poniedziałek, 2 czerwca 2014

Rozdział 97

Rozdział 97.

Spakowawszy walizki, rozejrzałam się po mieszkaniu, w celu sprawdzenia, czy przypadkiem czegoś nie zostawiłam. Jeszcze raz przejrzałam wszystkie szuflady. Zerknąwszy na dno jednej z nich, moją uwagę przykuła ramka ze zdjęciem. Fotografia przedstawiała mnie, Germana i Violettę. Uśmiechniętych, szczęśliwych, kochających się. Na szybkę w ramce spłynęła pojedyncza łza. Szybko otarłam ją i podeszłam do okna, aby chwilę później pozwolić grawitacji działać i usłyszeć głuchy trzask tłuczonego szkła gdzieś z dołu. Nie obchodziło mnie już, czy usłyszał to mój brytyjski sąsiad. Odchodziłam stamtąd na zawsze. Nie planowałam jakoś szczególnie tęsknić za miejscem, w którym zostawiałam tak dużo wspomnień, tak wiele depresyjnych godzin... Z każdej ściany biły tu żal i tęsknota, chociażby za ukochanym złodziejaszkiem. A jednak dach nad głową to dach nad głową, jaki by nie on był...
Zamknęłam mieszkanie, klucze oddałam panu Ricachónowi i po chwili byłam już daleko. Przemierzałam miasto, ciągnąc za sobą wielką walizkę. Nie wiedziałam, co zrobię później, ale jakoś nieszczególnie mnie to martwiło. Byłam dorosła, przekonana, że jakoś dam sobie radę. Przecież mieszkanie na ulicy nie mogło być takie złe...
Nagle wpadłam na kogoś. Poprawiwszy okulary słoneczne, które miałam na nosie, ujrzałam Pabla. Wyglądał tak, jak zwykle. Nienagannie wyprasowana błękitna koszula, czarny krawat i lekki zarost były niczym jego znaki rozpoznawcze. Mężczyzna zmierzył mnie wzrokiem, który na chwilę zatrzymał się na walizce. Miałam zamiar minąć go bez słowa, jednak nie pozwolił mi na to.
- Angie, coś się stało? - spytał nagle.
- Nie, skąd - powiedziałam szybko.
- W takim razie, czemu ciągniesz za sobą walizkę? Rozstałaś się z tym swoim fagasiem... - było to raczej stwierdzenie niż pytanie.
- Zamknij się, nic nie wiesz - warknęłam. - Jak zwykle wymyślasz sobie, coś czego nie ma. A po za tym... Nie masz pojęcia, co się wydarzyło - dodałam po krótkiej pauzie, o wiele ciszej i spokojniej, nie patrząc mojemu rozmówcy w oczy.
- Więc mi powiedz.
Prychnęłam.
- Nie zasługujesz na to - wypaliłam mu prosto w twarz.
- Angie, nie gniewaj się na mnie. Przepraszam cię. Masz rację, nie wiem, co się wydarzyło w twoim życiu. Nie wiem, nawet kim był ten facet i dlaczego teraz idziesz z walizką cała ubrana na czarno. Po prostu martwię się o ciebie i chcę ci pomóc. Jeżeli chcesz, możesz zamieszkać u mnie. Zawsze możesz na mnie liczyć.
Nawet nie zauważyłam, kiedy ujął moją dłoń. Uśmiechał się do mnie, patrząc mi prosto w oczy. Ale ja nie byłam już tą dawną Angie. Moje serce owiane było chłodem i nawet największa dobroć z jego strony nie mogła tego zmienić. Wyrwałam rękę z uścisku byłego przyjaciela i najzwyczajniej w świecie uciekłam, zostawiając go całkiem samego w środku miasta. Biegłam przed siebie, ile sił w nogach, chociaż czułam, że po tym, jak się zachowałam Pablo, jaki by nie był, nie goniłby mnie.
W końcu ustałam w truchcie i ciężko dysząc, oparłam się o rączkę walizki. Zaczęłam się zastanawiać, co w obecnej sytuacji mogłabym zrobić. Nagle wpadłam na pomysł. Stwierdziłam, że pójdę na plebanię i sprawdzę, jak ma się ksiądz Robert. Bądź, co bądź, czułam się odpowiedzialna za to, co wydarzyło się na cmentarzu. Po kilkunastu minutach widziałam już w oddali gmach kościoła. Pot spływał mi po czole, walizka ciążyła, a upał zdecydowanie nie był moim sojusznikiem. Po chwili stwierdziłam, że wizyta na plebanii nie ma sensu. Zmieniłam zdanie, ot tak. Może po prostu nie miałam ochoty na rozmowę z kimkolwiek? Zresztą co biedny ksiądz mógł poradzić w sytuacji, w jakiej się znalazłam? Nic.
Znów zaczęłam się zastanawiać, co zrobić. Przecież nie mogłam szwendać się przez cały dzień po mieście, zwłaszcza, że byłam już naprawdę zmęczona. Powoli nastawał wieczór. Zaczynało burczeć mi w brzuchu. Przeszukałam kieszenie w poszukiwaniu jakichkolwiek drobnych, jednak nic z tego. Powoli zaczęła docierać do mnie powaga sytuacji. Zostałam najzwyczajniej w świecie sama, bez grosza przy duszy, bez dachu nad głową, z ciężką walizką pełną ubrań jako brzemieniem. 
Wtem do głowy przyszedł mi pewien pomysł. Dlaczego nie miałabym iść do sklepu, aby coś zwędzić? Nie, przecież Angie tak nie robi. Dawna Angie nigdy nie posunęłaby się do kradzieży. Czułam się potwornie, jednak robiło się coraz ciemniej, a głód doskwierał mi coraz brutalniej. Po chwili stwierdziłam, że nie mam wyjścia. Skierowałam się w stronę najbliższego samoobsługowego spożywczaka. 
Dotarłszy na miejsce, zaczęłam przechadzać się między półkami, czując jak moje kiszki grają marsza na widok mnóstwa smakowitych produktów. Nie miałam pojęcia, jak się kradnie. Julio jakoś nigdy nie kwapił się aby mnie tego nauczyć... W sklepie nie było wielu klientów. Jedynie przy kasie jakaś ciemnowłosa kobieta po trzydziestce kłóciła się z ekspedientką o jakość produktów. 
- Mój syn nie będzie żywił się warzywami klasy B - mówiła z przejęciem. W jej głosie prócz jadu słychać było nutkę kpiny, której wtórował lekceważący wyraz jej twarzy o mocnych, jakby lekko włoskich rysach.
- Ależ pani Malvada, proszę... - puściłam dalszą część wypowiedzi sprzedawczyni mimo uszu. 
Prócz niej w pomieszczeniu znajdował się jeszcze jakiś starszy mężczyzna zawzięcie próbujący odczytać coś na etykiecie jakiegoś opakowania. Jeżeli już miałam kraść, wolałam mieć drogę wolną, dlatego postanowiłam zaczekać aż wszyscy opuszczą sklep. Wolną chwilę postanowiłam spożytkować na obmyślanie planu kradzieży i zastanawianiu się, co mam zamiar wziąć. 
Kilka minut później miejsce całkowicie opustoszało, a ekspedientka pogrążyła się w lekturze jakiejś książki. Jako przyszłe łupy wybrałam butelkę soku pomarańczowego i drożdżówkę z budyniem. Ostrożnie, ukrywając się między półkami, schowałam oba te produkty pod bluzkę i zaczęłam kierować się do wyjścia. Zazwyczaj opuszczając sklep mówiłam coś w rodzaju "do widzenia" i posyłałam sprzedawcy charyzmatyczny uśmiech. Teraz jednak nie było mi to w głowie. Uderzenia mojego serca zdawały się być słyszalne w całej okolicy. Powoli zbliżyłam się do drzwi i już po chwili pchnęłam je i wyszłam. To, co działo się w tamtej chwili w mojej głowie było wręcz nie do opisania. Uczucie triumfu mieszało się z palącym poczuciem winy. 
Po chwili ściskając w dłoniach rączkę walizki, a butelkę soku i drożdżówkę upchnąwszy w kieszeniach, puściłam się biegiem w stronę parku. Tym razem ciepło już mi nie przeszkadzało. Było wręcz przyjemne. Zimna noc nie byłaby dla mnie darem od Boga. Nie miałam innego wyjścia, jak przenocować na dworze. Musiałam wybrać sobie najbardziej miękką z drewnianych ławek. Postawiłam na dość sporą, brązową, znajdującą się w bezpiecznej odległości od centrum parku. Była jedną z niewielu, które ostały się pozbawione gołębich odchodów. Wyciągnęłam skradzione jedzenie i usiadłszy zabrałam się do konsumowania. Po chwili nasycona już wyciągnęłam z walizki kilka ubrań, które posłużyć mi musiały za pościel. 
Po jakimś czasie leżałam już na ławce, przykryta płaszczem, wpatrując się niebo. Tej nocy było bezchmurne i gwieździste. Wciąż dręczyły mnie wyrzuty sumienia związane z kradzieżą, jednak nie ukrywam, że znacznie lepiej mieszkało się w parku, mając pełny żołądek... Przymknęłam oczy i usiłowałam usnąć. Twarde drewno nie ułatwiało mi tego zadania, jednak po kilku chwilach udało mi się wreszcie odpłynąć do krainy snów.

