśmieszek z jej twarzy.
Robert westchnął ciężko i bez słowa wyszedł do łazienki. 
Zostałam w pokoju sam na sam z Malvadą. Miałam szczerze mówiąc serdecznie dość pobytu w tym całym Glasgow, mimo iż był to dopiero drugi dzień. Najchętniej wróciłabym do domu już teraz, jednak cel wyprawy przyświecał mi nieubłagalnie. Mama czekała w szpitalu, aż ją odbiorę. O ile w ogóle pamiętała, kim jestem. Silvia siedziała na swoim łóżku w kącie pokoju i studiowała jakiś papier, najprawdopodobniej plan miastan Milczałam, ale to ona odezwała się pierwsza. 
- Do szpitala stąd mamy około dwóch kilomentrów, wydaje mi się, że nie ma sensu brać taksówki, jeżeli możemy dojść na miejsce pieszo.
Miałam wrażenie, że mówiła bardziej do siebie niż do mnie, jednak przytaknęłam.
- Gdy wróci Robert, pójdziemy na jakiś posiłek, tutaj niedaleko jest resta...
- Żartujesz sobie, kobieto?! - warknęłam na nią, wstając z parapetu.
Zignorowałam Roberta, który wszedł właśnie ubrany do pokoju.
- Moja mama właśnie jest sama w szpitalu w nieznanym mieście, ma Alzheimera, możliwe, że nawet umiera, a ty chcesz jeść sobie śniadanko?!
- Angeles, spokojnie - zaczęłam Silvia.
- Ja jestem spokojna, to ty tu zwariowałaś! Oscuro, powiedz coś tej kobiecie! - ryknęłam na księdza.
Mężczyzna milczał przez chwilę, po czym westchnął i odezwał się irytująco spokonym tonem:
- W tym wypadku muszę, niestety, przyjąć stronę Silvii. Proszę, Angeles nie miej mi tego za złe - dodał szybko. - Nie zaszkodzi nam zjedzenie czegoś. Twoja mama jest pod dobrą opieką.
Wobec tego, pozostało mi tylko skapitulować. Zostałam, niestety, przegłosowana. Zacisnęłam zęby. W dodatku magiczne "proszę" Roberta nie pozwalało mi się na niego złościć. Westchnęłam, starając się nie psuć sobie humoru doszczętnie.
Opuściliśmy nasz pensjonat kilka minut później, szczelnie otuleni płaszczami. Zarzuciłam na głowę kaptur, lecz rwący deszcz po chwili całkiem zniszczył mi fryzurę. Malvada zrobiła to samo, jednak ona idąc z gracją, sprawiała wrażenie, iż krople ulewy ją omijają.
"Złego diabli nie biorą" - pomyślałam.
Ulicami Glasgow prowadził nas ksiądz Oscuro, jednak Malvada nie spuszczała go z oczu, maszerując tuż przy jego boku i kontrolując jego kroki zgodnie z trzymanym w dłoni planem miasta, bo jak twiedziła "ani trochę mu nie ufa". Ja z kolei włóczyłam się za tą barwną dwójką zrezygnowana, ledwie powłócząc nogami, z wzrokiem wlepionym w szary chodnik.
Po kilkunastu minutach dotarliśmy do miejsca, skąd widać było jakąś knajpkę. Właśnie ją wskazał Robert, jako idealne, według niego, miejsce na zjedzenie śniadania. Przytaknęłam bez namysłu, jednak Malvada zmierzyła miejsce wzrokiem, po czym znów spojrzała na plan. Następnie wskazała dłonią na drugą stronę ulicy.
- Myślałam, że pójdziemy do tamtej restauracji. Jest zaznaczona na planie. Nie myślałam, ażeby jeść obiad w tym... sama nie wiem, co to właściwie jest.
- To najlepsza kawiarnia w tej części miasta, droga Silvio - odparł Robert. - Sam chodziłem tu na śniadania za młodu.
Poczułam na sobie wzrok obojga moich towarzyszy, którzy chyba mieli nadzieję, iż przesądzę sprawę. Było mi wszystko jedno, więc nie zastanawiając się, skręciłam w prawo, ku barowi, który wskazał Oscuro. Nie patrzyłam na niego, jednak byłam przekonana, że gdybym spojrzała, dostrzegłabym na jego twarzy triumfalny uśmiech. Sądziłam, że Malvada chcąc zachować dumę, wybierze swoją restaurację, jednak, ku mojemu zdumieniu, posłusznie skręciła za nami.
Przed wejściem do knajpki wystawionych było kilka stolików, nad którymi ktoś przezorny postawił prowizoryczne zadaszenie. Usiadłam zrezygnowana przy jednym z nich, Oscuro klapnął obok mnie, a Malvada zajęła miejsce na przeciwko. Pospiesznie sięgnęłam po menu, które stało na środku i wybrałam pierwsze, co rzuciło mi się w oczy.
- Kawę z mlekiem i jagodziankę - mruknęłam do kelnera, który podszedł, aby nas obsłużyć i podałam jadłospis księdzu.
- Panie pierwsze - zwrócił się z uśmieszkiem do Malvady.
- Ja wezmę jajecznicę na bekonie i herbatę z cytryną - powiedziała po chwili namysłu, rozcierając zmarznięte dłonie i sięgając po rękawiczki. Zaczęłam żałować, że i ja się w takowe nie zaopatrzyłam. Westchnęłam i ukryłam ręce w kieszeniach. Robert wybrał pierogi leniwe z cynamonem i szklankę mleka.

Gdy otrzymałam swoje zamówienie, zjadłam wszystko tak szybko, jak było to możliwe, aby się nie zakrztusić. Robert także szybko uwinął się ze swoim posiłkiem, jednak Malvadzie najwyraźniej nigdzie się nie spieszyło. Nie miałam odwagi, aby ją poganiać, jednak patrzyłam, jak zastanawia się nad każdym kawałkiem jajka, jakby szukała w nim trucizny i powoli popija to gorącą herbatą i stukałam nerwowo w stół. Miałam ochotę wykrzyczeć jej w twarz, że moja mama nie będzie żyła wiecznie, ale coś mnie hamowało. Na całe szczęście, Robert zdołał dostrzec moją niecierpliwość i odezwał się.
- Malvado, jeżeli się nie pospieszysz do nie dotrzemy na miejsce do Sylwestra - powiedział spokojnie.
Silvia powoli przeżuła to, co miała w ustach i odchrząknąwszy, łaskawie oznajmiła, że już skończyła. Oscuro wstał od stolika, aby zapłacić za nasze zamówienia.
Spojrzałam na Silvię, która wycierała usta serwetką. Dostrzegłszy moje spojrzenie, uśmiechnęła się sztucznie, mrużąc oczy. Wstałam, sygnalizującym tym samym, że jestem gotowa do dalszej drogi.

