poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Rozdział 111

Rozdział 111. 

Postanowiłam zajrzeć do pokoju mamy. Była chyba nieco znudzona, siedziała na łóżku i trzepotała nogami na wszystkie strony. Pomyślałam, że ją w ten sposób ucieszę, przyniosłam więc szklankę ciepłego mleka. Trafiłam w dziesiątkę. Mama cieszyła się jak dziecko i wypiła wszystko duszkiem. Wyglądało na to, że mamę rozpierała energia, więc postanowiłam zabrać ją na spacer. Zaoferowałam Oldze, że mogę skoczyć po jakieś małe zakupy. Poprosiła mnie o kupienie kilku warzyw. Po uroczystym zaprzysiężeniu przez mamę, że będzie się dobrze zachowywała, poleciłam jej wziąć mnie pod rękę i wyszłyśmy do pobliskiego supermarketu. Przechodząc przez park, mama przyglądała się wszystkiemu z zaciekawieniem. Przypominała przy tym dziecko albo osobę, która dopiero co przejrzała na oczy, po długim byciu niewidomym. Sprawiała w każdym razie wrażenie, że widzi świat po raz pierwszy.
W sklepie postanowiłam sprawdzić, jak mają się władze umysłowe mojej rodzicielki. Na stoisku z warzywami poprosiłam ją o podanie mi kabaczka - chyba było z nią kiepsko, otrzymałam bowiem selera. Ponowiłam próbę, prosząc o trzy pietruszki - tym razem nie było tak źle. Przyniosła mi cztery marchewki.
Ogólnie rzecz biorąc, wyprawa do sklepu przebiegła względnie dobrze. Odprowadziłam mamę do pokoju i zaniosłam zakupy Oldze. Kobieta zaczynała właśnie przygotowywać obiad. Miałam nadzieję na chwilę spokoju. W domu było jakoś tak cicho.
- Olgo, gdzie jest Javier? - spytałam gosposi.
- Ach, wyszedł gdzieś z koleżanką. Taka drobniutka brunetka.
Carmen, pomyślałam, uśmiechając się pod nosem.
Postanowiłam pomóc Oldze w przygotowaniu obiadu. Kobieta zleciła mi krojenie warzyw. Zabrałam się ochoczo za siekanie papryki. Wysłuchałam przy okazji fabuły trzech nowych seriali, które gosposia od niedawna oglądała. Pod koniec opowieści nie wiedziałam już, czy Enrique jest mężem Brook, czy może jej bratem. Kiedy potrawa była już bezpieczna w piekarniku, a ja wstałam od stołu, do kuchni wpadli Javier i Carmen. Dziewczyna była nieco wyższa niż ją zapamiętałam. Niesforne włosy zaplotła w luźny warkocz, co było jakąś nowością. Chłopiec tymczasem wyjątkowo ubrał koszulę. Czarną i z jakimś buntowniczym napisem, ale jednak. Uniosłam brwi.
- Hej, Angeles! - dziewczyna poznała mnie od razu.
- Carmen, miło cię widzieć - powiedziałam, uśmiechając się z ciekawością. - Mogę wiedzieć, gdzie byliście?
- Nie, nie możesz - Javier puścił do mnie oczko.
Był zarumieniony, co było do niego niepodobne.
- Ale było super! - Carmen ignorowała już mnie i Olgę. - To do jutra?
- Do ju- jutra! - chłopiec zaciął się lekko, ale przybrał zawadiacką minę.
Młoda złodziejka cmoknęła go w policzek, który przybrał teraz barwę świeżego buraczka, pomachała mi i zdumionej gosposi, a potem wyszła tanecznym krokiem. Po drodze zgarnęła oczywiście z koszyka jabłko.
- Czy ty i ona...? - zwróciłam się do malucha.
- Co? Pff, nie! Nigdy, fuj! Ona tylko... Ja już tak działam na kobiety - wyjaśnił, wychodząc z kuchni i uśmiechając się nieco obłąkańczo.

Wtem usłyszałam dzwonek do drzwi. Wyszłam z kuchni, minęłam zapinającą buty Carmen i otworzyłam. Przede mną stał policjant.
- Dzień dobry - powiedział spokojnie.
Zamurowało mnie. Spostrzegłam, że było ich dwóch - wyższy i niższy. Całe moje dotychczasowe życie przeleciało mi przed oczami. Usiłowałam przypomnieć sobie, co złego ostatnio zrobiłam.
- Mamy nakaz aresztowania niejakiego Javiera...
- Zaraz, co?! - przerwałam mu.
- Pod zarzutem kradzieży naszyjnika ze sklepu...
- Chwileczkę! Co to wszystko ma znaczyć?! Javier, co ty wymyśliłeś?! Carmen...
Obejrzałam się, ale dziewczynki już nie było. Zniknęły jej buty i ona sama także się ulotniła.
Z gabinetu wyszedł German, zwołany zapewne moimi okrzykami.
Javiera znalazłam w kuchni, szperającego w lodówce.
- Młody, choć tu natychmiast! Co wyście znowu zmalowali?
Dzieciak wyszedł z pomieszczenia na korytarz i wtedy dostrzegł policjanta.
- Zaraz, chwila, to nie tak! Ja nic nie ukradłem... Znaczy się... Tak, ale to nie moja wina. Dajcie mi wyjaśnić! - krew odpłynęła mu z twarzy, a głos zrobił się piskliwy.
- Wyjaśnisz nam to na komisariacie - warknął niższy policjant, wyraźnie ucieszony.
- Przepraszam, ale to tylko dziecko, nie macie prawa go aresztować - zaczął German. Następnie zawołał Ramallo.
W korytarzu zrobiło się tłoczno, gdyż wraz z asystentem pana domu, pojawiła się Olga. Obserwowałam Javiera przez cały czas i już wiedziałam, że został wrobiony.

Jakiś czas później w domu znów zrobiło się spokojnie. Policjanci zabrali chłopca, ale wraz z nimi pojechał Ramallo i German. Ja zostałam, stwierdziwszy, że i tak na nic się nie przydam. Zostałam z Olgą. Kobieta była zdenerwowana, ale wkrótce i ją udało mi się uspokoić.

Wieczorem dostałam telefon od mojego narzeczonego i udałam się na komisariat. Javier ze zwieszoną głową siedział przy stoliku na przeciwko jednego z policjantów, a dookoła nich stali pozostali.
- Czy mogę na chwilę zostać sama z Javierem? - wypaliłam.
Policjanci zgodzili się, chociaż i tak wiedziałam, że będą podsłuchiwali naszą rozmowę. Usiadłam przy stoliku i spojrzałam na łobuziaka. W jego oczach zalśniły łzy.
- Młody, powiedz mi, co tak naprawdę się stało. Ale chcę tylko prawdy.
- Angie, ja wcale nie chciałem nic ukraść! Byliśmy z Carmen w sklepie i tam był taki naszyjnik, spodobał jej się i w ogóle, piekielnie drogi... Powiedziała, że na pewno nie jestem na tyle odważny, żeby go zabrać... Chciałem go dla niej kupić, bo tak jej się podobał, ale nie miałem kasy i... to samo jakoś tak wyszło. Nie chciałem, żeby miała mnie za tchórza.
Westchnęłam. Wiedziałam, że mówił prawdę.
- Gdzie jest ten naszyjnik, Javier? - spytałam.
- Dałem go jej... Angie, ja nie chciałem, naprawdę, nie chcę do więzienia! - głos mu się załamał, jednak dzielnie starał się hamować łzy.
- Spokojnie, młody, zapewniam cię, że tam nie trafisz. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
W chwili gdy wstałam od stolika, do sali weszli komisarze.
German powiedział, że zapłaci za naszyjnik i poświadczył za chłopca, że to już nigdy się nie powtórzy. Javier ochoczo przytakiwał. Przez całą powrotną drogę do domu, chłopiec wśród cichego szlochu, mamrotał przeprosiny. Wiedziałam, że jest mu strasznie przykro. Usiadłam obok niego na tylnym siedzeniu i próbowałam go pocieszyć.
Gdy dotarliśmy do domu, chłopiec został wysłany do swojego pokoju, gdzie miał siedzieć do rana. Uznałam, że dostał już wystarczającą karę, jaką była ta cała wizyta na policji i związany z nią stres, ale nie chciałam sprzeciwiać się Germanowi, który to zarządził.
- Młody dostał chyba niezłą nauczkę - powiedziałam.
- Mam nadzieję, że nie będzie więcej spotykał się z tą dziewuchą.
Westchnęłam. Młodzi wyraźnie się zbliżyli, skoro Javier zdobył się dla niej na coś takiego. Musiało mu zależeć. Miłość bywa okrutna - pomyślałam. Chłopiec pewnie się na niej zawiódł. A ona uciekła.

Zmęczona wydarzeniami wieczoru, udałam się do sypialni. Nie miałam ochoty na kolację. Leżałam w łóżku i patrzyłam w sufit. German zjawił się jakąś godzinę później, wystrojony we flanelową piżamę. Posłał mi uśmiech, którego nie mogłam nie odwzajemnić. Ten facet cały był taki charyzmatyczny, sprawiał, że się uśmiechałam, sama jego obecność. Pocałował mnie w czoło i położył się obok.
- A więc, kiedy ruszamy z przygotowaniami do naszego ślubu? - wypalił.
- Kiedy tylko chcesz, kochanie - odparłam i przytuliłam się do jego umięśnionej piersi.

Nazajutrz znów obudziłam się przed świtem. Tym razem hałas był tak głośny, że nawet German otworzył oczy. Jeśli miałabym określić dźwięk umierania - byłoby to coś takiego. Przerażające odgłosy dochodzące z pokoju obok wyrwały mnie z łóżka. Wiedziona ich brzmieniem, dotarłam do sypialni mojej mamy. Kobieta leżała na łóżku i wydawała z siebie te dźwięki. Zdawała się zwijać z bólu.
- Mamo... - podeszłam do niej.
Nie odpowiedziała. Dopiero po chwili, kiedy nieco się uspokoiła, powiedziała, że złapał ją skurcz. Odruchowo dotknęłam jej łydki. Pokręciła głową i złapała się za klatkę piersiową. Skurcz w klatce piersiowej? Coś było nie tak. Do pokoju wpadł German.
- Zadzwoniłem już na pogotowie - wydyszał. - Co się dzieje?