Kolejny dzień przywitał mnie ponurym skrzeczeniem kruka. Otworzyłam powoli oczy. Słońce, niczym ogromna złota kula, toczyło się po szarym niebie. Z jakiegoś powodu ten widok skojarzył mi się z Julio. A może zaczynałam mieć obsesję? Usiadłam na ławce, starając się rozruszać obolałe kości. Wyjęłam z torby niewielkie, podręczne lusterko i przejrzałam się. Moje włosy wyglądały jak po wybuchu granatu, oczy miałam opuchnięte po źle przespanej nocy, a na policzku odcisnęły się guziki płaszcza. Westchnęłam i spakowałam wszystko do torby. Następnie jedząc resztki wczorajszej drożdżówki, zaczęłam rozważać swoja sytuację. Nie byłam pewna, co należało zrobić. Owszem, powinnam iść do Pabla, przeprosić go i zapytać, czy mogę u niego przenocować. To byłoby racjonalne. Ale nie mogłam zbudować nowego życia na resztkach starego. Zdecydowałam się na odwiedzenie cmentarza. Miałam nadzieję, że pomoże mi to podjąć jakąś decyzję.

Setki grobów lśniły w nikłym, porannym świetle. Minęły zardzewiałą bramę cmentarną i powoli ruszyłam w stronę pomnika czczącego pamięć Julio. Pomimo upływu dni, grób wydawał się wciąż taki sam. Marne kwiatki w wazonie, kilka zniczy... Nic się nie zmieniło. Postawiłam walizkę i usiadłam na wilgotnej jeszcze od rosy ziemi.
- Szkoda, że cię tu nie ma. Ty zawsze wiedziałeś, co robić. Twoje ramiona zawsze były gotowe, aby mnie utulić. Twoje usta zawsze umiały szeptać słowa pociechy. Ale ty nie żyjesz. Nie znajdę już światła w twoich oczach. Ziemia otuliła cię do wiecznego snu, a świerszcze grają ci kołysankę - wyszeptałam, żałując, że nie powiedziałam tych słów na pogrzebie. - Zasługiwałeś na lepsze życie, lepszą śmierć, lepsze pożegnanie... Wybacz mi, Julio.
Po moim policzku stoczyła się pojedyncza łza. Starłam ją szybko wierzchem dłoni. Tak bardzo tęskniłam za moim złodziejem... W myślach błagałam Boga o śmierć, bo tylko to mogło mnie z nim połączyć. Nagle do mojej głowy wpadł pomysł. Była to myśl idiotyczna, ale... Może wcale nie musiałam czekać aż jakieś łaskawe bóstwo raczy mnie zabrać z tego świata. Miałam przecież w plecaku turystyczny nóż, byłam wystarczająco zdesperowana i nie sądziłam, abym mogła coś jeszcze stracić. Szybko wyjęłam lśniące ostrze z walizki. Wyciągnęłam rękę z nożem do góry i przyglądałam się chwilę, jak lśni w promieniach słońca. Wahałam się przez chwilę. Wreszcie przyłożyłam ostrze do nagiej skóry nadgarstka. Gdzieś w mojej głowie słyszałam, jak Piotruś Pan stara się przywołać mnie do porządku. Uśmiechnęłam się tylko smutno i przycisnęłam metal. Na bladej skórze pojawiła się krwistoczerwona smuga. Delikatnie pogłębiłam nacięcie.
- Angeles! - usłyszałam czyiś głos i ktoś gwałtownie wyszarpał mi nóż z dłoni.
Jak przez mgłę widziałam twarz księdza Roberta. To było ostatnie, co pamiętałam. Potem odpłynęłam w błogi niebyt.

Stałam na wzgórzu. Dookoła rozpościerał się wspaniały widok: tonące w bieli śnieżne szczyty, olbrzymie, granatowe jezioro i soczyście zielone pastwiska. Leżałam na kocu. Było mi tak ciepło, tak dobrze...
- Angie, kochanie... - usłyszałam głos koło swojego ucha.
Obróciłam się, ale zamiast zobaczyć Julio, zobaczyłam Germana.
- Co ty tutaj robisz? - zapytałam zdumiona.
- Jak to co? Wypoczywam z moją piękną żoną - odparł, wbijając we mnie spojrzenie swoich czekoladowych oczu.
Następnie delikatnie pocałował mnie w czoło. Gdzieś w oddali usłyszałam śmiech dziecka.
- Czy to...?
- Bawi się z Violettą. Nie przeszkadzajmy im.
- Ale ja... Umarłam - wydusiłam.
- Nie sądzę. Inaczej by cię tu przecież nie było.
Przyjrzałam mu się dokładnie. Zauważyłam, że na jego twarzy jest kilka dodatkowych zmarszczek, a skronie przyprószył siwy włos.
- Czy to przyszłość?
- A jak myślisz? Wszystko zależy od ciebie - wyszeptał German i złożył na moich ustach czuły pocałunek.
Zaraz jednak obraz się rozmył. Znajdowałam się w innym miejscu. Rozejrzałam się. Byłam na plaży.
- Kotku, chcesz z nami popływać? - usłyszałam głos Pabla, tonący wśród szumu fal.
- Pablo?
- A któżby inny? - zdziwił się mężczyzna i podbiegł do mnie.
Podobnie jak wcześniej German, on też wydawał się być kilka lat starszy.
- Nie rozumiem. Co tu się dzieje? - wymamrotałam.
- Jesteśmy na wycieczce. Ty, ja i dzieci. Wszystko dobrze? Może powinnaś założyć kapelusz... - powiedział i cmoknął mnie delikatnie w usta.
Po chwili i ten obraz znikł, zastąpiony innym. Obejrzałam w ten sposób kilkanaście różnych scen. Nagle to wszystko znikło. Czułam, jakbym tonęła w czerni. Gdzieś w oddali zabrzmiał głos Piotrusia Pana.
- To może być twoja przyszłość, Angeles. Wykorzystaj ją. Wybierz mądrze.