Po energicznym spacerze po chłodnym o tej porze roku Glasgow, w końcu dotarliśmy do celu. Szpital był dużym, wyglądającym na wiekowi, przy czym ładnie utrzymanym, budynkiem. Weszliśmy bez wahania do środka i ogarnęła nas przykra szpitalna atmosfera, której tak bardzo nie lubiłam.
Skierowaliśmy się do recepcji, gdzie stacjonowała jakaś anemiczna pielęgniarka uczesana w ciasny kok. Przedstawiłam się i zapytałam po angielsku o miejsce pobytu mojej matki.
- Sala numer siedemnaście, piętro drugie - mruknęła. Na dźwięk jej znudzonego głosu, przyszło mi na myśl, że powinna chyba pić więcej kawy. Albo chociaż zjeść coś słodkiego. A może po prostu nie przywiązywała wagi do tego, w jaki sposób zostanie odebrana przez interesantów? Nie było czasu się teraz nad tym zastanawiać. Skinąwszy na Oscuro i Malvadę, skierowałam się w stronę schodów prowadzących ku wyższym piętrom.
Na drugim piętrze powitał nas ponury korytarz. Na jasnoszarych ścianach wisiał tylko jeden, wyblakły obraz. Zastaliśmy po obu stronach po kilkanaście par drzwi, każde opatrzone numerkiem.
- To tutaj - rzekł Oscuro, wskazując na drzwi z numerem siedemnastym.
Bez słowa minęłam go i puknąwszy w nie od niechcenia, weszłam do środka.
Ściany sali pokrywał ten sam szary odcień. W kwadratowym pomieszczeniu znajdowały się rozmieszczone po dwóch stronach cztery łóżka.
Na jednym z nich jakaś kobieta w krótkich, farbowanych na rudo włosach, trzymała w dłoni telefon komórkowy jakiegoś starego modelu i puszczała właśnie jakąś piosenkę, pochodzącą zdaje się z lat dwudziestych zeszłego stulecia. Muzyka nastawiona była tak głośno, że starsza kobieta zajmująca sąsiednie łóżko, musiała krzyczeć, aby przekazać rudej swoje słowa. Ona z kolei miała długie, całkiem siwe włosy, byle jak rozczochrane. Jej twarz pokrywały zmarszczki.
Zerknąwszy na drugą stronę pokoju, dostrzegłam pacjentkę, która znajdowała się najbliżej mnie. Pogrążona była w głębokim śnie. Na ostatnim z łóżek kobieta znajdowała się w pozycji półleżącej. Rozglądała się niespokojnie po sali, zerkając raz po raz w stronę okna. Rozpoznałam w niej moją matkę, aczkolwiek nie dokonałam tego znowu tak od razu. Zmieniła się, odkąd ostatni raz ją widziałam. Wśród brązowych włosów, które jakby się przerzedziły, pojawiło się sporo siwych kosmyków. Przybyło jej zmarszczek, poza tym wyraźnie schudła. Wyraz twarzy miała nieobecny.
Podeszłam do jej łóżka. Spojrzała na mnie z ciekawością, przekręciła nieco głowę w bok i okryła się szczelniej kołdrą, niczym mała dziewczynka, lękająca się potwora z szafy.
- Mamo... - zaczęłam.
Kobieta nie odpowiedziała.
- Mamo, to ja.. Angie.
- Angie... Ładne imię - zachichotała. - A ty to kto?
- Jestem twoją córką - wymamrotałam.
Poczułam, że w oczach stanęły mi łzy. Nie pamiętała mnie. Moja własna matka mnie nie pamiętała. Spojrzałam na nią nieprzytomnie i potrząsnęłam jej ramieniem. W tym momencie do sali weszło dwóch lekarzy.
- Kim pani jest? - zapytał mnie po angielsku niższy z nich. Był jasnookim, szczurowatym blondynem.
- Nazywam się... Angeles Saramego... Jestem córką... jej córką.. - wymamrotałam, kalecząc język.
- Tak chyba będzie prościej - wyższy lekarz odezwał się w moim języku. Spojrzałam na niego. Miał gęste, czarne włosy i bardzo ciemne oczy. - Ma pani jakiś dowodzik tożsamości? Witaj, Angeliko - odezwał się w międzyczasie do mojej mamy.
- Witaj, Stan! - zawołała.
- Sven - poprawił ją medyk.
Tymczasem niższy z lekarzy o niezbyt wyrazistych rysach twarzy uśmiechnął się uprzejmie, nie odrywając ode mnie wzroku. Najwyraźniej on nie był takim poliglotą jak jego kolega. Odwróciłam spojrzenie i sięgnęłam komórkę z tylnej kieszeni. Wyjęłam telefon z czarnej, silikonowej obudowy. Tam wsunięty był mój dowód osobisty. Podałam go blondynowi, który uniósł brwi. Nie wiem, czy nie wydało mu się to nieco dziwne, ale zawsze go tam trzymałam, w razie nagłej potrzeby, takiej jak teraz. Mężczyzna kiwnął głową i oddał mi dokument. Zwróciłam się z powrotem w stronę łóżka mojej rodzicielki.
Zauważyłam wówczas, że mężczyzna imieniem Sven zezował w stronę stojącej obok Roberta Malvady. Również na nią spojrzałam.
- To wygląda kiepsko - mruknęła, przerywając kłopotliwą ciszę. Przeniosłam szybko wzrok na ciemnowłosego lekarza. Jego wzrok dziwnie się rozmarzył.