Przez całą drogę do szpitala, mama mamrotała coś pod nosem albo pojękiwała z bólu. Starałam się jakoś ją uspokoić, głaskałam ją po dłoni, mówiłam, że wszystko będzie dobrze... Łudziłam się.
Medycy dopytywali mnie o jej stan. Starałam się cierpliwie odpowiadać na pytania.
Na miejscu rozpoczęto kolejne badania. A ja znów siedziałam na korytarzu i czekałam na... wyrok. Wracała Szkocja.... Tym razem jednak miałam przy sobie mojego księcia. Moja głowa oparta na jego ramieniu. Moja dłoń ukryta wśród jego dłoni. Nasze głowy przy sobie, ciała blisko. Nie wiem, jak zdołałam wytrzymać tyle czasu z dala od niego. Kochałam tego faceta i cholernie potrzebowałam jego obecności. Nikt nie był w stanie mi go zastąpić. Mój książę. Mój jedyny. Moja druga połowa. Bardzo chciałam w końcu za niego wyjść. Czułam, że on też tego chciał. Byliśmy sobie przeznaczeni. Na naszej drodze wciąż pojawiały się przeszkody. Ale przynajmniej mieliśmy siebie.
- Odma opłucnej - tak brzmiała ogłoszona kilka godzin później diagnoza.
Nie miałam pojęcia, co to takiego, ale zdecydowanie nie brzmiało to wesoło. Lekarz usiłował wytłumaczyć nam, na czym ona polega, ja jednak nie zrozumiałam z tego, co do mnie mówił nic. Może jedynie to, że mama długo już nie pożyje. Uderzyło to we mnie niczym fala tsunami. Dobrze, że akurat siedziałam, gdyż nogi zrobiły mi się miękkie, jakbym zaraz miała zemdleć.

Przez kolejne dni codziennie odwiedzaliśmy moją mamę w szpitalu. Nasze życie zmieniło się w nieustanną gonitwę między szpitalem a domem. Szpital. Dom. Szpital. Dom. Szpital... I tak w kółko. Mama przestała wygadywać dziwne rzeczy na temat mleka i wojny. Nie była już zdziecinniała i śmieszna. W ogóle niewiele się odzywała. Niewiele jadła, niewiele spała. Przestała wstawać z łóżka i marniała w oczach. Podłączono jej kroplówkę, która miała ją odżywiać. Po tygodniu zaczęło jej być widać kości policzkowe i przestała cokolwiek mówić. Ja coraz częściej miałam dość patrzenia na jej cierpienie i czasami chciałam po prostu wyjść i gdzieś uciec. Ale wiedziałam, że muszę być silna.

Któregoś dnia weszliśmy z Germanem do jej sali, jak zwykle. Zdawała się drzemać, ale oczy miała otwarte. Przywitałam się z nią, chociaż wiedziałam, że nie odpowie. Przestała już odpowiadać. Leżała i patrzyła w sufit. Złapałam ją za dłoń i usiadłam obok jej łóżka. Spojrzałam na podłączony do niej sprzęt. Jej serce biło bardzo wolno. Miałam wrażenie, że ciągle spowalnia. Byłam coraz bardziej przybita. Wiedziałam, że każda sekunda przybliża nas do tej nieuchronnej chwili, gdy jej serce zabije ostatni raz. Delikatnie pogłaskałam kciukiem wierzch jej bladej dłoni. Nagle oddech mamy przyśpieszył. Jej zasnute mgłą oczy skupiły się na mnie. Dawno nie widziałam w nich takiej uwagi. Zamrugała. Rozchyliła wolno spierzchnięte wargi, a z jej ust dobiegł nas chrapliwy odgłos.
- A-angie... - łapała powietrze jak ktoś, kto zbyt długo przebywał pod wodą. - Córeczko...
- Mamo - powiedziałam ze łzami w oczach.
- Ger... German... - zaniosła się kaszlem. - Nie zostało mi... wiele czasu...
- Mamo, proszę, nie mów tak. Wszystko będzie...
- My- myliłam się... Wy powinniście być... razem... Maria by tego chciała... - jej źrenice rozszerzyły się gwałtownie, jakby zobaczyła w drzwiach coś przerażającego. - Proszę, German... Zaopiekuj się nią...
Łzy zaczęły spływać po moich policzkach i kapać na białą, szpitalną pościel.
- Zaopiekuję się nią, Angelico - obiecał German lekko łamiącym się głosem.
- Jestem z ciebie dumna, Angie... - lekko ścisnęła moją dłoń. - Kocham cię... Moje dziecko... Mój aniołku...
- Proszę, mamo! Zostań ze mną - załkałam.
Oczy kobiety znów zaszły mgłą, która przysłoniła jej brązowe tęczówki. Spracowane palce nie zaciskały się już na mojej ręce. Uderzenia serca dzieliły coraz większe przerwy. Przycisnęłam jej niemal bezwładną dłoń do swoich ust, jakbym w ten sposób chciała wtłoczyć w nią życie. Przez ostatnie tygodnie modliłam się o ten przebłysk świadomości, a gdy nadszedł - chciałam, aby znów szukała mleka, śmiejąc się jak mała dziewczynka. Ta sama kobieta, która uczyła mnie wiązać buty, piekła ciastka cynamonowe i tłumaczyła, gdzie zrobiłam błąd w zadaniu z fizyki, leżała teraz przede mną na skraju życia i śmierci. "Serce ustało, pierś już lodowata, ścięły się usta i oczy zawarły; Na świecie jeszcze, lecz już nie dla świata! Cóż to za człowiek? - Umarły." - przypomniał mi się fragment wiersza, który czytałam kiedyś w szkole. Próbowałam odgonić tą myśl, tak jak odgania się muchę od napoju w skwarny dzień, ale na próżno. Słowo te uderzyły we mnie lodowatą falą, powodując przenikliwy ból w piersi. Uszło ze mnie całe powietrze. German ostrożnie położył dłonie na moich ramionach. Wtem urządzenie odmierzające puls zaczęło piszczeć. Mężczyzna wyprowadził mnie na korytarz, a do pokoju wpadł zespół lekarzy i pielęgniarek.
- Adrenalina! Przygotować defibrylator!
Słyszałam ich okrzyki, gdy przeprowadzali akcję ratowniczą, ale we mnie już nie było nadziei. Wiedziałam, że to już koniec.

German zobowiązał się do zorganizowania pogrzebu i poinformowania rodziny. Ja nie byłam w stanie. Gdy tylko lekarz oficjalnie potwierdził zgon, wyszłam ze szpitala bez słowa. Potrzebowałam powietrza. Mijałam zadymione ulice miasta, czując jak smutek zaciska się na mojej szyi niczym pętla. Przeszłam obok klubu, z którego dobiegała głośna muzyka. Słońce ginęło już za horyzontem pozostawiając po sobie różowo-pomarańczową poświatę. W końcu stanęłam u celu wędrówki. Przekroczyłam bramę cmentarną bez lęku. Byłam tu już nie raz. Czwarta alejka. Napis z roku na rok stawał się coraz mniej wyraźny, ale wiedziałam, że to tu.
- Siostrzyczko... Ona odeszła - z oczu trysnęły mi łzy. - Mama nie żyje. Tak jak ty, a ja znów jestem sama. Gdyby nie German... Nie chcę tego przechodzić jeszcze raz, wiesz?
Delikatnie musnęłam zimny kamień. Nie odpowie mi. Nigdy nie odpowiadała. Ale ja i tak siedziałam bez ruchu przez parę minut, jakby tym razem miało być inaczej. Powoli wstałam. Pomyślałam o odwiedzeniu grobu Julio, ale nie mogłam tam iść. Bałam się tego, jak bym się tam poczuła. Ostrożnie ruszyłam do wyjścia, próbując nie zgubić się w ciemności, która ogarnęła już Buenos Aires.

Wróciłam do domu, trzaskając drzwiami. Wciąż jeszcze drżałam z emocji. Gdy tylko weszłam do środka, zjawił się German. Wyszedł ze swojego gabinetu i obserwował, jak zdejmuję kurtkę z ramion.
- Angie... - zaczął.
Minęłam go bez słowa i powędrowałam na górę, po czym zamknęłam się w łazience. Zacisnęłam dłonie w pięści i oparłam się o drzwi, z trudem powstrzymując łzy. Podeszłam do lustra i spojrzałam na swoje odbicie. Miałam bladą twarz i przekrwione oczy. Nie byłam w stanie zdefiniować, co właściwie się ze mną dzieje. Czułam się samotna. Czułam, że cały świat się ode mnie odwrócił. Nie mogłam uwierzyć, że kobieta, która mnie urodziła i wychowała już nigdy na mnie nie spojrzy, nigdy mnie nie przytuli, nie odezwie się do mnie.
Ktoś zapukał do łazienki. Nie zareagowałam, ale ta osoba nie dawała za wygraną. Byłam pewna, że to German. Nie. Nie chciałam z nim teraz rozmawiać. Nie chciałam rozmawiać z nikim. Chciałam zostać sama.
- Angie, wiem, że tam jesteś! - a jednak Violetta. - Otwórz.
Zacisnęłam dłonie na krawędzi umywalki i nie ruszyłam się z miejsca. Zamek szczęknął i dziewczyna weszła. Trzymała w dłoni jakiś metalowy przedmiot. Odwróciłam się do niej tyłem, żeby nie widziała mojej twarzy.
- Ciociu, spójrz na mnie - poprosiła. - Czy to prawda, że babcia nie żyje?
Jej głos załamał się, gdy wypowiadała ostatnie dwa słowa. Odwróciłam się do niej i mocno ją przytuliłam. Skapitulowałam i zaczęłam płakać. Violetta także szlochała. Objęła mnie mocno swoimi cieniutkimi ramionami i wsunęła głowę między moje barki. Moja kochana siostrzenica. Tylko ją miałam jeszcze na świecie. Ją i Germana. Byli moją jedyną rodziną. Tylko dzięki nim nie byłam sama. Przytuliłam jeszcze mocniej dziewczynkę, której tak długo szukałam po całym świecie. A gdybym jej nie znalazła? Zapłakałyśmy obie w tym samym momencie. 