Powoli otworzyłam oczy. Leżałam w jakimś pomalowanym na żółto pokoju. Nad łóżkiem wisiał obraz Jezusa Miłosiernego, a na stoliku obok stała szklanka z wodą. Nie rozpoznawałam tego pomieszczenia. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się. Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, był bandaż na moim nadgarstku. Przeczesałam włosy dłonią. Były umyte i rozczesane. Powoli wstałam. Ktoś ubrał mnie w białą koszulę nocną. Nigdzie za to nie było mojej walizki. Podeszłam do drzwi i lekko je uchyliłam. Zielony korytarz wydał mi się znajomy. Po chwili dotarło do mnie, że jestem na plebani, w której mieszka ksiądz Robert. Ubrałam szybko wiszący na krześle koło łózka szlafrok i w takim stroju ruszyłam na poszukiwanie gospodarza. Mijałam kolejne pomieszczenia, rozglądając się za jakąś żywą duszą.
- Niech będzie pochwalony! - zawołała na mój widok jakaś rumiana zakonnica. - Panienka już wstała! A miałam panience przynieść śniadanie! Zaraz się panienka zaziębi!
Odniosłam wrażenie, że każde wypowiedziane przez nią zdanie kończy się wykrzyknikiem.
- Szczęść Boże... - wymamrotałam.
- Proszę wracać do pokoju! Siostra Rozalinda przygotowała panience ubrania! Ja zaraz przyjdę ze śniadaniem! Zaraz powiem księdzu, że panienka wstała! No, proszę iść!
Posłusznie wykonałam polecenie. Rzeczywiście, w sypialni pojawiły się moje rzeczy. A mianowicie świeża bielizna, ciemny sweter i dżinsy. Pospiesznie ubrałam się, czekając na przybycie krzykliwej zakonnicy ze śniadaniem. Nie trwało to długo. Po chwili w progu sypialni stanęła owa zacna osoba niosąca tackę z pieczywem, pomidorami, wędliną, serem i filiżanką herbaty. Filiżanka była oczywiście wyszczerbiona. Podziękowałam grzecznie za jedzenie, odczekałam aż zakonnica pomodli się nad moim posiłkiem i rzuciłam się głodna na pożywienie. Pochłonęłam wszystko w kilka minut.
- Cieszę się, że smakowało! Teraz proszę, aby panienka przeszła do gabinetu księdza, który panienki oczekuje!
Uśmiechnęłam się najładniej jak umiałam do kobiety i udałam się we wskazane miejsce, cały czas czując zdumienie nad panującym tu ładem. Wszystko było idealnie zgrane w czasie.