- Tak, ma pani rację - zawtórował jej ochoczo brunet. - Obawiam się, że stadium choroby pani Angeliki jest już dość zaawansowane, przy czym rozwinęła się ona wyjątkowo szybko, objawiając się stosunkowo dość późno, to nietypowe zjawisko, sądzę... - nie słuchałam go. Zbyt byłam zajęta analizowaniem rozgrywającej się w sali sceny. Nie widziałam miny Roberta, ale przypuszczałam, że i on czyni w tym momencie podobne przeliczenia. Brunet zagrał po mistrzowsku. Nawiązując kontakt z Sylvią, miał pretekst, żeby móc bezkarnie utrzymywać z nią kontakt wzrokowy, przy czym przyznał jej rację - kobiety to lubią, nie da się ukryć, a na dodatek miał okazję popisać się wiedzą medyczną i nienaganną znajomością języka hiszpańskiego - miał ledwie odczuwalny, angielski akcent i mówił całkiem płynnie.
- ...jak na razie jest mamy opanowany - zakończył swój monolog, robiąc przejętą minę i z wyraźnym trudem odwrócił wzrok od Malvady. Z jej twarzy. jak zawsze, trudno było cokolwiek odczytać, jednak miałam wrażenie, że lekko się uśmiechnęła, przy czym jakby odrobinę mniej chłodno i sarkastycznie niż zwykle.
Brunet zajął się osłuchiwaniem mojej mamę. Zanotował coś w jej karcie, po czym włożył dłoń do kieszeni, wyjmując z niej strzykawkę.
- Sven, ona wygląda mi na jakąś podejrzaną - szczurowaty facet odezwał się do niego kącikiem ust po angielsku, jednak zrozumiałam i wcale nie podobała mi się jego uwaga. - To chyba jakaś narkomanka - dodał, mierząc mnie wzrokiem.
Nie chciałam się znów pakować w kłopoty, więc po prostu milczałam, zacisnąwszy dłonie w pięści. Zastanawiałam się jednak, dlaczego tak surowo mnie ocenił. Musiałam wyglądać okropnie po długiej podróży, ledwie przespanej nocy i ciągłym stresie. Brunet tylko chrząknął.
- Czy mogę zabrać moją mamę? - skierowałam do niego to pytanie, nawet nie próbując silić się na angielski.
- Nie tak szybko. Pani Angelika musi przejść jeszcze kilka rutynowych badań, których wyniki będziemy musieli przesłać do Buenos Aires. Myślę, że będzie mogła wrócić do domu jutro w południe, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem.
- Co! To znaczy.. Ech,  porządku. Przyjdę tu jutro w południe - powiedziałam zrezygnowana. Nie uśmiechała mi się perspektywa spędzenia w Glasgow jeszcze jednego dnia, ale najwyraźniej nie miałam wyjścia. Pogłaskałam mamę po dłoni, czując jak tracę siły. Kobieta śmiała się nie wiedzieć czemu i lekko się telepała. Ciemnowłosy lekarz podszedł do niej ze strzykawką i zaaplikował zastrzyk w jej lewe przedramię. Zrobił to z wyrafinowaną profesją, starając się jednocześnie zachować delikatność.
- To substancja uspokajająca - powiedział mężczyzna. Pokiwałam głową i oznajmiłam, że wychodzę. Nie chciało mi się nawet patrzeć na Malvadę. Robert położył mi dłoń na ramieniu, przypominając o swojej obecności i westchnął.
- Anchie, zagotuj mleka..! Na wojnę! Mówię ci, przyjdzie wojna, każdy będzie chciał się napić ciepłego mleka! - krzyczała za mną, gdy wychodziłam z sali. Jej okrzyki słabły z każdą chwilą, prawdopodobnie w wyniku działania zastrzyku. Gdy tylko opuściłam pomieszczenie, trzaskając ze zniecierpliwieniem drzwiami, poczułam, że uginają mi się kolana. Opadłam na ławkę, Malvada wyszła z sali po mniej niż minucie, przybierając ujmująco obojętny wyraz twarzy. Ukryłam twarz w dłoniach. Nie sądziłam, że stan mojej mamy będzie aż tak poważny. Ile jej jeszcze zostało? Pokręciłam głową.
- Ona... Ona mnie nie poznała. Nie wiedziała, kim jestem - mamrotałam.
Żadne z nich się nie odezwało. Nikt nie ukrywał, że sytuacja była beznadziejna. Z moją mamą mogło być już tylko gorzej, wiedziałam, że choroba będzie postępować z każdym dniem.
Dopiero po kilku chwilach wzięłam się w garść.
- Angeles, chciałabyś może przejść się po mieście? Moglibyśmy zabić jakoś czas, pokazałbym ci kilka ciekawych miejsc. Wychowałem się tu - westchnął, jakby nieco rozmarzony. - No i dzięki temu oszczędzilibyśmy sobie spędzenia dnia w naszym jakże uroczym miejscu zakwaterowania - tu spojrzał znacząco na Malvadę, która prychnęła.
- Ja nigdzie się nie wybieram - oznajmiła.
- Nikt cię do tego nie zmusza, kochanieńka - rzekł spokojnie. - Proszę, wróć sobie spokojnie do naszego... hmmm...  apartamentu i spędź trochę czasu sama ze sobą. Dobrze ci to zrobi.
Sylvia wykrzywiła wargi w drwiącym uśmiechu, ale nie mogła negować denerwującego, ale jakże skutecznego w ustach Oscuro słowa "proszę".
- Kupię po drodze coś do jedzenia. Bo chyba jestem tu jedyną osobą, która myśli praktycznie - wycedziła przez zęby, po czym zgrabnie odwróciła się na pięcie i odeszła, wyciągając z torebki plan miasta.
Patrzyłam za nią przez chwilę, a gdy zniknęła, popatrzyłam na księdza.
- Nie powiem ci, Angeles, żebyś się nie martwiła, bo to byłby z mojej strony przejaw głupoty - powiedział powoli. - Ale może uda mi się chociaż na chwilę odciągnąć twoje myśli od tego zmartwienia, pokazując ci kilka, moim zdaniem, zasługujących na uwagę miejsc.
- Dziękuję - odparłam krótko, po czym otarłam z prawego policzka uronioną przed chwilą łzę i wstałam, pozwalając Oscuro prowadzić.