Kilka dni później miała miejsce ceremonia pogrzebowa. Założyłam wąską, czarną sukienkę do samej ziemi i sweter w tym samym kolorze. Z trudem powstrzymywałam łzy, kiedy przekraczaliśmy bramę cmentarza. Szłam kilka kroków przed Germanem i jego córką. Weszliśmy do małej kaplicy cmentarnej, gdzie wszystko było już przygotowane. Tuż przy ołtarzu stała drewniana trumna. Była otwarta, ale nie chciałam do niej podejść. Nie chciałam widzieć mojej mamy bez życia. Nie chciałam jej pochować, chciałam, żeby była ze mną. Nie chciałam rzucić na nią garstki ziemi, chciałam mieć ją przy sobie. Chciałam... żeby żyła.
Msza zaczęła się punktualnie o jedenastej. Rozejrzałam się po kaplicy. Z organów umieszczonych w tylnej części kościoła dobiegała wyjątkowo smutna melodia. Zobaczyłam kilka osób znanych mi jedynie z widzenia. German i Violetta siedzieli ze mną. Z przodu dostrzegłam też Pablo. Przyszli także Olga i Ramallo z Javierem, a nawet Jackie i doktor Gancho - nie miałam zielonego pojęcia, skąd się wzięli. Z przodu siedziała jakaś starowinka, ale ona chyba chodziła na wszystkie msze w ciągu dnia. Długi różaniec zwisał jej z szyi. Była pogrążona w modlitwie. 
Ksiądz Oscuro zajmował miejsce w jednej z ławek, razem z Emilie, i wyglądał na wyraźnie poirytowanego. Sama nie wiem, dlaczego nie zleciliśmy mu poprowadzenia tej ceremonii. Nie sądziłam, że miał ochotę to zrobić. Westchnęłam i skupiłam wzrok na dość skąpo przystrojonym ołtarzu. Po chwili zjawił się kapłan we fioletowym stroju i przystąpił do odprawiania mszy. Mówił jakoś przez nos, chyba miał katar. 
W kaplicy było dość duszno, dlatego ulżyło mi nieco, kiedy wyszliśmy na dwór. Pochód doszedł do miejsca, gdzie miało zostać złożone ciało mojej mamy. Trumna znalazła się w głębokim dole. Z ciężkim sercem i łzami w oczach złapałam grudkę ziemi i rzuciłam nią. Pozostali zrobili to samo, a wówczas ksiądz począł wygłaszać przemówienie monotonnym, zachrypniętym głosem. Zaczął wiać wiatr, słońce skryło się za chmurami. Nienawidziłam pogrzebów, jednak tym razem starałam się skupić na słowach księdza.
- ...Wszyscy tu zebrani mamy nadzieję, że dusza naszej siostry... AAAAPSIK! Przepraszam... Naszej siostry Angeliki powiększy grono aniołów Pana... 

Usłyszałam chrząknięcie. Albo prychnięcie. Coś koło tego. Uniosłam głowę i zobaczyłam, że po mojej lewej stronie stał Oscuro. Obok dostrzegłam Emilie. Zauważyłam, że po drugim chrząknięciu Roberta, szturchnęła go lekko. Uśmiechnęłam się do niej przez łzy, gdy napotkała mój wzrok. Uniosła oczy lekko w górę i też się uśmiechnęła, po czym popatrzyła na swojego towarzysza. W jej spojrzeniu wyczuwało się wręcz namacalną dobroć. Ta prosta, uprzejma kobieta naprawdę go kochała. Po chwili skarciłam się za własne myśli. Byłam przecież na pogrzebie mamy. Wlepiłam wzrok w swoje czółenka i skupiłam się na kazaniu. 
Po skończonym nabożeństwie, wszyscy zaczęli się rozchodzić. Chciałam zostać sama przed grobem mamy. Dlatego gdy podszedł do mnie German, chwycił moją dłoń i zachęcił, abyśmy już poszli, odprawiłam go. Nie miałam ochoty dzielić z nikim tej chwili. Ani German, ani nawet Violetta, która płakała przez całą mszę, nie byli w tej chwili w stanie zrozumieć mojego smutku. Wpatrywałam się beznadziejnie w grobową płytę i płomień palący się wewnątrz jednej ze świeczek. Robiło się coraz duszniej. Gdzieś w oddali rozległ się grzmot. Wiatr osuszył moje oczy z łez. Już nie płakałam. Nie miałam na to siły. Na nic nie miałam już siły.
Grzmoty były coraz wyraźniejsze. Gdy wyszłam w końcu z cmentarza, dołączyły do nich sporadyczne błyski. Spacerowałam wolno przez park. Na ramię kapnęła mi kropla deszczu. Ludzie dookoła gdzieś wyparowali, zapewne w celu skrycia się przed nadchodzącą burzą. Właściciele sklepów i kawiarni, zamykali okna. Mnie było już wszystko jedno. Wiatr rozwiewał mi włosy i potrząsał sukienką. Padało coraz mocniej. Szłam powoli w stronę przeciwną do kierunku wiatru. W oddali majaczyła willa Castillo. Nie chciało mi się tam wracać. Wiedziałam, że to nierozsądne, ale chciałam zostać na dworze i jak gdyby nigdy nic obserwować pioruny przecinające czarne chmury. Nigdy nie bałam się burzy, chociaż mama zawsze mi powtarzała, że nie wolno w jej trakcie wychodzić na zewnątrz.

Ale przecież szłam już w stronę domu. Byłam całkiem blisko, to tylko parę kroków stąd. Chciałam popatrzeć jeszcze chwilę. Byłam już cała mokra, deszcz spływał mi po twarzy, zmywał makijaż. Przejechałam dłońmi po włosach i rozłożyłam ramiona, aby poczuć na sobie ulewę. Oślepił mnie piorun. Zamknęłam oczy. Grzmotnęło. Dobiegł mnie huk. Gdzieś niedaleko wiatr chyba złamał jakieś drzewo. Usłyszałam czyjś krzyk. Ale to wszystko spływało po mnie, niczym ta woda płynąca po mojej satynowej sukience.
Kiedy w końcu wróciłam do domu, byłam calutka mokra, jakbym dopiero co wyszła spod prysznica. Przemokły też moje buty. Zrzuciłam je niedbale i zostawiłam w przedpokoju. Pobiegłam na górę, aby dalej obserwować burzę przez okno. Z pasją przypatrywałam się piorunom. Zrobiło się ciemno. Nie wiem, jak długo tam siedziałam. Nie wiem, czy nadeszła już noc czy była to wina przysłaniających słońce czarnych chmur.
Po jakimś czasie grzmoty były coraz rzadsze, błyskawice przestały muskać niebo. Krople deszczu wciąż jednak spadały, bijąc w szyby. Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Nie obejrzałam się, wiedziałam, kto to. Poznałam go po zapachu i charakterystycznym brzmieniu jego oddechu. 

German przytulił mnie do siebie. Nie protestowałam, ale nie odwzajemniałam też uścisku. Czułam się wypruta z wszelkich emocji, chciałam tylko bez końca gapić się przez to okno. Deszcz nieco ustał, chmury zrobiły się jaśniejsze. Mój narzeczony wstał, a ja razem z nim. Obejmując mnie w pasie, otworzył drzwi balkonowe i wyszliśmy na taras. Podeszłam do barierki i spojrzałam w górę. Obserwowałam, jak wiatr rozwiewa chmury. Wzięłam głęboki oddech. Po burzy powietrze zawsze miało bardzo charakterystyczny zapach. 
W końcu, po wielu godzinach, zdobyłam się na to, aby spojrzeć na Germana. Najpierw tylko zerknęłam. Później zaczęłam patrzeć na niego bez przerwy. Dostrzegł mój wzrok i spojrzał mi prosto w oczy. Odwróciliśmy się do siebie i po prostu na siebie patrzyliśmy, trzymając mocno swoje dłonie. Jego palce były ciepłe. Twarz wyrażała spokój. Milczał. Wolałam nawet nie myśleć, jak wyglądałam z rozczochranymi oczami, podkrążonymi oczami i resztkami tuszu zaschniętego na policzkach. 
On jednak patrzył na mnie tak, jakbym była najpiękniejsza na świecie... Nie, jakbym to ja była całym jego światem. 
Tonęłam w jego brązowych oczach, myśląc tylko o tym, jak bardzo go kocham. Na twarz padło mi słońce. Spojrzałam w niebo i dostrzegłam, że na błękitnym już sklepieniu, pojawiła się tęcza. 
German uśmiechnął się do mnie smutno, po czym bardzo powoli ujął moją twarz w swoje dłonie, jakby sprawdzał, czy nie zaprotestuję. Ja jednak ani myślałam protestować. Poddałam mu się w całości. Zamknęłam oczy i pozwoliłam, aby mnie pocałował. Jego wargi delikatnie pieściły moje i wszystko inne straciło znaczenie. Liczył się tylko on.
"Tu sonrisa me enseñó, tras las nubes siempre va a estar el sol..."
_____________________________________________
Mamy rozdział 1111! 
No dobra, o jedną jedynkę za dużo - to nie "Moda na sukces"... Jeszcze nie. XD
Dziękujemy za uwagę, mamy nadzieję, że Wam się podoba.
Z góry dzięki za wszystkie komentarze - no i za cierpliwość. :-)
Un beso muy grande. ♥
J & B

środa, 1 lipca 2015

Rozdział 110

Rozdział 110.

Samolot wylądował w Buenos Aires około siódmej rano następnego dnia. Wyszłam zeń zmęczona, ale szczęśliwa. Słońce świeciło już porannym blaskiem.

Na niebie nie było żadnej chmurki. Powietrze miało swój charakterystyczny zapach i otaczało ciepłem. Ale śmierdzi tlenem, pomyślałam.

Uwielbiałam klimat Argentyny. Drzewa owocowe kwitły na biało i różowo, a gałęzie pozostałych zdobiły już zielone liście. To było jak sen, znów znaleźć się w mieście tak bardzo ukochanym przez moje serce. Piękny sen wypełniony kolorami. Zanuciłam pod nosem melodię "Ser mejor", po czym westchnęłam, czując, że nic nie jest w stanie zniszczyć w tej chwili mojego szczęścia.
- Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej, czyż nie tak, Angeles? - usłyszałam w podświadomości zuchwały szept Piotrusia Pana.
"Dawno się nie odzywał" - pomyślałam. Otrzeźwiło mnie to nieco, jednak uśmiech ani myślał zniknąć z mojej twarzy. Powoli uczyłam się doceniać małe rzeczy. Takie, jak to, że ciepły wiatr rozwiewał moje włosy, słońce lśniło na niebie, a ja byłam zdrowa, nic mnie nie bolało. Poczułam wdzięczność Bogu, że dał mi tak wiele. Obejrzałam się i dostrzegłam Oscuro, prowadzącego moją mamę pod ramię. Oczy miał podkrążone, a na głowie niezły chaos, ale jego wyraz twarzy wskazywał na wyraźną ulgę. Mama była zaś podekscytowana. Rozglądała się z ciekawością godną ośmiolatki. Przed olbrzymim budynkiem lotniska czekali już na nas Violetta, German i Javier. Łzy radości napłynęły mi do oczu. Uściskałam siostrzenicę i malca, a następnie podeszłam do narzeczonego. Miałam wrażenie, że minęły wieki od naszego ostatniego spotkania. Czarne, idealnie uczesane włosy, czekoladowe oczy, obcisła, fioletowa koszula i ciepłe ramiona, które przycisnęły mnie do pachnącej męskim żelem pod prysznic klatki piersiowej. German.
- Cześć, Angie - wyszeptał wprost do mojego ucha.
- Tęskniłam.
- Ja też. Jak się trzymasz?
Odsunęłam się od niego i kiwnęłam uspokajająco głową.
- Emilie!
Odwróciłam się. Oscuro ściskał niewielką kobietę, którą ostatnio poznałam.
- Niech będzie pochwalony! - brunetka jak zawsze tryskała dobrym humorem. - Jak lot?
Robert przełknął ślinę.
- Znakomicie. Wprost znakomicie.
Zachichotałam i przeniosłam wzrok na Javiera, który rozmawiał z moją mamą.
- Mleko. Potrzebujemy mleka na wojnę...
- Angie, ona na pewno ma Alzheimera? Myślałem, że będzie miała słabą pamięć, a nie... - chłopiec pokręcił znacząco palcem koło skroni.
- Javier! - German zmarszczył gęste brwi. - Pomóż Angelice wsiąść do samochodu.
- Chodź, babciu - teraz Violetta przejęła dowodzenie.
Oscuro spojrzał na mnie porozumiewawczo. Kiwnęłam głową. Wiedziałam, że mężczyzna chce już wrócić na plebanię i opowiedzieć wszystko Emilie. Kobieta także na mnie zerknęła. Uśmiechnęła się lekko i podała coś Robertowi. Coś, co rozpoznałam ze smutkiem. Koloratkę.