Drzwi do gabinetu ustąpiły z cichym skrzypnięciem. Ksiądz, ubrany w zwykłą koszulę siedział za biurkiem i notował coś w zeszycie. Na mój widok wstał i podpierając się laską, dokuśtykał do mnie.
- Angeles! Już wstałaś! Jak dobrze... Martwiłem się, bo spałaś nieprzerwanie przez trzy doby. - Powiedział i wskazał mi fotel, na którym siedziałam podczas ostatniej wizyty. Sam zajął drugi.
- Dzień do... Niech będzie pochwalony! - odparłam, siadając. - Spałam tyle czasu?
- Tak. Na początku bałem się, że jest już za późno i ty... Ale oceniłem twój stan i na szczęści udało się cię uratować.
Pierwszy raz odkąd tu przyszłam, podniosłam wzrok i spojrzałam mu w oczy. Nie było w nich jednak wyrzutów. Jego niemal czarne oczy wyrażały jedynie radość i troskę.
- Dziękuję. Uratowałeś mi życie - wyszeptałam. - To co zrobiłam... To było głupie.
Ksiądz jednak pokręcił głową.
- Możesz dziękować tylko Bogu. I to nie było głupie... Po prostu nie dawałaś sobie rady. Straciłaś Julio, Javiera, mieszkanie...
- Skąd wiesz? - przerwałam mu.
- Miałaś przy sobie telefon... Musiałem kogoś powiadomić. Zadzwoniłem do niejakiego Germana. Nie powiedziałem mu dokładnie, co się stało. Rozmawialiśmy i on powiedział mi o Javierze oraz o mieszkaniu. Wie to od swojej babci, która... No, w każdym razie udzielił mi niezbędnych informacji. Wydawał się być też dosyć zmartwiony twoim wypadkiem. Bo tak to przedstawiłem, przebacz mi Boże. Przepraszam, jeżeli wybrałem złą osobę. Ale pamiętałem z twojej opowieści, że to twój szwagier i... były narzeczony. Pomyślałem, że jest na tyle bliską osobą, by można go było poinformować, ale na tyle odległą, abym mógł skłamać.
Nieomal się uśmiechnęłam, słysząc jak ksiądz wybierał kogoś, kogo mógł okłamać.
- Dziękuję. Mój szwagier... Jak to przyjął?
W oczach Oscuro zamigotały psotne iskierki. Zmarszczyłam lekko brwi.
- O, zmartwił się. Chciał przyjechać, ale powiedziałem, że lepiej będzie, jeśli zostanie w domu.
- Jesteś niesamowity! - zawołałam zdumiona tym, z jaką łatwością Robert manipulował ojcem Violetty.
- Tak, wiem... - mężczyzna zachichotał. Miał niesamowity śmiech. - Ale teraz musimy poważnie porozmawiać i dobrze o tym wiesz.
Skrzywiłam się lekko.
- Dlaczego to zrobiłaś? - zapytał powoli.
Westchnęłam.
- A jak myślisz? Straciłam wszystko, co kochałam. Cholernie tęskniłam za Julio, a nie miałam się do kogo się zwrócić. Nawet ty mnie porzuciłeś. Miałam nadzieję, że w ten sposób... Sama już nie wiem.
- Rozumiem cię, ale to nie jest wyjście. I co najważniejsze, nie porzuciłem się. I powinnaś to wiedzieć. Ja... po prostu nie mogłem się z nikim widzieć. Ale wiem, że możesz mnie obwiniać - przez twarz Roberta przemknął cień.
- Nie chcę cię obwiniać. Chcę wiedzieć, co się stało. Najpierw zachowałeś się dziwnie na cmentarzu, potem nie mogłam się z tobą skontaktować, a nagle ratujesz mi życie i zwyczajnie rozmawiamy... I jak właściwie ja się tu znalazłam? - zapytałam, nagle przypominając sobie, że cmentarz, na którym spoczywa Julio, leży kawałek stąd.
- Przyniosłem cię tu. Uznałem, że wolałabyś, aby nikt obcy o tym nie wiedział... A skoro i tak mam tytuł lekarza....
- Jesteś lekarzem? I... Ty kulejesz.
- Nie zostałem przecież od razu księdzem - odparł, ponownie chichocząc. - I nie jesteś przecież taka ciężka, zwłaszcza dla mnie...
- Znowu nic nie rozumiem - powiedziałam, wzdychając. - Robercie, dziękuję ci za twoją dobroć, ale czy nie możesz po prostu wyjaśnić mi, o co tu chodzi?
Ksiądz wyraźnie spochmurniał i przez dobrą chwilę milczał.
- Masz rację. Musisz w końcu poznać prawdę. Ja... Ze mną nie jest... Wszystko w porządku. Jestem chory. Mam schizofrenię - wyszeptał powoli. - Na kilka dni przed naszym pierwszym spotkaniem, mój psychiatra zmienił mi leki. Dlatego tak łatwo straciłem nad sobą panowanie. Potrzebowałem kilku dni na dojście do siebie, nie mogłem się z tobą zobaczyć, słuchając jednocześnie głosów w mojej głowie. Dopiero, gdy nowe tabletki je zagłuszyły, mogłem wrócić do normalnego funkcjonowania. Poszedłem na cmentarz i... Zobaczyłem cię. Moje lekarstwa są nowe i one... mają inne właściwości niż wszystkie inne na rynku. W połączeniu z adrenaliną, zwiększają wydolność organizmu. Dlatego mogłem cię tu przynieść.
Zamarłam. Tego się nie spodziewałam. Powoli docierały do mnie słowa księdza.
- Te filiżanki...? - powiedziałam w końcu.
- Ataki psychozy zdarzają mi się rzadko, ale... Podczas jednego z nich zacząłem rzucać porcelaną. Większość potłukła się lub wyszczerbiła.
Mężczyzna ukrył twarz w dłoniach. Tak, jakby wstydził się tego, co mówił. Pogłaskałam go lekko po ramieniu.