Mimo iż samo Glasgow było dużym miastem, które kojarzyło mi się z pośpiechem, tłumem i bezustannym deszczem, dzielnica, w której się znaleźliśmy okazała się kameralna i dość spokojna. W środku miasta znajdował się rynek z ratuszem zaprojektowanym w stylu renesansowym, dalej niezbyt wielki kościół, park i jakieś, najwyraźniej niedawno pobudowane centrum handlowe - Robert wspomniał, że nie przypomina sobie, by stało tam za "jego czasów". Widziałam, że cieszył się, mogąc znów zobaczyć stare kąty. Pokazał mi nawet, gdzie kiedyś mieszkał - wysoki wieżowiec nie wyglądał, niestety, szczególnie zachęcająco. Opowiadał mi o swoim dzieciństwie i nawet, jeżeli nie do końca uważnie go słuchałam, cieszyło mnie to, że cały czas mówił i to z wyraźnym przejęciem - ja nie musiałam odzywać się zbyt często, przy czym nie towarzyszyło nam niezręczne milczenie.
W końcu dotarliśmy na cmentarz. Przekroczywszy starą, ostrą bramę, znaleźliśmy się w otoczeniu mnóstwa nagrobków, starych i nowych. Niektóre wręcz uginały się pod ilością kolorowych zniczy i ogromnych wiązanek z kolorowych kwiatów, o innych zaś nikt nie zdawał się pamiętać. Pokrywał je mech, stał na nich jeden dawny wygasły znicz, a czasem nic.
- Ciekawe czy uda mi się je znaleźć - mruknął Oscuro bardziej do siebie niż do mnie.
- Przepraszam, ale czyich grobów tak właściwie szukamy?
- Moich rodziców - wyjaśnił. - Znajdują się, jeśli dobrze pamiętam, we wschodniej części cmentarza.
Kiwnęłam głową.
- Opowiesz mi coś o nich?
- Byli wspaniałymi ludźmi. Tylko oni zdawali sprawę z moich... problemów. Odrzucili je jednak i wykształcili mnie na lekarza. Tak się cieszyli, gdy dostałem pracę...  A kiedy uratowałem pierwszego pacjenta! Pierwszy raz byli wtedy ze mnie dumni - oczy Roberta nagle pojaśniały. - Pamiętam ich dokładnie. Tata nosił muszkę, choć nawet wtedy to było niemodne, a mama miała taki charakterystyczny zwyczaj bawienia się obrączką, kiedy się denerwowała. Oboje byli kochani, ale bardzo wrażliwi na punkcie szkoły. Dziś dziękuję im za wykształcenie, ale wtedy miałem wrażenie, że wcale im na mnie nie zależy - Oscuro pociągnął mnie za rękę, gdyż zasłuchana, omal nie wpadłam do jakiegoś na wpół zapadłego grobu. - Tata przypominał trochę usposobieniem nastoletniego chłopca. Ale był cenionym wykładowcą uniwersyteckim. Co wieczór czytał mi bajki na dobranoc, zabawnie je komentując i dodając sporo od siebie. Mama kochała piec, więc w domu zawsze unosił się zapach ciasta. I dźwięk jej delikatnego śmiechu, gdy tata szukał okularów, które miał na nosie.
Mój przyjaciel zamilkł, a ja wyobraziłam go sobie jako małego chłopca.
- W którym roku... - zaczęłam nieporadnie - ...odeszli?
- Mama trzy lata po tym, jak zostałem lekarzem. Tata zdążył jeszcze poznać... matkę Ernesto. Zmarł rok po żonie.
Znowu uderzył mnie fakt, że Robert nigdy nie wymawia imienia swojej dawnej ukochanej. I na nowo przypomniałam sobie o propozycji syna Oscuro. Rezygnacja z kapłaństwa za sponsorów. Wpłynięcie na przyjaciela za możliwość otwarcia na nowo Studio On Beat. Pokręciłam głową, odganiając te wstrętne myśli.
- To tutaj! - ksiądz stał kilka grobów dalej i wpatrywał się w pomnik z białego kamienia.
Podeszłam bliżej. Oboje mieli zaledwie nieco ponad czterdzieści lat, gdy zmarli.
- Zmarła na raka, a on popełnił samobójstwo. W liście pożegnalnym napisał, że nie mógł bez niej żyć - odpowiedział na niezadane pytanie.
Mój oddech zamarł. Popatrzałym na zdobiące groby fotografie. Jedna przedstawiała chudego człowieka, o rozwichrzonych, ciemnych włosach. Na nosie miał okulary, a jego spojrzenie było nieobecne. Był wprost uderzająco podobny do Ernesto. Te same kości policzkowe, odstające uszy i spiczasty nos. Przeniosłam wzrok na fotografię kobiety. Jej twarz okalała burza kręconych włosów, a brązowe oczy zerkały wyniośle w moją stronę. Identyczne spojrzenie Oscuro rzucał w stronę Malvady.
- Niech odpoczywają w pokoju wiecznym, amen.
- Przypominasz ich - szepnęłam.
- Wiem - powiedział krótko, po czym zmarszczył brwi. Odnotowałam, że nie patrzy już na mnie, jego zaś jego uwagę najwyraźniej przykuło coś lub ktoś tuż za mną. Odruchowo odwróciłam głowę i zobaczyłam tuż obok siebie kobietę.
Nie była to jednak zwyczajna kobieta. A przynajmniej nie wyglądała jak przeciętny przechodzień. Miała na sobie długą, wzorzystą spódnicę, ciemnobrązowy sweter z dzianiny, ponadto głowę opatuliła chustą w kolorze ciemnego fioletu, a na szyi powiesiła podobną, lecz jaskraworóżową, zakończoną frędzlami. W jej uszach podzwaniały długie, złote kolczyki. Włosy miała długie, czarne, skórę ziemistą. Oczy wyłupiaste i jakoś dziwnie szeroko rozstawione. Najciekawsza jednak była jej mina. Brwi miała ściągnięte, oczy lekko przymrużone, a usta ściśnięte. Wyglądała, jakby usilnie starała się na czymś skupić.
Wtem wyjęła skądś mały, pozłacany dzwoneczek i potrząsnęła nim, wsłuchując się w wydawane przezeń ciche dźwięki.
Wydała z siebie zduszony okrzyk i opuściła dzwonek wpatrując się we mnie przerażona.
Obserwowałam ją obojętnie. Chyba przywykłam już do ekscentrycznych ludzi. 
- Macie niesamowicie wyraźną aurę! - zawołała nagle. - Wyczuwam wibracje na kilometr! Pozwólcie, że przepowiem wam przyszłość!
- Właściwie to... - zaczął Robert, unosząc lekko lewą dłoń, lecz cyganka sprawnie chwyciła ją i odwróciwszy spodem, zaczęła przyglądać się dłoni księdza z bardzo bliska.
- Pańska linia życia... Jej długość jest imponująca... Sprzyja panu Saturn! To kapryśna planeta, o tak... Nie tak łatwo zyskać sobie jej pobłażanie. Musi pan być kimś wyjątkowym.
Nagle wyciągnęła z kieszeni swetra coś, co okazało się szkłem powiększającym. Nim się obejrzałam, trzymała już moją dłoń, oglądając ją przez lupę.
- Linia miłości! Och, jest kręta, nie ma pani łatwego życia, Wenus nie zawsze jest pani wierna, moja droga. 
Gdy kobieta zbliżyła się jeszcze bardziej, aby zajrzeć mi w oczy, poczułam od niej zapach jaśminowych perfum, brendy i... jakby nutki cynamonu.
- Ileż tajemnic skrywają te szmaragdowe tęczówki! - westchnęła, po czym ukłoniła się tajemniczo i po chwili już jej nie było.
Jeszcze chwilę zajęło mi otrząśnięcie się z amoku, jaki wywołała u mnie cyganka. Cóż, bądźmy tolerancyjni, pomyślałam.
- Sprawdź lepiej, czy masz jeszcze portfel - mruknął Oscuro.
Mimowolnie parsknęłam histerycznym śmiechem. Robiło się coraz ciekawiej.