Willa Castillo pachniała domowymi wypiekami. Viola wyjaśniła mi po drodze, że na wieść o przybyciu mojej mamy, Brunhilda wyprowadziła się do Cromwella, łamiąc wszelkie konwenanse. Ta kobieta zawsze była zaskakująca. Z ulgą powitałam to miejsce. "Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej...".
German wszedł tuż za mną, niosąc moją walizkę. Posłałam mu uśmiech. Wtem z kuchni wyłonił się Ramallo. Nucił pod nosem piosenkę, w której rozpoznałam "Dile que si". Wydał mi się nadzwyczaj wyluzowany. Jego krawat zawiązany był jakość krzywo, pod szyją miał jakiś kolorowy fartuch, a na policzku dostrzegłam ślady karminowej pomadki. Z kuchni dochodziły dźwięki jakiegoś country. Wolałam nawet nie myśleć, co jeszcze działo się tu pod moją nieobecność. Dostrzegłszy nas, mężczyzna przerwał nucenie piosenki, poprawił okulary i odchrząknął. Jednak uśmiech nie opuścił jego twarzy.
- Panienka Angeles! - ucieszył się, po czym podszedł, aby mnie uściskać. Poklepałam go po plecach. - Dobrze cię znów widzieć.
- Ja też się za wami stęskniłam, Ramallo.
- Olga, zobacz tylko, kto przyjechał!
Z kuchni wybiegła gosposia. Była cała w skowronkach.
- Angie, skarbie! Brakowało nam ciebie! - kobieta uścisnęła mnie mocno. - Wyglądasz na zmęczoną. Na pewno jesteś głodna, wróbelku... Upiekłam rogaliki, skusisz się?
- Tak, chętnie - odpowiedziałam bez zastanowienia. Już dawno nie miałam w ustach niczego smacznego. Kuchnia Olgi to jedna z wielu rzeczy, za którymi tęskniłam.
- Jesteśmy w Luwrze? - odezwała się moja mama. - Ładne gniazdko. Pachnie tu mlekiem...
Violetta spojrzała na mnie zdezorientowana.
- Nie, babciu... - zaczęła, ale nie było dane jej dokończyć.
Naszych uszu dobiegły energicznie stawiane kroki, świadczące o tym, iż ktoś właśnie schodzi po schodach. Po chwili stanęła przed nami Brunhilda. Mimowolnie zrobiłam krok w tył i wpadłam na Germana, który położył dłonie na moich ramionach.
- Co ona tu robi? - wyszeptałam.
- Miałaś nadzieję, że tak łatwo zejdę ci z drogi, co?! - niesamowite, a zawsze wydawało mi się, że jest przygłucha. Nie doceniałam tej kobiety.
Po chwili stało się to, czego najbardziej się obawiałam - dostrzegła moją mamę.
- Co ta żałosna wariatka tutaj robi?! - warknęła 87-latka.
- Angie, dlaczego ta staruszka tak krzyczy? - spytała mnie mama. - Ma problemy ze słuchem?
W tym momencie chciałam zapaść się pod ziemię. Miałam gulę w gardle. Wszyscy pozostali także zamarli, czekając na rozwój wydarzeń.
- KIM... PANI... JEST?! - moja mama krzyczała tak, jakby Brunhilda stała na drugim końcu ulicy.
- Nawet nie próbuj ze mnie żartować, stara frytko. Myślisz, że nie pamiętam, co ostatnio mi zrobiłaś?!
- O co jej chodzi, Angie? - spytała mnie mama.
- Oczekuję natychmiastowych przeprosin! - twarz Brunhildy spowiła purpura.
- A ja oczekuję solidnej butelki mleka!! - krzyknęła w odpowiedzi Angelika.
- Wypraszam to sobie! Wszyscy powariowaliście. A to wszystko pewnie twoja wina! - wycelowała we mnie chudy palec. - Pozarażałaś ich wszystkich głupotą! Ostrzegałam cię, Germanku, żebyś się jej pozbył, póki czas! Nie chciałeś mnie słuchać, to teraz masz! 
Brunhilda minęła nas i nadepnąwszy mi na nogę, wyszła z willi trzaskając drzwiami.
- Poszła kupić mleko, tak? Niezbyt sympatyczna kobitka...
Nikt nie odpowiedział na słowa mojej mamy. Dopiero po chwili odezwał się Javier.
- Dobra, dzieci, idę do siebie. Kolejny level sam się nie przejdzie. Radźcie sobie. Strzałka!
I już go nie było. Po chwili milczenia, Olga podeszła do mojej mamy i powiedziała, że zaprowadzi ją do jej sypialni. Ramallo zaoferował natomiast, że posprząta kuchnię.
- A jest stamtąd widok na stajnię? Lubię patrzeć na kury! - usłyszałam słowa mojej mamy, prowadzonej do pokoju dla gości.

Gdy wszystko umilkło, westchnęłam ciężko. Odkryłam, że dłonie Germana wciąż spoczywają na moich ramionach, które zrobiły się ciepłe. Odwróciłam się do mojego narzeczonego. Czułam się zrezygnowana.
- Tęskniłem za tobą.
- Ja też. Nie masz pojęcia, jak bardzo - powiedziałam szczerze.
German dotknął dłonią mojego chłodnego policzka, po czym uniósł w górę mój podbródek. Patrzył mi prosto w oczy. Było w nich tyle miłości. Poczułam się lepiej. A kiedy jego wargi napotkały w końcu moje było już całkiem dobrze. Gdy mocno objął mnie w pasie, wtedy było już doskonale. Nasze ciała pasowały do siebie perfekcyjnie. Zapomniałam o smutku i zmęczeniu. Najważniejsze było to, że był przy mnie.
- Przejdziemy przez to razem - wyszeptał. Uwierzyłam mu.

Nazajutrz rano czekała mnie niezbyt przyjemna pobudka. Obudziło mnie bowiem jakieś łupnięcie dochodzące z dołu. Miałam wrażenie, że ze schodów spadł jakiś tonowy głaz. Leżałam w objęciach mojego narzeczonego. Gwałtownie drgnęłam, ze zdziwieniem stwierdzając, że wcale go to nie ruszyło. Zachrapał tylko nieznacznie i spał dalej w najlepsze. Zastanawiałam się, czy miałam może jakiś wyostrzony słuch czy to już odznaka przewrażliwienia. Przymknęłam na chwilę oczy, jednak nim zdążyłam z powrotem zapaść w sen, rozległo się kolejne łupnięcie. Następnie usłyszałam przekleństwo. Wytrzepałam się jakoś z łóżka, wskoczyłam w kapcie i wybiegłam z pokoju. Po wyjściu na korytarz, niemal od razu zlokalizowałam źródło hałasu. Po schodach Brunhilda znosiła swoje walizki. Było to dość dziwne. Mam na myśli fakt, iż robiła to samodzielnie. Uwielbiała przecież wysługiwać się innymi. Dlaczego więc nie poprosiła o pomoc Ramallo? Sprawa wydała mi się podejrzana, dlatego, korzystając z okazji, że staruszka mnie nie widziała, postanowiłam bacznie obserwować rozwój wydarzeń.
Po chwili moich uszu dobiegło trzecie łupnięcie. Brunhilda zawadziła kantem walizki o drewnianą barierkę schodów. Zaklęła pod nosem, ale w końcu udało jej się znieść walizkę na dół.
Zastanowiwszy się chwilę, doszłam do wniosku, iż kobieta po prostu szykuje się do wyprowadzki. Coś mi jednak nie pasowało. Może i była to kwestia powolnego kojarzenia wątków wynikająca z wczesnej pory, aczkolwiek elementy tej zagadki ewidentnie ze sobą nie współgrały. Dlaczego Brunhilda postanowiła radzić sobie sama i czemu zabrała się za to bladym świtem? Czyżby nie chciała, by ktoś ją zobaczył? Przecież uwielbiała zwracać na siebie uwagę. Byłam raczej skora sądzić, że swoją wyprowadzką będzie chciała coś zamanifestować. Ale najwyraźniej zmieniła zdanie.
Kiedy przystąpiła do wkładania butów, zeszłam powoli na dół. W tej chwili zadzwonił jej telefon. Odebrała. Ja tym czasem zakradłam się do kuchni i obserwowałam jej poczynania przez lekko uchylone drzwi.
- Halo? Benedict?! - wrzasnęła do słuchawki. - Tak, właśnie się zbieram. Mój drogi, odrobinę cierpliwości, bardzo cię proszę. Tak. Tak, niedługo będę. Ja też nie mogę się doczekać. Tak. Ja też tęsknię.
Zaśmiałam się mimowolnie. Babcia Germana na chwilę ucichła. Bałam się, że mnie usłyszała. Zostać przez nią przyłapana na podsłuchiwaniu? O nie, to była ostatnia rzecz, jakiej chciałam. Zatkałam sobie usta dłonią i przykleiłam się plecami do ściany.
- Aha.. Ja ciebie też, pierożku! Pierożek, ciekawie. "Pieszczotliwe" określenia w ustach Brunhildy brzmiały co najmniej dziwnie. Moje rozważania przerwało trzaśnięcie drzwiami. Babcia Germana wyszła. Zostałam w kuchni sama. Wtem usłyszałam dźwięk przychodzącego sms-a.

Angie, jesteś już w Buenos Aires?
Musimy się spotkać.

Napisz konieczne, co z Tobą.
Pablo.

Wystukałam szybko, że jestem już w domu, po czym wyjęłam kubek, nalałam sobie trochę soku i przysiadłam do stołu. Następny sms przyszedł prawie natychmiast.

Spotkajmy się dzisiaj o 10 w parku.
To ważne.