- Nadal jednak nie rozumiem, dlaczego śmierć twojej ukochanej tak cię rozwścieczyła... Przecież to raczej powód do smutku, a nie do złości.
- Ty niczego nie rozumiesz, Angeles! Ona by żyła, gdyby nie ja... To ja ją zabiłem.
Popatrzyłam na księdza z niedowierzaniem. To była jedna z tych rzeczy, w które po prostu nie mogłam uwierzyć.
- Jak to...?
- Miałem wtedy trzydzieści lat. Wiedziałem, że jestem chory, ale... Nie leczyłem się. Zwyczajnie starałem się ignorować nękające mnie od kilkunastu lat omamy. Rodzice zbyt się wstydzili ułomności syna, by zabrać mnie do lekarza. Kiedy byłem dorosły... Po prostu się bałem. Zostałem lekarzem, zakochałem się... Nie chciałem tego zepsuć. Ona... Byliśmy razem naprawdę długo. Oświadczyłem jej się, ale... Odrzuciła mnie. Czułem się zdruzgotany. Wtedy ona wyznała, że chce poświęcić swoje życie Bogu i wstąpić do zakonu. Powiedziała, że naprawdę docenia nasze wspólne chwile, ale to nie jest jej droga. Jako ateista, wyśmiałem ją. Błagałem ją, krzyczałem... Na nic. Wyjechałem na kilka lat. W tym czasie moja schizofrenia stała się silniejsza niż dotychczas. Niektórzy zaczęli coś podejrzewać... Gdy wróciłem, pierwsze co zrobiłem, to zacząłem jej szukać. I znalazłem. Była już zakonnicą. Spotkaliśmy się w jej celi w klasztorze. Na początku normalnie rozmawialiśmy. Ale potem... Dostałem wtedy pierwszego ataku psychozy. Straciłem nad sobą panowanie. Uderzyłem ją kilka razy, dusiłem ją... Jeszcze chwile krzyczała zanim... Do celi weszła siostra przełożona i kilka innych zakonnic. Głos kazał mi uciec. Wyskoczyłem przez okno. Z drugiego piętra. Miałem pękniętą czaszkę, wstrząs mózgu, złamaną rękę, biodro i praktycznie całkiem całkowicie pokruszone kości prawej nogi. Czekał mnie sąd. Zostałem uniewinniony... ze względu na chorobę, ale musiałem poddać się naprawdę długiemu leczeniu. Teraz... moja choroba rzadko kiedy daje o sobie znać. Co do obrażeń, została mi tylko lekko widoczna blizna z tyłu głowy i... problemy z nogą. Coś zrosło się nie tak w kostce, były jakieś problemy przy operacji... Doszło do uszkodzenia mięśnia. Dlatego chodzę o lasce. Po jakimś czasie pozwolono mi wrócić do normalnego życia, ale zabroniono... Nie mogę pracować jako chirurg. Chciałem w jakiś sposób naprawić swój czyn, choć wiedziałem, że to niemożliwe. Postanowiłem zostać księdzem. Ze względu na chorobę, było to trudne. Ale mój psychiatra poświadczył, że nadaję się do pracy z ludźmi... Przyjąłem święcenia kapłańskie, wciąż będąc ateistą. Czytałem Pismo Święte i tak dalej, ale... Uwierzyłem dopiero po swojej pierwszej odprawionej mszy. Nie wiem dlaczego. I tak docieramy do naszego spotkania, Angeles.
Nie wiedziałam, co powiedzieć.
- Co teraz o mnie sądzisz? - zapytał, prostując się gwałtownie.
Nie odpowiedziałam. Wstałam i podeszłam do okna. Rozpościerał się stąd widok na ogródek. Przy samym domu rosły czerwone jak krew róże. Nieco dalej znajdowały się krzewy bzu. W rogu, nieopodal furtki zasadzono dorodną jabłonkę. Wyciągnęłam dłoń i delikatnie położyłam ją na szybie. Mimowolnie pomyślałam, że mogłam to wszystko stracić.
- Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? - powiedziałam powoli, wciąż wpatrując się w kwiaty rosnące w ogrodzie.
- Bałem się. Większość ludzi którym powiedziałem, odeszła ode mnie - odparł szczerze Oscuro.
- Sądzisz, że odejdę?
- Powinnaś.
Popatrzyłam na Roberta. On jednak nie odwzajemnił spojrzenia. Z uporem maniaka wpatrywał się w skazę na filiżance.
- Robercie, popatrz na mnie - poprosiłam.
- Angeles, wybacz mi - szepnął ze skruchą.
- Co takiego?
- Wszystko. To, co zrobiłem.
- Dlaczego ja miałabym ci wybaczać?
- Potrzebuję wybaczenia, Angie. Wybaczenia. Od kogokolwiek. Może to choć odrobinę uleczy moje rany.
- Wybaczam ci, Robercie.
Powiedziałam to, patrząc mu prosto w pełne łez oczy. Otarłam pojedynczą łzę z jego policzka i delikatnie się do niego uśmiechnęłam. Ksiądz spuścił wzrok i wrócił na swój fotel. Również usiadłam. Przez chwilę trwaliśmy w milczeniu. Dopiero po chwili Robert przerwał ciszę.
- Angie, dostałaś w spadku motocykl.
- Jak to...
No tak, przecież Julio miał motor. Uderzyła mnie kolejna bolesna fala wspomnień...
- Przecież ja... Nie mogę go wziąć... Nie umiem nawet go prowadzić.
- Decyzja należy do ciebie, jednak pamiętaj proszę, że to pamiątka po twoim ukochanym. Myślę, że chciałby, żebyś to ty go miała. Jeżeli chcesz, możesz dziś przenocować na plebanii...
- Nie, dziękuję. Naprawdę, ale... Wezmę ten motocykl i... dam sobie jakoś radę.
- Jesteś pewna?
- Całkowicie.