Wróciliśmy do pensjonatu, gdy zaczynało się już ściemniać. Drzwi naszego pokoju były zamknięte. Mój towarzysz załomotał niecierpliwie w drzwi.
- Kto tam? - spytał nas głos Malvady.
- Włamywacze! - warknął sarkastycznie Oscuro. - Po co się zamykasz?
- Ostrożności nigdy nie za wiele - odparła, pojawiając się w drzwiach i wpuszczając nas do środka. - Jedzenie, które udało mi się kupić jest w tamtej szafce pod oknem.
Po tych słowach opadła na swoje łóżko i wróciła do przeglądania jakiegoś czasopisma. Spojrzałam niepewnie na Oscuro i zdjęłam kurtkę. Mężczyzna zrobił to samo, w milczeniu, po czym skierował się w stronę wskazanej przez Silvię szafki. Usłyszałam, że coś mówi, chyba nieszczególnie zadowolony, ale nie zagłębiałam się w jego słowa. Nie byłam ani trochę głodna, mimo iż od śniadania nie miałam nic w ustach.
Wyszłam z pokoju i skierowałam się ku łazience. Upewniając się, że nikogo tam nie ma, weszłam do kabiny z prysznicem i oparłam się o ścianę. Westchnęłam i wyciągnęłam z kieszeni telefon. Zdziwił mnie fakt, że bateria wciąż trzyma, mimo iż nie pamiętałam, kiedy moja komórka widziała ostatnio ładowarkę.
Bez zastanowienia wybrałam numer mojego narzeczonego. Odebrał prawie natychmiast.
- Angie! - powiedział, nim zdążyłam wykrztusić choć słowo. Jego głos był pełen emocji. Troska, mieszała się z wyraźną radością z faktu, iż dzwonię.
- Cześć, German... - brzmienie mojego głosu było tak ponure, że sama się przeraziłam. Nie chciałam nawet myśleć, jak odebrał to on. Odchrząknęłam, starając się mówić choć odrobinę bardziej optymistycznie. - Co u ciebie słychać?
- Tęsknię za tobą - mimo iż wypowiedział te słowa szybko i prawie bez zastanowienia, brzmiały tak wspaniale w jego ustach. - Ale lepiej ty mi powiedz, jak się ma twoja mama?
To był strzał kulą w płot. Mój głos zrobił się jeszcze bardziej ponury, gdy udzielałam odpowiedzi.
- Nie będę cię okłamywać, jest gorzej niż myślałam. Ona kompletnie mnie nie pamięta. Chyba nawet nie wie, kim sama jest. Kazała mi zagotować mleka na wojnę.. - mój głos załamał się, gdy wypowiadałam ostatnie słowo.
- Angie, proszę, nie płacz - powiedział. Znał mnie aż za dobrze. Rzeczywiście, po moich policzkach płynęły już gorące łzy. - To nie twoja wina. Czasami musimy po prostu pogodzić się z tym, co szykuje dla nas los. Każdy kiedyś umrze, ja, ty, twoja mama, każdy. Prędzej czy później wszyscy stąd odejdziemy. Taka jest kolej rzeczy. A twoja mama była dobrym człowiekiem, czeka ją lepszy świat. Poza tym, założę się, że teraz, omamiona tą chorobą, nie ma żadnych zmartwień, jej mózg zaczyna pracować tak, jak mózg dziecka, niczym się nie przejmuje, ma napady nieuzasadnionej wesołości, może czasem jedynie czuć się nieco zagubiona, ale ma ciebie. Ty możesz towarzyszyć jej do samego końca, nawet, jeżeli nie zawsze będzie wiedziała. kim jesteś. A jeżeli się postarasz, może nawet sobie przypomni.
Jego głos był tak pokrzepiający, że mimowolnie uśmiechnęłam się przez łzy.
- Kocham cię, Angie - dodał.
- Ja ciebie też, German, nie masz pojęcia... - nim zdążyłam zakończyć rozpoczętą myśl, usłyszałam pyknięcie i moja komórka się rozładowała. Utraciłam połączenie.
- Tęsknię za tobą, mój najdroższy - szepnęłam, choć wiedziałam, że German już tego nie usłyszy.
______________________________________________
No i patrzcie! Jest rozdział. :)
Już 108 - ładna liczba, czyż nie?
Dziękujemy, że cierpliwie czekaliście. Wasze oczekiwania zostały wynagrodzone. XD
Un beso enorme. ♥
J & B