Odpisałam tylko "OK". Nie było mi dane długo cieszyć się samotnością, gdyż ledwie wypiłam łyk soku, do kuchni wparowała Olga. Powitała mnie i oznajmiła, że musi zacząć przygotowywać śniadanie dla domowników.
- Okej - mruknęłam, wciąż rozmyślając na temat Brunhildy.
- Angie, czy mi się zdaje czy wstałaś dzisiaj ze złej strony łóżka? - uśmiechnęła się gosposia.
- Eee... - nie zdążyłam odpowiedzieć, gdyż pojawił się Ramallo.
- Dzień dobry, Olgo. Dzień dobry, Angie - powiedział rześko, po czym dodał: - Angie, chyba wstałaś dzisiaj ze złej strony łóżka.
Zmarszczyłam czoło. O co im, do cholery, chodzi? Nie miałam przecież wcale tak bardzo złego humoru. Cóż, przynajmniej starałam się tego nie okazywać. Wstałam od stołu i zostawiłam ich samych. Następną osoba, którą spotkałam, był Javier. Dzieciak jak zwykle był bardzo radosny. Na mój widok uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Cześć, Angie.
- Hej, młody - przybiłam z nim piątkę, przywołując nieco wymuszony uśmiech na twarz.
- Angie... Czy nie wstałaś ze złej strony łóżka? - zaśmiał się szkrab.
- O co wam wszystkim dzisiaj chodzi?! - warknęłam. - Przecież mam dobry humor, a wszyscy wmawiają mi, że wstałam lewą nogą!
- Nie... Hahaha, nie o to chodzi! Po prostu... Chyba założyłaś dzisiaj kapcie Germana.
Spojrzałam na swoje stopy i spłonęłam rumieńcem. Chciałam obrócić jakoś tę sytuację w żart, ale nic nie przychodziło mi do głowy.

Poszłam do jadalni. Zastałam tam Violettę, szczerzącą się od ucha do ucha, w stronę ekranu swojego telefonu. Przywitałam się z siostrzenicą. Powoli zaczęli schodzić się pozostali domownicy. Już dawno nie jedliśmy w takim gronie. Chyba brakowało mi tego. Byłam jednak nieco przybita, czemu chyba trudno się dziwić.
Kiedy wszyscy się już rozeszli, ja wciąż tkwiłam przy stole, maltretując drożdżową bułkę widelcem. Nie miałam apetytu, a myślami byłam daleko. W pewnej chwili zdałam sobie sprawę, że przy stole zostałam tylko ja i pan domu, który bacznie mnie obserwował. Odłożyłam widelec i spojrzałam na niego. On wstał i podszedł do mnie. Także podniosłam się z krzesła. Powoli objął mnie talii i delikatnie mnie pocałował.
- Gdzie zniknęłaś dzisiaj rano? - zapytał, przesuwając kciukiem po moim policzku.
- To zabawna historia... Kiedyś ci ją opowiem - rzekłam. - A propo. Chyba założyłam dzisiaj twoje kapcie, wybacz mi... - zaczęłam.
Spojrzałam w dół i wybuchnęłam śmiechem. German miał na stopach różowe, futrzane kapcie, za małe o kilka numerów. Były to kapciuszki, które zwykle ja nosiłam po domu. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie i oddał mi je.
- Powinnam zajrzeć do mojej mamy. Śpi jeszcze? Pewnie jest głodna albo może...
- Spokojnie, kochanie. Poprosiłem już Olgę, żeby się tym zajęła.
- Dziękuję - powiedziałam.
Przysunęłam się do narzeczonego i zaczęliśmy znów się całować. Wspaniale było mieć go znów przy sobie. Czułam, że już nigdy nie chcę być daleko od niego. Pogładziłam pierścionek zaręczynowy, który miałam na palcu i mocniej przyległam do mężczyzny. Jego dłonie oplotły mnie w pasie.
Nagle przerwał nam dzwonek telefonu. Odkleiliśmy się od siebie. German odrzucił połączenie, mówiąc, że to nic ważnego. To jednak przypomniało mi o spotkaniu z Pablo. Byliśmy umówieni na za pół godziny. Przeprosiłam Germana i pobiegłam na górę, aby doprowadzić się do porządku. W końcu wciąż byłam w pidżamie.
Kiedy wyglądałam już jako tako, było pięć do dziesiątej. Do parku miałam kwadrans drogi. Pablo po raz kolejny musiał na mnie czekać. Spieszyłam się i udało mi się dojść na miejsce, spóźniona jedynie o pięć minut. Usiadłam na ławce obok przyjaciela, oddychając ciężko.
- Mam kiepską kondycję - stwierdziłam.
- Żadna nowość, Angie - uśmiechnął się. - Jak mama?
- Kiepsko. Mówi tylko o wojnie i mleku - zaczęłam nerwowo bawić się pierścionkiem zaręczynowym. - Ale to ty chciałeś o czymś porozmawiać.
Pablito ujął moją dłoń i przyjrzał się mojej zabawce.
- Bierzesz ślub.
Kiwnęłam głową.
- Dużo się zmieniło - mruknął, nie wypuszczając mojej dłoni.
- Bardzo dużo. Masz dziewczynę.
- A ty narzeczonego. Ale wiesz, są rzeczy, które są niezmienne.
- Doprawdy? Jakoś powoli przestaję w to wierzyć.
- Mówię poważnie. Violetta śpiewa i będzie śpiewać. German chodzi na te swoje spotkania służbowe i będzie chodził. A ja kocham cię i będę kochać. Angie, nie mogę, nie chcę patrzeć jak cierpisz. Kiedy widzę łzy w twoich oczach, czuję złość. Złość, że nie mogę im zaradzić. Chcę tylko, abyś była szczęśliwa. Na tym polega miłość. Więc powiedz mi ostatni raz, że kochasz Germana i chcesz z nim być. Powiedz to, a ja się usunę i nigdy więcej nie poruszę tego tematu. Ale jeśli masz choćby cień wątpliwości...
- Masz dziewczynę. Myślałam, że ją kochasz.
- Zależy mi na niej. Czuję się przy niej dobrze. Jest ładna, zabawna... To marzenie każdego mężczyzny. Każdego, ale nie mnie. Ja marzę o tobie, Angie. To ty śnisz mi się każdej nocy, odkąd cię spotkałem. I to ciebie kocham.
- Pablo, proszę... Kocham Germana. Tak bardzo, jak tylko potrafię. Chcę z nim być. I nie mam, co do tego wątpliwości.
Mężczyzna zamarł, powoli wypuścił powietrze i rozluźnił uścisk, w którym trzymał moją dłoń. Wyglądał jak ktoś, kto otrzymał cios w klatkę piersiową.
- Czyli to już koniec.
- Pablo, proszę... Błagam... Jesteś moim najlepszym przyjacielem. Zawsze nim byłeś - po policzku spłynęła mi łza. - Nie opuszczaj mnie, proszę.
- I jak ty sobie to wyobrażasz? A zresztą... - wbił wzrok w ziemię. - Przecież wiesz, że się stąd nie ruszę. Nie mógłbym.
Nagle spojrzał w niebo, jakby podjął jakąś decyzję i wyjął z kieszeni niewielkie pudełko. Otworzył je.
- Oświadczę się jej dzisiaj. Mojej dziewczynie - wskazał palcem na pierścionek. - Należał do mojej matki. Ona też miała nadzieję, że to ty go odziedziczysz, wiesz? Naiwne marzenia starych ludzi... A teraz dostanie się kobiecie, której imienia nawet nie znasz.
- Nie rób tego, błagam. Nie unieszczęśliwiaj się.
- Nie będę nieszczęśliwy. Po prostu nie będę szczęśliwy. To wszystko. Ale jakie to ma znaczenie, Angie?
Ukryłam twarz w dłoniach.
- Jak ona ma na imię?
- To też jest już bez znaczenia - powiedział sucho. - Mogę cię tylko o coś prosić?
Pokiwałam tylko głową.
- Pozwól mi się pocałować. Ten ostatni raz. Proszę.
Popatrzałam w jego brązowe oczy. Tak różne o oczu Germana. Oczy Pablito wyglądały jakby należały do pluszowego misia, który prosząco zerka z witryny sklepu z zabawkami. Nie było w nich błysku pożądania, nie było niczego, poza smutkiem i miłością. A to chyba najgorsze połączenie.
Przysunęłam się do mężczyzny, nie odrywając wzroku od jego oczu. On też się przysunął. Powoli jego usta zbliżyły się do moich. Dawał mi czas na odmowę. Ale ja musiałam mu na to pozwolić. Nasze usta zetknęły się. Mój przyjaciel położył dłoń ma moim policzku i delikatnie wzmocnił nasz pocałunek. Czułam bijące od niego ciepło, a moje nozdrza wypełnił zapach kawy, czekolady i czegoś nieuchwytnego, co kojarzyło się z dzieciństwem i latem. Nie chciałam przerywać pocałunku. Nie chciałam zmian, które nieuchronnie miały nadejść. Powoli położyłam prawą dłoń na klatce piersiowej mężczyzny. Czułam pod palcami jak szybko bije mu serce, jak jego płuca wypełniają się powietrzem. Koniec był tak samo powolny jak początek. Pablo odsuwał się ode mnie, centymetr po centymetrze, jakby każdy ruch wymagał od niego niewiarygodnej siły.
- Do widzenia, Angie - powiedział tylko i ruszył w stronę samochodu.
A ja zostałam sama.