Kilka minut później odebrałam motocykl Julia i oddaliłam się z plebanii. Położyłam na siedzeniu walizkę i prowadziłam pojazd przy boku. Tak bardzo przypominał mi mojego zmarłego ukochanego... Towarzyszył mu ten sam zapach skóry, co ten, który wytwarzała kurtka mężczyzny. Było już późne popołudnie. Zmierzałam w stronę parku, gdyż było to chyba jedyne miejsce, gdzie mogłam spędzić noc. Jedynym moim sprzymierzeńcem była pogoda. Słońce przyjemnie grzało, a delikatny wiaterek nie pozwalał na zbytni upał.
Nagle zobaczyłam znajomą sylwetkę. Przy fontannie stał German. Próbowałam uciec, jednak mężczyzna zauważył mnie.
- Angie!
- O, cześć! - powiedziałam, starając się brzmieć normalnie.
Chyba mi to nie wyszło, bo mężczyzna popatrzał na mnie dziwnie.
- Dlaczego... Od kiedy jeździsz motocyklem? - wykrztusił.
- Ja? Właściwie... Od niedawna. Dostałam go w spadku po... Julio i jakoś tak...
- Rozumiem. Jak się czujesz? Ten ksiądz mówił, że miałaś wypadek.
- Dobrze... To był tylko drobny... uraz. Wiesz, przewróciłam się jadąc moją maszyną... - skłamałam na poczekaniu, pokazując ojcu Violi moją zabandażowaną rękę.
- Całe szczęście... Znalazłaś już mieszkanie? - spytał, wskazując na walizkę, która spoczywała spokojnie na motocyklu.
Zaklęłam pod nosem. Mimowolnie pomyślałam, że zaczynam upodabniać się do Julio.
- Nie, ja... Tak! To znaczy... - zaczęłam się jąkać.
- Pamiętaj, że jesteśmy rodziną i jeśli chcesz... Możesz znowu z nam zamieszkać. Ja wiem, że... Ostatnio zachowałem się nieodpowiednio i bardzo cię za to przepraszam, ale...
- Nie, dziękuję - odparłam dumnie. - A teraz przepraszam, muszę już iść.
Powiedziawszy to, odwróciłam się i wsiadłam na motocykl. Zakładając kask, starałam sobie przypomnieć jak Julio ruszał... Przekręciłam kluczyk, wcisnęłam jakiś pedał... Pojazd gwałtownie szarpnął do przodu. Pomachałam Germanowi i wjechałam w jedną z uliczek. Powietrze uderzało we mnie z taką siłą, że byłam pewna, że zaraz zerwie mi kurtkę. Na szczęście droga była dość opustoszała, bo pomimo, że nie umiałam jeździć, przekraczałam znacznie dozwoloną prędkość. Uśmiechnęłam się, gdy zaczęłam rozumieć jak obsługuje się ten pojazd. Wjechałam ruchliwą czteropasmówkę i po chwili minęłam tablicę oznaczającą koniec Buenos Aires. Nie miałam pojęcia dokąd jadę, ale sprawiało mi to zbyt wielką radość... Wtem usłyszałam syreny policyjne. Mężczyzna w mundurze dał mi znak, abym zjechała na pobocze.
- Cholera! - zawołałam i wcisnęłam gaz do dechy.
Skoro już łamię przepisy, to na całego... Skręciłam szybko w jakąś wiejską drogę i z mrożącą krew w żyłach prędkością przecięłam drogę olbrzymiemu TIR-owi. Pokonałam ostry zakręt, zostawiając radiowóz daleko w tyle. Nieomal się roześmiałam. Wtedy na drogę wybiegło jakieś dziecko. Miałam mało czasu na reakcję. Wcisnęłam hamulec i skręciłam szybko w stronę rowu. Po chwili poczułam, że puszczam kierownicę. W chwilę później usłyszałam trzask. Potem zapanowała ciemność.