piątek, 26 grudnia 2014

Jednorazówka od B o serialu "Once Upon a Time"

Wesołych Świąt, moi drodzy!
Z tej strony B.
Obiecałam pewnej osobie, że napiszę jednorazówkę o OUAT.
Więc oto jest :D
Przepraszam też tą specjalną osóbkę za poślizg
i za to, że będzie musiała teraz czytać moje wypociny.
A także pozdrawiam ją i ściskam.
Mam nadzieję, że ta osoba wie o kogo chodzi.
Mam taką szczerą nadzieję, bo to wspaniała osóbka.
Osoba, której imienia wiecznie zapominam, 
choć jest dość charakterystyczne.
~B


23 grudnia

Powody, aby obchodzić Boże Narodzenie: 
  1. Świętowanie przyjścia na świat biblijnego zbawiciela
  2. Spędzanie czasu z rodziną
  3. Prezenty
  4. Niepowtarzalna atmosfera
  5. Wszechobecna życzliwość


- Henry! Mówiłam ci już. Możesz obchodzić Boże Narodzenie, ale jako legendarna wybawicielka, która spędza ostatnio każdą wolną chwilę w towarzystwie rodziców - nie mam na to ochoty. 
Emma odłożyła kartkę na stół i przeniosła wzrok na syna. Orzechowe oczy wpatrywały się w nią błagalnie. Westchnęła. 
- Mamo, proszę. Babcia i dziadek już się zgodzili. Chcą urządzić przyjęcie wigilijne i zaprosić wszystkich! - Zawołał chłopiec.
- Nie dasz mi spokoju, prawda? - Przewróciła oczami. - Dobrze, dobrze!
Henry uściskał blondynkę i skoczył na równe nogi.
- Wiedziałem, że się zgodzisz! Przejęcie będzie w "Restauracji Babuni" (trochę zmieniam nazwy własne, aby zachować sens całego tekstu). Muszę jeszcze tylko zaprosić dziadka Rumplestiltskina i babcię Bellę. 
Kobieta parsknęła cicho śmiechem, otworzyła lodówkę i wyjęła jogurt truskawkowy.
- Idź jeśli chcesz. - Powiedziała. - A ja w tym czasie namaluje nasze drzewo genealogiczne, bo zaczynam się gubić. - Dodała sarkastycznie.
W odpowiedzi usłyszała jedynie trzaśnięcie drzwiami i tupot nóg na schodach.


Bella czytała właśnie "Wyspę Skarbów", wtulona w swojego świeżo upieczonego męża, który zerkał jej przez ramię. Było to ich pierwsze wspólne popołudnie od wielu dni.
- Nie uważasz, że powinniśmy... Wiesz... Nie masz dość tego, że twój dom jest różowy? - Zaczęła nagle.
- To łososiowy! - Zaprzeczył. 
- Ale moglibyśmy go przemalować na niebiesko albo...
- Bello, kochanie, jak często widuje się takie domy?
- Rzadko, ale...
Ich dyskusję przerwało pukanie do drzwi. 
- Otworzę! - Zaoferowała pani Gold, wstając.
- Nie sądzę, aby to było konieczne, kochanie. Pewnie znowu ktoś rzucił jakąś klątwę, a nasz boski książę nie wie, co z tym fantem zrobić, więc lata po mieście z rodziną i... - Nie skończył, gdyż Bella wróciła do pokoju, prowadząc jego wnuka. 
- Cześć, dziadku! - Chłopiec jak zawsze tryskał entuzjazmem.
- Henry, co za niespodzianka! - Powiedział Gold, wstając i poprawiając swój nieodłączny krawat. - Co cię sprowadza?
- Przyszedłem was zaprosić na przyjęcie bożonarodzeniowe. Odbędzie się w Wigilię w "Restauracji Babuni". Przyjedziecie, prawda?
Rumplestiltskin rzucił szybkie spojrzenie Belli. Nabrał powietrza i...
- Z chęcią przyjdziemy. - Powiedziała jego żona, uśmiechając się rozbrajająco. - Dziękujemy za zaproszenie. 
Z gardła Rumplestiltskina wydobył się cichy jęk.
- No tak, bo marzyłem o spędzeniu świąt w towarzystwie bandy młotków, niedorobionych czarnoksiężników i zapatrzonych w siebie piratów. Raj. - Mruknął na tyle cicho, by wnuk go nie dosłyszał. 
- Henry, masz może ochotę na gorąco czekoladę? - Bella, nawet jeśli to usłyszała, nie dała tego po sobie poznać. - Z cynamonem?
- To by było super! Dzięki, babciu! 
Pewnie gdyby ktoś inny nazwał zaledwie kilkanaście lat od siebie starszą żonę dziadka "babcią", zabrzmiałoby to idiotycznie. Ale w ustach Henry'ego brzmiało to naturalnie i szczerze. 
- Zaczekaj tu z dziadkiem, a ja idę ją przygotować. - Wychodząc, kobieta rzuciła jeszcze mężowi spojrzenie znad ramienia, tak bardzo dla niej charakterystyczne. - Rumple, może pokaż Henry'emu bibliotekę. Daję głowę, że mu się spodoba. 
Gold kiwnął głową i skierował wzrok na syna Emmy. Maluch był niewątpliwie wierną kopią swojego ojca. Miał może ciut jaśniejsze i prostsze włosy, ale identyczne oczy, nos i ten sposób uśmiechania się. 
- To prawda, że porywałeś dzieci, dziadku? - Rozległo się nagle pytanie. - Tak pisało w książce o magicznych stworzeniach. 
- Oczywiście. - Rumplestiltskin wyszczerzył się. - I pożerałem je na kolację. To co, chcesz zobaczyć bibliotekę, młody człowieku? 




Ulice Storybrooke pokrywała dziesięciocentymetrowa warstwa śniegu. Miasteczko wyglądało jak żywcem wyjęte z pocztówki. Za jej panowania chodniki były odśnieżane. Regina Mills zaklęła. Odkąd Śnieżka została burmistrzem, w mieście panowało zamieszanie. Nie przeszkadzało jej to specjalnie, o ile mogła się normalnie przemieszczać. Ale kiedy szpilki grzęzły w śnieżnym puchu, a szczękające zęby przeszkadzały w wypowiedzeniu inkantacji, mającej ją rozgrzać, kobieta na nowo czuła potrzebę, aby rzucić złowrogą klątwę, która zmieni wojowniczą następczynię tronu w posłuszną nauczycielkę - Mary Margaret. 
- Regina! Regina, zaczekaj! 
- O wilku mowa, a wilk... - Mruknęła pod nosem panna Mills.
- Jak dobrze, że cię złapałam. - Śnieżka podbiegła do niej, pchając przed sobą wózek z małym Nealem. - Urządzamy świąteczne przyjęcie i chcemy cię zaprosić. Prawda, maluszku? - Tu zwróciła się do syna. 
- Święta? Z tobą, twoją rodziną i wspaniałymi metodami wychowawczymi? - Regina parsknęła śmiechem. - No tak, to może być ciekawe.
- Henry'emu bardzo na tym zależy... - Teraz uderzała w czułą strunę.
- A mi zależy na chodzeniu po odśnieżonych ulicach. - Mills rozejrzała się ostentacyjnie. - Jak widać, marzenia się nie spełniają. Zresztą jeśli chce, mój dom stoi otworem. 
- To twój syn, ale też nasz wnuk! Chcemy spędzić Boże Narodzenie wspólnie. 
- Tak dla przypomnienie, jestem też twoją macochą. A twój syn nosi imię zmarłego ojca swojego siostrzeńca. Nasze drzewo genealogiczne wygląda jak... 
- Według Emmy, jak słuchawki do telefonu po godzinnym pobycie w kieszeni.
- Ten raz się z nią zgodzę. Przypomnij Henry'emu, że przychodzi dziś do mnie na kolacje. A teraz zejdź mi z drogi. - Powiedziała Regina, wymijając kobietę i wózek.
- Przyjdzie Robin! - Zawołała za nią Śnieżka. 
Mills zatrzymała się gwałtownie i wbiła wzrok w rozmówczynię.
- A Miriam? 
Milczenie. Na ustach Reginy znów pojawił się drwiący uśmieszek.
- I twój ostatni argument upadł. - Zawahała się. - Przyjdę, ale tylko dla Henry'ego. 
Po tych słowach znów ruszyła energicznie, poprawiając włosy. Nim odeszła, Śnieżka zdążyła zauważyć rumieńce na jej policzkach. I byłaby gotowa się założyć, że nie były spowodowane mrozem. 