Wróciłam do domu przybita. Weszłam do środka, wzięłam sobie z lodówki butelkę wody i usiadłam przy stole. Przypomniało mi się, co kiedyś przeczytałam. "Smutek to najdziwniejsze z uczuć, czyni nas bezradnymi. Jest jak okno otwarte wbrew naszej woli - przy nim można wyłącznie dygotać z zimna". Dokładnie tak czułam się w tamtej chwili. Bezradna. Otaczał mnie szereg problemów, których nie byłam w stanie rozwiązać.
Zdawało mi się, że wewnątrz mojej czaszki rozbrzmiewają jakieś zuchwałe szepty. Znów odzywał się Piotruś Pan. Jego głos był jednak jakoś dziwnie przytłumiony, tak że nie potrafiłam rozróżnić poszczególnych słów.
Westchnęłam, po czym u
niosłam głowę, którą trzymałam pochyloną ze wzrokiem wbitym w blat stołu i wtedy dostrzegłam, że nie jestem sama w pomieszczeniu. Stał nade mną Ernesto, syn księdza Roberta. Wzdrygnęłam się.
- Jak długo tu jesteś? - spytałam.
- Ja również cieszę się, że cię widzę - powiedział spokojnie. - Przypadła ci do gustu Szkocja?
Wydawało mi się, że usiłuje mnie rozdrażnić. Nic z tego, pomyślałam. Nie dam się wyprowadzić z równowagi.
- Tamtejszy klimat nie jest tak przyjemny, jak ten argentyński - ciągnął. - Zwłaszcza dla kogoś, kto mieszka tu całe życie. Glasgow na pierwszy rzut oka może wydawać się nieco ponure.
- A Ty skąd wiesz?
- Powiedzmy, że spędziłem tam jakiś czas - nieznacznie uniósł prawy kącik ust.
Otworzyłam usta, aby coś jeszcze powiedzieć, ale zaraz je zamknęłam. Poczułam, że nie warto pytać go o szczegóły. Wiedziałam, że nie powie mi nic więcej.
- Brunhilda nieźle dawała nam w kość pod twoją nieobecność. Chyba była sfrustrowana faktem, iż nie ma się specjalnie na kim wyżywać. Mieszka tu sporo osób, ale tylko znęcanie się nad tobą przynosi jej tyle satysfakcji.
Przez chwilę miałam nawet wrażenie, że chłopak mi współczuje. Nie miałam pojęcia, co chciał osiągnąć, ale postanowiłam mu nie przerywać. Zdawał się być osobą, która nie tępi języka, byle gadać. Kiedy mówi albo z kimś o czymś rozmawia, z pewnością ma w tym jakiś cel. Starałam więc się być dość ostrożna.
- Ona jest bardzo irytująca - powiedziałam, kiedy zapadła cisza.
- Och, co więcej to dość przebiegła kobieta. Udało jej się ukryć jej ślub z tym dziadkiem. No cóż, prawie - jedna z brwi młodzieńca lekko drgnęła.
- Przed tobą nic się nie ukryje, jak widzę - odparłam zamyślona. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens jego słów. - Zaraz, jak to? Brunhilda i Benedict Cromwell wzięli ślub? Jak długo mnie tu nie było?! Czy jest coś jeszcze o czym nie wiem?
Ernesto prychnął, wyraźnie rozbawiony.
- Powiedzmy, że nie była to raczej spontaniczna decyzja. Długo się wahali, Brunhilda musiała używać wyszukanych argumentów, bo jak się okazuje, Benedict nie odstaje zbytnio od stereotypów. Ale w końcu go przekonała. Czego ci mężczyźni nie zrobią dla was, kobiet? Dał się nawet namówić na podróż na Malediwy.
Wolałam nawet nie pytać, skąd on o tym wszystkim wie.
- Grunt, że się od niej uwolniliśmy - rzekłam w końcu. - Przynajmniej na razie...
_______________________________________________
Oto i rozdział. Długo wyczekiwany rozdział. :D
Patologia, tak trochę. :>
Musicie nam wybaczyć, że tak długo to ostatnio trwa, no ale cóż, ten rok był dla nas dość intensywny.
Teraz mamy wakacje, więc może częściej będzie się coś pojawiało. =)

Prosimy o komentarze.
Un beso gigante. ♥ 

J & B

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Rozdział 109

Rozdział 109.

Kiedy wróciłam do pokoju, Oscuro czytał jakąś książkę, zasłaniając dłonią jej tytuł przed ciekawskim wzrokiem Malvady, która zawzięcie pisała SMS-a. Podeszłam do wskazanej szafki z żywnością, otwierając obdrapane drzwi, które ktoś ozdobił naklejką Manchesteru United. W środku znalazłam kilka drożdżówek, płatki kukurydziane i butelkę soku pomarańczowego. 
- Dlaczego kupiłaś płatki, skoro nie mamy mleka?
- Mieliśmy, ale się skończyło - odparła, nie przestając stukać palcami w ekran telefonu. 
- Jeśli cię to pocieszy, Angeles, to ja też już go nie zastałem - wtrącił Robert znad lektury. 
Sylvia wzruszyła ramionami. 
- Kto pierwszy, ten lepszy. 
Wyjęłam opakowanie płatków, usiadłam na jedynym w pomieszczeniu krześle i zaczęłam je jeść na sucho. Pierwsze krople wieczornego deszczu zaczęły uderzać o szybę, zupełnie jakby chciały zmyć kurz, którym miasto zdawało się być oprószone. Stukanie, monotonne i chaotyczne jednocześnie, było tu tak różne od nawałnic, które nawiedzały czasem Buenos Aires. Nagle sroka przysiadła na parapecie, jakby chciała ukryć się we wnęce okiennej. Popatrzała na mnie ciemnymi oczkami, przechylając mokry łepek. 
- Spotka cię coś niemiłego - rzucił Oscuro.  
- Jak to?
- Och, to tylko taki przesąd. Wiesz, liczba srok, które zobaczysz, wskaże, czy będziesz miała szczęście, czy pecha. 
- I jedna oznacza pecha?
- Smutek. 
- Czyli nieparzyste...
- Nie, to nie tak. "One for sorrow, two for joy, three for a girl, four for a boy, five for silver, six for gold, seven for a secret never to be told, eight's a wish, nine is a kiss, ten is the bird you must not miss." - wyrecytował - to tylko jedna z wersji, oczywiście, ale jedynka się nie zmienia. Zresztą nieważne, to tylko dziecięcy wierszyk. 
Uśmiechnęłam się do niego. 
- Miejmy nadzieję. 
Oscuro odwzajemnił uśmiech i wrócił do lektury, cały czas zasłaniając tytuł. "50 Twarzy Greya" 
Nagle mój telefon zaczął dzwonić. Odłączyłam go od ładowarki i odebrałam. 
- Tak, słu...
- Angie, przyjeżdżaj szybko! Tu bardzo wieje! - głos mojej mamy był coraz bardziej niewyraźny. - Greenock... Tu jest bardzo dużo wody. I są statki. 
Przycisnęłam mocniej słuchawkę do ucha.
- Halo, mamo?! Gdzie jesteś?
- Nad morzem, Angie! Zgubiłam się! Szybko, weź mleko! Dużo mleka!
Połączenie zostało przerwane. Wybrałam pośpiesznie numer poznanego wczoraj lekarza.
- Doktorze Sven, właśnie dzwoniła moja mama... 
- Pani Saramego? Dzięki Bogu. Wie pani, gdzie ona jest? Przed chwilą zauważyliśmy, że zniknęła. Nagrania z monitoringu pokazują, że wyszła ponad godzinę temu. 
- I nikt tego nie zauważył?! 
- Nie, dopóki nie przyszedłem. Gdzie ona jest?
- Nie wiem, mówiła, że tam wieje i coś o jakimś Greenland czy czymś podobnym. I chyba o morzu, bo wspominała o całej masie wody i statkach.  
- Jest w porcie Greenock. Powiadomię policję - rzucił i rozłączył się. 
Popatrzałam na towarzyszy, ale zamiast im wszystko wyjaśnić, złapałam skórzaną kurtkę (podarowaną mi przez Germana) i wybiegłam z domu. Zbiegając głośno po schodach, sięgnęłam do kieszeni kurtki i wyjęłam mapę. Port oddalony był jakieś pięćdziesiąt minut drogi autem. Wypadłam z budynku, wdychając pośpiesznie powietrze. Serce waliło mi w rytmie kropel deszczu, które uderzały mnie w twarz. Szybko. Za szybko. Potrzebowałam samochodu. Według słów Roberta, wypożyczalnia pojazdów była w centrum. Za daleko. Zmarszczyłam brwi. Przy krawężniku zaparkowana była spora liczba pojazdów. Powoli zbliżyłam się do najbliższego. Zamknięty. Poczekałam aż kobieta z jazgoczącym okropnie yorkiem mnie minie i zbliżyłam się do niewielkiego, żółtego garbusa, który wyglądał jakby stał tu od wieków. Jak to robił Julio... Sprawdzał, czy w aucie jest zainstalowany alarm. Nie było. Wyciągał łom. Nie miałam żadnego pod ręką. Ale miałam wsuwki do włosów. Ledwie je widząc w ciemności, spróbowałam otworzyć pojazd. Bezskutecznie. Zdesperowana szarpnęłam za klamkę. O dziwo, drzwi ustąpiły. Wsunęłam się do środka, przeklinając angielskie samochody i kierownice zamontowane po złej stronie. Nagle odkryłam, że ktoś zostawił kluczyki w stacyjce. Okazja czyni złodzieja, pomyślałam i ruszyłam w stronę ginącego za horyzontem słońca. 