Wtem poczułam czyjeś usta na swoich. Dostrzegłam Germana. Pomógł mi wstać i powoli mnie całował. Z uczuciem pieścił moje usta swoimi. Następnie powoli odsunął swoją twarz od mojej i ułożył dłonie na mojej talii. Zaczęliśmy płynnie kołysać się w rytm wolnej, spokojnej muzyki...

Znów zapanowała ciemność. Nic nie widziałam, aczkolwiek mój umysł pozostał trzeźwy i w spokoju mogłam myśleć. Nie do końca wiedziałam, co dzieje się dookoła. Pamiętałam jedynie urywki z wyobrażenia, które chwilę temu przedzierały się przez moją świadomość. German. Dlaczego myślałam o tym żałosnym człowieku? Idiota, zdrajca... Tak mówiło mi o nim serce. A jednak jakaś jego część pamiętała o tych wszystkich dobrych chwilach, o jego czułych, usianych namiętnością pocałunkach... NIE. Nie, nie nie.
Znów straciłam świadomość. Dopiero po jakimś czasie przed oczami widzieć zaczynałam bezkształtną mieszankę kolorów, coraz bardziej wyostrzającą się w obraz świata. Nagle, niczym fala oceanu, uderzyła mnie rzeczywistość. Poczułam rwący ból w lewej łydce. Rozejrzałam się i dostrzegłam radiowóz policyjny. Leżałam w rowie, obok motocykla, który był całkiem rozbity. Walizka leżała tuż obok mojej unieruchomionej przez resztki pojazdu ręki. Powoli wydostałam ją stamtąd i mimo okropnego bólu, wstałam. Po chwili, wyzwoliwszy z siebie resztkę sił, nie oglądając się za siebie, puściłam się biegiem naprzód. Nie wiedziałam, dokąd biegnę. Oddaliłam się od autostrady. Pokonywałam jakąś piaszczystą drogę, trawę, krzaki...
W końcu w oczy rzucił mi się duży most nad wolną płynącą rzeką. Ciągnąc za sobą walizkę, doczłapałam się pod niego. Wreszcie mogłam odpocząć. Nie wracają uwagi na brud, ległam na ziemię i zamknęłam oczy. Siły wróciły mi dopiero po kilku minutach. Uniosłam się lekko i rozejrzałam dookoła. Znałam to miejsce. Nigdy tu nie byłam, ale most ten widać było ze wschodniego okna domu Castillo. Z pokoju Violetty... To imię wydawało mi się teraz dziwnie obce. Usiadłam obok walizki i stwierdziłam, że pomimo przejść była w nie najgorszym stanie. Nieco ubrudzona błotem, a jednak wciąż cała, nienaruszona, nadal doskonale strzegła tego, co w środku, czyli... w zasadzie wszystkiego, co miałam. Położyłam na niej głowę. Nagle zobaczyłam coś do niej przyklejonego. Nie był to liść ani nic podobnego, lecz kawałek skóry. Część obicia motocykla zmarłego złodzieja. Jedyna pamiątka, jaka mi po nim pozostała. Przyciskając ją mocno do piersi, zamknęłam oczy i zasnęłam.