- Kochana moja! Gdzie tak śpieszysz? - Killian Jones uśmiechnął się, łapiąc hakiem rękę Emmy. 
- Dostałam zgłoszenie o włamaniu. Will Scarlett postanowił tym razem dostać się do sklepu... - Blondynka wyrzucała z siebie słowa z prędkością niemalże światła. 
- Spokojnie, spokojnie, spokojnie! - Zawołał pirat, zbliżając się do niej i kładąc dłoń na jej policzku.
- Jeśli się nie pośpieszę, on mi znowu ucieknie!
- A jeśli się pośpieszysz, złapiesz go, a on ucieknie z więzienie. Bardzo pocieszające.
- Jestem szeryfem, muszę...
- Odpocząć. Są święta. Lepiej zrobisz, jeśli spędzisz czas z synem lub diabelnie przystojnym piratem, którego akurat spotkałaś.
Emma uśmiechnęła się i lekko przechyliła głowę. Rumieńce na jej policzkach nadały jej wygląda jednego z tych aniołków, które zdobią szczyty choinek. 
- Ktoś tu ma o sobie zbyt wysokie mniemanie. 
- Nie da się ukryć, że słuszne.  
Kobieta zastanowiła się. Perspektywa spędzenia czasu z Killianem kusiła ją, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że jej ojciec dzwonił ostatnio do niej ilekroć przebywała z ukochanym, zupełnie jakby miał jakiś radar. 
- Ten jeden jedyny raz... zrobię wyjątek. Ale pomożesz mi go potem złapać? 
- Jak sobie życzysz. 
Uśmiech ponownie rozjaśnił twarz Swan. Stanęła na palcach, złapała kapitana za kołnierz skórzanej kurtki i przycisnęła jego usta do swoich. Po chwili oderwali się od siebie, dusząc ciężko. Komórka Emmy zaczęła dzwonić jak na zawołanie.
- Czy musisz zawsze nosić przy sobie to piekielne urządzenie? 




- Cześć, Henry! Dokąd tak pędzisz? - Grace uśmiechnęła się do biegnącego chłopca.
Młodzieniec zatrzymał się i spojrzał na córkę Szalonego Kapelusznika. W przeciwieństwie do swojego ojca, ona odznaczała się wyjątkową zdolnością trzeźwego myślenia.
- Paige! Znaczy... Grace, bo klątwa jest w końcu złamana... - Syn Emmy zaczął się jąkać. 
- Możesz mnie nazywać jak ci wygodnie. - Rudowłosa zaśmiała się. - Przyzwyczaiłam się do obu imion. 
Mimo tego, że dziewczyna urodziła się na długo przed Henrym i to w Zaczarowanym Lesie, tu wciąż byli w jednej klasie. Uroki klątw. 
- Jasne. - Rumieniec pokrył policzki, a po chwili całą twarz chłopca. - Ja... Dziadkowie urządzają przyjęcie świąteczne i zapraszam wszystkich. Jeśli masz ochotę... Wpaść... Z tatą, jeśli zechce, oczywiście... To... zapraszam. - Wykrztusił w końcu.
- Dziękuję. Byłoby fajnie. Spytam go i ci powiem, dobrze?
- Jasne. - Powtórzył Henry.
Dziewczyna zaśmiała się, a syn Emmy jej zawtórował. 
- Miłego dnia. - Powiedziała i ruszyła w stronę biblioteki. - I lepiej ubierz się ciepło, robi się naprawdę chłodno. - Dodała
- Super. Znaczy... Na pewno się ubiorę. Ciepło. - Odparł maluch, czując jakieś dziwne uczucie w okolicy żołądka. 
Pokręcił głową. Regina miała rację, nie powinien jeść wcześniej tej miski cukierków. 



24 grudnia



Invitation

If you are a dreamer, come in
If you are a dreamer, a wisher, a liar,
A hope-er, a pray-er, a magic bean buyer...
If you're a pretender, come sit by the fire
For we have some flax-golden tales to spin.
Come in!
Come in!
- Shel Silverstein                                 