Gdy dotarłam do Greenock, długie cienie kładły swe macki na opustoszałych już ulicach. Zaparkowałam pojazd przy wejściu do portu i wysiadłam. Ostry zapach morskiej bryzy uderzył mnie w nozdrza. Kichnęłam kilka razy i rozejrzałam się. Mamy nie było nigdzie w zasięgu wzroku. 
Podeszłam bliżej jednego ze statków. Jakiś krzepki marynarz właśnie przywiązywał linę do burty. Mogłabym przysiąc, że była grubości mojego ramienia. 
- Przepraszam... - zaczęłam nieśmiało po angielsku.
Mężczyzna uśmiechnął się (a tak przynajmniej sądziłam, bo jego twarz ukryta była pod potężną brodą) i odpowiedział coś. Nie miałam jednak najmniejszego pojęcia co. Każdy wyraz był wypowiedziany tak nietypowo i tak twardo, że nie przypominał ani jednego mi znanego. A narzekałam na wymowę Roberta, pomyślałam. 
- Przepraszam, ale nie jestem stąd i nic nie rozumiem - powiedziałam i rozłożyłam bezradnie ręce.
Potężny brodacz podrapał się po głowie i zmarszczył brwi. No tak, ja też nie mówiłam idealnie.
- Czy widziałeś tu taką niską, ciemnowłosą kobietę? - Nie miałam już nawet pojęcia, czy to co mówię, jest poprawne gramatycznie. Zawzięcie gestykulowałam, starając się wszystko wyjaśnić. 
- Can A gie ye a haund? 
Wytrzeszczyłam oczy, mając cichą nadzieję, że w ten sposób jakoś telepatycznie zrozumiem tego skądinąd miło wyglądającego człowieka. Na próżno. Nagle przypomniałam sobie o radach, których udzielał mi Oscuro podczas spaceru. Co prawda nie słuchałam uważnie, ale warto było spróbować.
- Did you see an aul wumman? (Widziałeś starą kobietę?) Dark hair, littil height... (Ciemne włosy, mały wzrost...) 
Kaleczyłam każdy wyraz niemiłosiernie i byłam pewna, że teraz mówię już kompletnie bez sensu. Nawet nie byłam pewna co do znaczenia słów, których używałam. Zresztą mama mogła być wszędzie, port nie był wcale taki mały...
- Aye! (Tak!) - rzucił jednak jakimś cudem marynarz i machnął ręką w stronę pobliskiego sklepu spożywczego. 
Tonący brzytwy się chwyta.
- Dziękuję - rzuciłam po angielsku. - See ye efter! (Do zobaczenia!) - dodałam. 
Mężczyzna pokiwał głową i zajął się z powrotem wiązaniem lin. Przeklinając pod nosem Szkotów, popędziłam we wskazaną stronę. Nieduży, szary sklep chylił się lekko w kierunku morza, jakby też chciał wyrwać się z miejsca i ruszyć w nieznane. Otworzyłam szybko masywne drzwi i wpadłam do środka. Mojemu wejściu towarzyszył gwizd pluszowej maskotki, która stała przy drzwiach i dzięki czujnikowi ruchu, miała witać radośnie klientów. Otyła kasjerka obrzuciła mnie znudzonym spojrzeniem znad gazety plotkarskiej, której niemal całą okładkę zajmowało zdjęcie jakiejś pary i podpis "Czyżby rozwód?". 
- Mleko, mleko, mleko... - nucenie dobiegało zza regału. 
Minęłam wypełnione chipsami półki i ujrzałam moją mamę, która z najwyższym skupienie ustawiała butelki z mlekiem na podłodze. 
- Mamo! - rzuciłam się ku kobiecie, ściskając ją mocno. 
- Angeles, w końcu jesteś! Znalazłam tu tyyyle mleka! Oni już z nami nie wygrają tej wojny!
Poczułam jak pod moimi powiekami zbierają się gorące łzy. 
- Nie wygrają, nigdy - wyszeptałam w maminy sweter.
Twarz mamy wyglądała spokojnie, a jej klatka piersiowa unosiła się rytmicznie. Postukałam palcami w szybę. Ile lat minęło, odkąd ostatni raz ją taką widziałam? To musiało być jeszcze przed śmiercią Marii. Z drugiego końca korytarza dobiegała mnie cicha rozmowa Malvady z lekarzem. Raz po raz któreś z nich chichotało. Na niewygodnej ławce, która stała tuż obok mnie, siedział Oscuro. Zerkał na zegarek, który wskazywał już prawie drugą. Jedynym źródłem światła były lampy koło recepcji, których nikły blask, rysował miękko profil twarzy mojego przyjaciela. Czułam do niego i do Sylvii głęboką wdzięczność. Kiedy zniknęłam, pojechali do doktora Svena i wszystkiego się dowiedzieli. A po przywiezieniu mojej matki do szpitala, przekonali jakimś cudem policjantów, że moja kradzież była uzasadniona i naprawdę nie warto o niej pamiętać. Nawet na chwilę nie stracili swojej pewności siebie i przez cały czas wymieniali się złośliwymi uwagami, ale byli tu ze mną. Ponownie przypomniałam sobie o tym, co powiedział mi Ernesto. Miałam odwieźć Roberta od kapłaństwa, a on miał mi załatwić sponsorów, abym mogła ponownie otworzyć Studio On Beat. Ale przecież nie mogłam tego zrobić. Nie po tym wszystkim. 
- Robercie, może jedźcie do domu... 
- Masz na myśli ten obskurny hotel? Chyba już wolę tu zostać - echo śmiechu Malvady i Svena rozbrzmiało cicho na korytarzu. - Zresztą Sylvia chyba też. 
- Skoro tak - zamilkłam na chwilę. - Muszę ci o czymś powiedzieć. Chodzi o twojego syna. On chce...
- Abym zrezygnował z bycia księdzem. Pewnie zaoferował ci coś niezłego za przekonanie mnie. Daj mi zgadnąć... Załatwi ci pracę? 
- Nie do końca. Pomoże znaleźć sponsorów, abym mogła otworzyć szkołę muzyczną. 
- Brzmi nieźle. Zgodziłaś się?
- Ja... To niemoralne! Ale skąd w ogóle wiedziałeś...?
Machnął ręką.
- Jeśli chcesz, pomogę ci z tymi sponsorami. I, na miłość boską, Angeles! To moja krew! Przejrzenie go okazało się z czasem banalne. Jest nieszczęśliwy, więc próbuje zgrywać twardego. Jak każdy.
Przeniosłam na niego wzrok. Pod oczami miał wyraźnie odcinające się cienie, a elegancka, czarna koszula była lekko pomięta. Wydawał się być bardzo zmęczony. Usiadłam koło niego i wbiłam wzrok w szarą ścianę. 
- Powiedz mi, że wszystko będzie dobrze - poprosiłam. 
- "Wznoszę swe oczy ku górom: Skądże nadejdzie mi pomoc? Pomoc mi przyjdzie od Pana, co stworzył niebo i ziemię. On nie pozwoli zachwiać się twej nodze ani się zdrzemnie Ten, który cię strzeże" - uśmiechnął się lekko. - Psalm 121. Trzeba wierzyć, że będzie dobrze, Angeles.
- A będzie? 
- Prędzej czy później musi być. 
Czekanie. Miałam go już serdecznie dość. Nie chciałam miliona dolarów czy czegoś podobnie absurdalnego, a jedynie szczęśliwego, spokojnego życia. Z Germanem u boku, z mamą, która mnie pamięta i pracę, którą będę szczerze kochać. Może to nie było znowu tak mało. Zerknęłam na Roberta, ale jego spojrzenie było wbite w Malvadę. Wyglądała niesamowicie. Pierwszy raz widziałam, aby się tak szczerze śmiała. Teraz, gdy z jej twarzy zniknął ironiczny uśmieszek, mogłam przyznać, że była naprawdę olśniewająca. Kruczoczarne włosy, czerwone usta... Na tle szarej rzeczywistości wyglądała jak kolorowa postać w czarno-białym filmie.
- Ona nie zawsze taka była prawda? Zimna, oschła...
- Nie zawsze - przytaknął. - Choć mówię to z trudem, nie bez powodu się taka stała. 
- Dobrze ją znasz.
- Znaliśmy się... Dawno, dawno temu. 
- Ale wy chyba nie...?  No wiesz... - zaczęłam się jąkać. - Nie... byliście parą.
Zgromił mnie spojrzeniem.
- Byliśmy przez pewien czas partnerami biznesowymi. 
Otworzyłam usta, by zadać kolejne pytanie, ale jego wyraz twarzy sprawił, że odpuściłam. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, którą przerwała dopiero wygrywana na pianinie melodia. Wyjęłam telefon z kieszeni upaćkanych kawą dżinsów i odebrałam SMS-a.

Cześć, Angie,

co słychać?
Wszystko w 
porządku z mamą?
Jak Szkocja?
                Pablo


Skrzywiłam się lekko i odpisałam mu szybko.



Z mamą nie najlepiej.

Szkoci doprowadzają
mnie do szału swoim 
językiem. Ale Malvada
chyba znalazła sobie 
chłopaka. A co u Ciebie?
         Angie


Tęsknię za Tobą. :)

Ostatnio widziałem 
się z Gregoriem.
Był... miły. 
Trzymaj się tam ciepło!
     Pablo


Uwierz, przyda się,

bo straszna tu lodówka.
Też za Tobą tęsknię,
Pablito. Dobrej nocy.
        Angie.


Do hotelu wróciliśmy późnym wieczorem. Usiadłam we wnęce okna, nie mając ochoty na rozmowę z nikim więcej. Chciałam jak najszybciej wrócić do Buenos Aires, zabrać stąd mamę. Postarać się, aby ostatnie... ostatnie co? lata? miesiące? dni? jej życia mogła spędzić w spokoju. Tęskniłam za Germanem, Violettą, za studio i wszystkim, co zostawiłam za oceanem. Miałam dość zamartwiania się. Chciałam w końcu zacząć naprawiać swoje życie. Przymknęłam oczy i osunęłam się w sen - Niech się dzieje co chce. 

W obstawie Oscuro i Malvady, przekroczyłam próg szpitala. Byłam pełna obaw. Czy lekarze zgodzą się wypuścić moją mamę po tym, co się stało? Weszłam do sali i skierowałam swoje kroki ku łożu mojej rodzicielki, jednakże powstrzymała mnie pielęgniarka. Oznajmiła, że muszę poczekać kilka minut, aż ona skończy. Nie miałam pojęcia, co takiego miała zamiar kończyć, ale bez protestu, opuściłam pomieszczenie. Wyszłam na korytarz i oparłszy się o ścianę, obserwowałam w salę milczeniu przez szklane drzwi. Niewysoka położna pochylała się nad łóżkiem mojej matki i aplikowała jej jakiś zastrzyk. Wtem usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Odwróciwszy się, ujrzałam przed sobą Germana. Zamrugałam powiekami. Mężczyzna wciąż tam stał. Uśmiechnął się do mnie szeroko. Bez zastanowienia rzuciłam mu się na szyję. Jego dłonie oplotły moje plecy, mocno przytulił mnie do siebie. Bijące od mężczyzny ciepło powoli ogarniało moje ciało.
- Skąd się tu wziąłeś? - spytałam, odsunąwszy się od niego. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu.
- Nie mogłem już wytrzymać bez ciebie - szepnął, po czym pocałował mnie delikatnie. Oddałam pocałunek z taką gorliwością, na jaką mnie tylko było stać.
- Tak się cieszę, że tu jesteś - wyszeptałam, kiedy odsunęliśmy się od siebie. Zrobiliśmy to niechętnie, lecz wymowne chrząknięcia Malvady oraz fakt, że znajdowaliśmy się w miejscu publicznym, nie pozostawiały nam innego wyboru.
Radość momentalnie dodała mi skrzydeł, uśmiech sam cisnął się na usta. Po chwili jednak wróciło uczucie goryczy w związku z brutalną rzeczywistością. Wciąż nie wiedziałam, co z moją mamą. W tym momencie German, zdając się czytać w moich myślach, zapytał o jej stan.
Wzruszyłam bezradnie ramionami i westchnęłam ciężko. Zajrzałam przez drzwi do sali. Pielęgniarka opuszczała właśnie pomieszczenie. Zapytałam, czy jest możliwym, abym jeszcze dziś zabrała ją do Buenos Aires.
- Przykro mi, ale pani Angelika musi zostać u nas na obserwacji jeszcze przynajmniej jeden dzień. Ucieczka to nie błahostka. Pacjentka mogła się wyziębić, ulec wypadkowi. Musimy wykonać szereg badań, aby...
- Zaraz, jak to ucieczka? - wpadł jej w słowo mój narzeczony.
- Opowiem ci później - wyszeptałam mu do ucha.
I tak oto, w związku z zaistniałą sytuacją, czekał mnie kolejny dzień szkockiego życia. Jako iż moja mama miała zostać jeszcze w szpitalu, wieczorem musieliśmy znów zawitać do naszego pensjonatu.
- Ładne miejsce - rzekł ojciec Violi, kiedy weszliśmy do budynku.
- Czekaj tylko aż zobaczysz nasz pokój - mruknęłam pod nosem. Zdaje się, że mężczyzna tego nie dosłyszał.
Kiedy znaleźliśmy się pod naszymi drzwiami, Malvada wyciągnęła klucze i otworzyła. Weszłam pierwsza, a German zaraz za mną. Bacznie obserwowałam jego reakcję. W momencie przekroczenia progu zwyczajnie zastygł. Resztki uśmiechu opuściły jego twarz.
- Wy śpicie... tutaj? - zdumiał się. Ton jego głosu był całkowicie bezbarwny. Nikt nie raczył mu odpowiedzieć.
- Nie jest aż tak źle - mruknął w końcu Oscuro. Usiadł na swoim łóżku, z którego wyłoniła się metalowa sprężyna. Mężczyzna dość niezgrabnie próbował ukryć ją, kładąc nań książkę, którą ostatnio czytał.
German wciąż stał na środku pokoju niczym osłupiały.
- A gdzie jest twoje łóżko? - odezwał się w końcu, zauważywszy, że Silvia rzuciła swoje rzeczy na drugie posłanie.
- Ona śpi tam - bąknęła beznamiętnie, wskazując palcem w stronę okna. Mój narzeczony popatrzył na mnie z niedowierzaniem. Westchnęłam, usiłując się uśmiechnąć.
- Co... Jak to? Nie, Angie, tak być nie będzie! W tej chwili idę wynająć ci jakiś normalny pokój!
- Nie... Daj spokój - powstrzymałam mężczyznę, chwytając jego dłoń. Tutaj jest całkiem... wygodnie, sam zobacz - skłamałam, ciągnąc go w stronę mojego posłania.
German, zmuszony przeze mnie do tego, klapnął na poduszki, z których uwiłam sobie coś w rodzaju legowiska. Oparł się o ścianę i westchnął. Chcąc udaremnić mu wstanie, usiadłam obok i oparłam się o jego pierś. Dotknęłam dłonią jego ciepłego policzka. German objął mnie swoimi ramionami. Wtuliłam się w niego. Znów był ze mną. Poczułam ogarniające mnie ciepło. Tak jakbym znowu była w domu... Wtem dobiegł mnie głos Malvady.
- Ile można siedzieć w łazience, no, co ten człowiek sobie wyobraża! Całymi dniami okupuje kabinę z prysznicem!
Starałam się jej nie słyszeć, zacisnęłam powieki, jakby miało mi to pomóc.
- Angie, już czas. Angie, obudź się - mówił German. Otworzyłam oczy, aby spojrzeć na niego z niedowierzaniem. Przecież dopiero co się położyłam!
Nagle doznałam szoku. Stał nade mną Oscuro. Ściskałam swoją poduszkę z całej siły. German... Germana nie było! Rozejrzałam się niespokojnie. Nie było go!
- Dobrze się czujesz? - spytał ostrożnie ksiądz.
- Co się stało, gdzie jestem? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Spałaś... I mówiłaś przez sen.
- Jak to... Co mówiłam?
- Powtarzałaś imię tego swojego lubego, jak mu tam - odezwała się Malvada z kpiącym uśmieszkiem na twarzy.
- German... - mruknęłam, pocierając dłonią po głowie. 
A więc spałam. Jak ja długo spałam? To wszystko mi się śniło? Czyli że...
- Czyli że moja mama wcale nie ma Alzheimera? Nie wyjechaliśmy z Buenos Aires...? - spytałam z dziecinną nadzieją w głosie. Jednakże wiedziałam już, że jest to marzenie ściętej głowy, gdy zobaczyłam przed sobą pokój szkockiego pensjonatu.
Oscuro westchnął, a Silvia zachichotała.
- Moja mama wcale nie uciekła ze szpitala...? - próbowałam obniżyć oczekiwania.
- Oj, uciekła, uciekła. Ale poszukiwania przebiegły pomyślnie. A przed chwilą dzwonili ze szpitala, dziś będzie można ją zabrać.
- Nareszcie! - ta wiadomość skutecznie mnie otrzeźwiła. Zapomniałam o niedorzecznej wizji Germana znajdującego się ze mną w Szkocji i szybkim ruchem wstałam. Nie była to dobra decyzja, aby się tak zrywać, bo już po chwili ból w plecach dał o sobie znać i to ze zdwojoną siłą. Nie zważając nań, sięgnęłam do szafy, aby wydobyć stamtąd jakieś czyste ubrania. Chwyciłam za sweter. Nie miałam zamiaru znowu zmarznąć. A tak się składa, że nieprzychylność szkockiego klimatu, niestety, nie była wytworem mojej wyobraźni. 