"Restauracja Babuni" była pięknie udekorowana. W rogu, zaraz koło lady stała olbrzymia choinka, przybrana różnokolorowymi bombkami, światełkami i długim łańcuchem. Pod nią piętrzyły się prezenty, które miały zostać później wręczone. Pakunki, różnej wielkości, zawinięte w różny papier i owinięte różnymi wstążkami, połączone wspólnie skrywanymi tajemnicami dotyczącymi zawartości. Z lady zwisały wypchane słodyczami bożonarodzeniowe skarpety na prezenty, które porozwieszała Ruby, wcześniej zdobywszy od Emmy informacje na temat zwyczajów świątecznych. Stoliki zsunięto razem tak, aby tworzyły jeden duży stół. Zastawiony był najróżniejszymi potrawami: od hamburgerów po jabłecznik. Każdy, kto postanowił przyjść, przynosił ze sobą własne danie, przez co ich liczba dawno przekroczyła standardowe dwanaście. Pomieszczenie wypełnione było ludźmi. Koło schodów zgromadzili się chętni do kolędowania, którzy niemiłosiernie męczyli "Snow Is Falling". Książę i Śnieżka doglądali syna, rozmawiając jednocześnie z panią Lucas i rzucając od czasu do czasu spojrzenie w stronę tańczącej z Hakiem Emmy. Wyglądała na niebywale szczęśliwą. Tuż obok Ruby zabawiała Frankensteina historyjką dotyczącą jakiegoś nieznośnego klienta. Archie, który był jednym ze śpiewającym, posyłał jej z kąta tęskne spojrzenie. Szalony Kapelusznik, który w końcu zdecydował się przyjść, popijał herbatę, uśmiechając się tajemniczo. Jak to on. Jego córka, Paige, rozmawiała właśnie z Henrym na temat jakiejś książki. Oboje byli zarumienieni i na zmianę się zająkiwali. Regina, która przyglądała się im od dłuższego czasu, otworzyła usta ze zdumienia. Nawet ona dostrzegła już to, czego dzieci nie widziały przez pryzmat niewinności. Kobieta jeszcze nie wiedziała, ale Robin miał jej tego wieczoru zakomunikować, że powiedział Miriam prawdę i zdecydowali się na rozwód. Zresztą jego żona nie rozpaczała zbytnio z tego powodu. Przynajmniej nie teraz, gdy była zajęta rozmową z Sidneyem. Nawet Gburek odłożył na chwilę skwaszoną minę, aby cieszyć się towarzystwem Novy. Ba, sam Rumplestiltskin siedział grzecznie z Jasiem, Małgosią oraz Pinokiem i przysłuchiwał się Belli, która czytała im właśnie na głos "Opowieść Wigilijną".

Wspaniały wieczór. Pozbawiony klątw, złowrogich zaklęć czy czegokolwiek innego, co mogłoby zakłócić szczęście zgromadzonych. I tu historia mogłaby się zakończyć. Ale w Wigilijną noc każde wypowiedziane słowo ma moc. Moc jednoczenie, ale i moc podziału. Moc siania nadziei i moc niszczenia złudzeń. Moc nieokiełznaną i nieznaną, ale niewątpliwie potężną. I tak padają słowa pełne mocy:

- W końcu się znaleźliśmy.
- Zawsze się znajdziemy.

- Kocham Cię, Swan. Kocham każdą część ciebie.
- Nawet tą magiczną?
- Tą najbardziej.
- Ja też Cię kocham, Killian.

- Ale nie możemy mieć jednak błękitnego domu? 
Jako dziecko zawsze chciałam mieć błękitny dom. 
W książce, którą ostatnio czytałam taki był, muszę 
Ci ją pokazać! 
- Kochanie, jeśli chcesz, nasz dom może być nawet 
w kropki. O ile będzie nasz.  


- Paige, nie miałabyś może ochoty na gorącą czekoladę?
- Z cynamonem?
- Z cynamonem.
- Zawsze.

- Czyli ona...
- Się już nie liczy. Chcę być z Tobą. To Ciebie kocham.
- Ale wiesz, że nie zamieszkam w lesie?
- Nawet na to nie liczyłem.
- I nie popieram kradzieży.
- Tak, coś o tym słyszałem. 

Słowa. Każde z nich kryło uczucia. Nawet te najbardziej błahe. Zgromadzona moc była więc przeogromna. A co za tym idzie - wprost musiał się zdarzyć bożonarodzeniowy cud. 


Ziemia zadrżała. Oczy wszystkich zgromadzonych w "Restauracji Babuni" zwróciły się w stronę drzwi, które gwałtownie otworzyły się z hukiem. Kształt, na początku niewyraźny, z każdą chwilą stawał się ostrzejszy. Wreszcie stał się rozpoznawalny. W drzwiach lewitowała niewielka koperta, która po chwili opadła delikatnie na próg. Pierwsza zerwała się Emma. Podbiegła do wejście i delikatnie podniosła kawałek papieru. Koperta nie była zaklejona. Obróciła ją. Ani śladu po adresacie czy nadawcy. Ostrożnie wyjęła ze środka list. Był napisany czarnym atramentem, a litery mogłyby stanowić wzór do podręczników kaligrafii. Zaczęła czytać. Po chwili jej oczy wypełniły się łzami. 
- To list... - Zaczęła.
- Tyle widzimy, panno Swan. - Przerwał jej Gold.
- Co jest tam napisane? - Spytała Ruby.
 Emma zaczęła czytać na głos.

Zasłużyliście na szczęśliwe zakończenie. 
Każdy z Was.
Dałem Wam możliwość pokierowania historiami, 
które zacząłem.
Wykorzystaliście swoje szanse.
Straciliście bliskich,
ale także zyskaliście przyjaciół, miłość...
Stoczyliście wiele walk.
Byliście pełni nadziei.
Byliście pełni wiary.
Dlatego mam dla was coś,
czego nie umieściłem w książce Henry'ego 
(potomka światła i ciemności), 
gdy ją tworzyłem.
Ostatnio stronę.
To mój prezent świąteczny dla Was.
Wy pokierowaliście losem,
ja pokieruje zakończeniem.
Pozwólcie mi na to.
                           Autor

- Mamo, sprawdź czy w kopercie jest coś jeszcze! - Poradził Henry.
Jasnowłosa jeszcze raz otworzyła kopertę. Tym razem znalazła w niej kartkę. Wyglądała jakby ktoś ją wyrwał z książki, od której wszystko się zaczęło. Z jednej strony znajdował się opis zdjęcia klątw, pogodzenia zwaśnionych i znalezienia przez wszystkich szczęśliwego zakończenia. Na drugiej stronie była ilustracja. Ukazywała wszystkich mieszkańców Zaczarowanego Lasu, którzy siedzą wspólnie przy wielkim stole. A pomiędzy Śnieżką i jej mężem, zasiadali Emma i Henry. Każdy ubrany był w charakterystyczny dla siebie strój. Podpis pod ilustracją głosił "I żyli długo i szczęśliwie".


                                                                                             
I to by było na tyle. 
Nie jakieś specjalne. Świąteczne takie :D
Pozwoliłam sobie powciskać moje ulubione pary.
I kochany wiersz :D
Ba, wcisnęłam tu nawet moje wymarzone zakończenie serialu :D
I niech ktoś mi powie, jaki kolor ma poniższy dom, bo nie mogę tego rozgryźć XD

Dyskusje nad kolorem tego domu już dwa czy trzy razy spotkałam w różnych opowiadaniach o Rumbelli/GoldenSwan, ale zawsze pozostają nierozstrzygnięte, więc może wy mi pomożecie.
Trzymajcie się ciepło :D 
           ~B