Kiedy uporaliśmy się w końcu z pakowaniem walizek, a nasz sąsiad zwolnił w końcu łazienkę i mogliśmy się umyć, ruszyliśmy w drogę do szpitala. Bagaże zostawiliśmy w pokoju, z zamiarem powrotu do pensjonatu po odebraniu Angeliki ze szpitala.
Doktor Sven kończył właśnie spisywać raport o mojej mamie, gdy weszliśmy do sali, gdzie przebywała. Była już ubrana i gotowa do drogi. Siedziała na łóżku w pozycji półleżącej i bawiła się zwiniętą parą skarpetek, przypominając przy tym dość wyrośniętego kota. Jakaś niewysoka pielęgniarka bezskutecznie próbowała namówić ją, aby przestała się wygłupiać i pozwoliła włożyć sobie skarpetki na gołe stopy, lecz moja mama była tak pochłonięta wykonywanym zajęciem, jakby od jego kontynuowania lub przerwania zależał los wszechświata. Albo przynajmniej całej Szkocji.
Gdy lekarz zobaczył nas, oderwał się od pisania, zamknął notatnik i przywitawszy się, posłał, co nie umknęło mojej uwadze, przesadnie uprzejmy uśmiech w stronę Malvady.
- Może już pani zabrać swoją mamę - rzucił od niechcenia, w odpowiedzi na moje chrząknięcie, po czym wrócił do przyglądania się osobie, która pochłaniała tyle jego uwagi. W normalnych okolicznościach zainteresowałabym się bardziej tą sytuacją - a szczególnie faktem, iż Silvia wcale nie okazywała z tego powodu zdziwienia czy irytacji - ale teraz miałam ważniejsze sprawy na głowie.
Podałam dłoń mojej mamie, która z pomocą pielęgniarki wstała już z łóżka. Wełniane skarpetki na szczęście znalazły się już na właściwym sobie miejscu. 
- Pójdziemy do zoo, Angie? - pytanie owszem było bardzo irracjonalne, jednak ucieszyłam się w związku z faktem, iż kobieta pamiętała, jak mam na imię.
Oscuro podszedł do kobiety i podał jej swoje ramię. Posłusznie chwyciła się go. Skinęłam na Malvadę, aby poszła za nami, jednakże ona ani drgnęła. Gestem przywołała mnie do siebie.
- Angeles, ja nie wracam z wami do Buenos Aires. Przykro mi - wypaliła bez ogródek. Ta kobieta zawsze waliła prosto z mostu. 
Przez chwilę na mojej twarzy widniało zdziwienie. Zmarszczyłam brwi. Jak to nie wraca z nami? Zostaje tutaj? Po chwili jednak skojarzyłam fakty i nim cokolwiek odpowiedziałam, spojrzałam na doktora Svena, który stał obok Silvii. Jego dłoń spoczywała na jej ramieniu. 
- A więc wy...? - nie dowierzałam.
- Owszem - odpowiedział za nią mężczyzna.
- Ale jak... Bo ja myślałam, że pani... że pani nie...
- Ja też tak myślałam - odparła. - Ale chyba nigdy nie byłam bardziej pewna, że... znalazłam moje szczęśliwe zakończenie.
- Szczęśliwe zakończenie? - to wyrażenie wydało mi się w tej sytuacji co najmniej średnio trafione.
- Ja... trudno mi w to uwierzyć - wykrztusiłam w końcu. Przeniosłam wzrok na Oscuro. Jego twarz nie wyrażała emocji. - Ty wiedziałeś.
- Rozmawialiśmy o tym, gdy spałaś - rzucił ksiądz. - No cóż, nie żebym rozpaczał. Poza tym chyba każdy zasługuje na swoje szczęśliwe zakończenie - dodał, unosząc nieznacznie prawy kącik ust.
- Ludzie, nie jesteśmy w jakiejś bajce - wycedziłam. Malvada zaśmiała się w sposób niepodobny do niej. Jej śmiech wciąż był nieskazitelny i melodyjny, ale pojawiła się w nim wesołość, na miejscu dawnej złośliwości. - W każdym razie... Nie sądziłam, że to powiem, ale... Będę za tobą tęsknić. 
Kobieta uśmiechnęła się do mnie ironicznie. W przypływie dobrego humoru, uścisnęłam ją. Chyba ją to zaskoczyło, jednakże poklepała mnie lekko po plecach. Robert ograniczył się do podania jej dłoni. Sven zasalutował nam na pożegnanie.
- Życzę wam szczęścia - powiedziałam.
- Odezwij się czasem - dodał ksiądz.
- Żegnajcie. Udanej podróży - rzekła, wiedząc, jak podziała to na mojego towarzysza. Zadrżał lekko na myśl o perspektywie kolejnego kilkunastogodzinnego lotu.
- TO PAAAA! - zawołała moja mama, gdy opuszczaliśmy pomieszczenie. Odwróciłam się na chwilę i zobaczyłam, jak Malvada poprawia krawat doktora Svena. Posłała mi uśmiech, który odwzajemniłam, zanim zniknęliśmy. 

Jakieś pół godziny później dotarliśmy do pensjonatu (w którym moją mamę ciekawiło dosłownie wszystko - nie omieszkała też zapytać jednego z pracowników, czy mają może wolny karton mleka...). Pospieszenie wdrapaliśmy się na górę schodami - gdyż Angelika kategorycznie odmówiła używania windy. Zabraliśmy stamtąd nasze walizki. Podczas gdy Oscuro był zajęty sprawdzaniem, czy na pewno niczego nie zostawiliśmy (choć sądzę, że po prosto chciał wydłużyć sobie czas przed wyruszeniem na lotnisko), ja wyciągnęłam z kieszeni telefon i pospiesznie napisałam do Germana sms.
"Wracamy".
Moja mama uważnie przyglądała się moim poczynaniom. Wydawała się nieco zniecierpliwiona czekaniem. Pogłaskałam jej dłoń.

Do samolotu wsiedliśmy punkt dwunasta. Przed nami było kilkanaście godzin lotu. Oscuro zdawał się być przerażony i zastrzegł, aby nie odzywać się od niego, chyba, że będzie to konieczne. Moja mama siedziała spokojnie, jednak co jakiś czas wygłaszała zdumiewające uwagi na temat ludzi dookoła. W normalnych okolicznościach pewnie należałoby się wstydzić lub wręcz bać, bowiem kobieta "z fryzurą jak gęsie zaplecze" wyglądała jakby chciała wydrapać mojej mamie oczy, lecz ja byłam zbyt szczęśliwa, aby się tym przejmować. Nawet choroba mojej mamy nie przerażała mnie już tak bardzo, jak wcześniej. Teraz liczyło się tylko to, że lecimy do domu. Za kilkanaście godzin znów znajdę się blisko mojego ukochanego. Wiedziałam, że nie ma czegoś, czego razem z Germanem nie bylibyśmy w stanie przezwyciężyć. Uśmiechnęłam się do siebie i zamknęłam oczy, pozwalając sobie odpłynąć w błogi sen, śniąc tylko o jednym mężczyźnie. 
_________________________________________________
Badum tsss!
Kto dodał rozdział?
Czyżby my? Ano my! Po dłuugiej przerwie. 
Czy warto było czekać, musicie już ocenić sami. :)
Angie wraca do Buenos Aires. Lecimy po nowe przygody. :D
Życzymy Wam Wesołych Świąt i mokrego Dyngusa!
Un beso enorme. ♥
J & B