Obudziwszy się nazajutrz, zdałam sobie sprawę z beznadziejności sytuacji, a jednocześnie poczułam, że muszę być odpowiedzialna. W końcu byłam dorosła. Uniosłam głowę z walizki i otrzepałam ją z piasku. Usiłowałam wstać, jednak uniemożliwił mi to ból. Spojrzałam na moją lewą nogę. Lewa łydka krwawiła. Rana była porządnie zapaprana, jednak, na całe szczęście, niezbyt głęboka. Dokładnie umyłam ją w wodzie i zrobiłam dość prowizoryczny opatrunek ze starej bluzki. Zadowolona z siebie, wstałam i wyciągnęłam z walizki czystą parę czarnych spodni i bluzę w tym samym kolorze. Przebrałam się i uczesałam włosy. Nie znalazłam niestety lusterka, ale pomyślałam, że to może i lepiej - nie chciałam wiedzieć, jak mogłam wyglądać...
Zastanawiałam się, co zrobić dalej. Tym razem nawiedziło mnie palące uczucie głodu. Wiedziałam, że mam tylko jedno wyjście. Robiło mi się niedobrze na myśl o kradzieży, jednak kiszki grały mi marsza gdy przywołałam w wyobraźni gorące drożdżówki i świeże warzywa... Zgarnęłam więc walizkę i mimo wciąż towarzyszącego mi bólu nogi, ruszyłam przed siebie, w stronę miasta.

Jakieś pół godziny później byłam już w niewielkim samoobsługowcu. Nie był to ten, co wcześniej, jednak towarzyszyły mi te same emocje. Miałam szczęście, gdyż w godzinach porannych niewielu ludzi robiło zakupy spożywcze. Chciałam załatwić to możliwie jak najszybciej. Zgarnęłam więc kilka produktów z półek i skierowałam się w stronę wyjścia. Czułam na sobie wzrok sprzedawczyni. Próbowałam pobiec, jednak uniemożliwił mi to palący ból nogi. Wtem potknęłam się, a na podłodze wokół mnie rozsypały się skradzione rzeczy. Ekspedientka zaczęła panikować i krzyczeć na całe gardło "ZŁODZIEJ, ZŁODZIEJ!"
- Przymknij się, babo głupia - warknęłam.
Chwilę później zakuła mnie już w kajdanki, mimo że i tak nie miałam szans na ucieczkę, zważywszy na stan mojej nogi. Wiedziałam, że policja była już w drodze i nie myliłam się. Dosłownie pięć minut później zjawiła się dwójka funkcjonariuszy - jeden niższy, drugi wyższy - którzy zdawali się mnie prześladować. Bez większych oporów poszłam razem z nimi, utykając lekko.

Około godziny później siedziałam już w celi. Pięknie się urządziłam, nie ma co.
_______________________________________________
I tak oto mamy dziewięćdziesiątkę siódemkę.
Serio nie rozpoznaliście gostka, z którym piła Angie rozdział temu? ... Voldemort. XD 
Germangie trochę było. No, powiedzmy. :D
Szykujcie się na ogień w nexcie. XD
Un beso enorme.
J & B

sobota, 24 maja 2014

Rozdział 96

Rozdział 96.

Gdy weszłam do domu, moją uwagę zwrócił cichy, przytłumiony głos dobiegający z kuchni.
- ...i on nie żyje. Nie wiem co powinienem zrobić. Muszę pilnować Angie, obiecałem mu, ale German sądzi, że lepiej mi będzie u wujka Ramallo. - Javier rozmawiał z kimś przez telefon. - Wiem! Ale ich tu nie ma, a ja... Nie chcę nikogo zranić, Miquel.
Na chwilę zapadła cisza.
- Masz rację. Dziękuję. Dobranoc.
Odczekałam kilka minut i weszłam do pomieszczenia.
- Cześć, rycerzyku. - Powiedziałam, powstrzymując wzruszenie, które mnie ogarnęło.
- Angie! Gdzie się podziewałaś? - Zawołał maluch.
- Byłam...w kościele. I potem na plebani.
Javier wyglądał przez chwilę jakby chciał się uśmiechnąć, ale zaraz dał sobie spokój.
- Dziękuję, że mnie wspierasz. - Wyrzuciłam z siebie. - Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła.
Młody nie odpowiedział. Po prostu się do mnie przytulił. Odwzajemniłam uśmiech, a następnie podeszłam do pianina. Usiadłam przy nim i wzięłam Javiera na kolana. Dopiero w tej chwili uświadomiłam sobie, jaki jest malutki. Miał osiem lat... A zachowywał się dojrzalej niż nie jeden dorosły. Często dojrzalej niż ja.
Zaczęłam uderzać w klawisze.
- Where is the moment we needed the most. You kick up the leaves and the magic is lost... - zaśpiewałam.
- They tell me your blue skies fade to grey. They tell me your passion's gone away. And I don't need no carryin' on... - dołączył Javier.
- Cause you had a bad day. You're taking one down. You sing a sad song just to turn it around. You say you don't know. You tell me don't lie. You work at a smile and you go for a ride. You had a bad day,
you had a bad day...
Uśmiechnęłam się do chłopca, gdy skończyliśmy. Nasza wersja wydawała się być nieco smutniejsza niż oryginał...
- A teraz chodźmy spać. Jest już bardzo późno, a musimy wstać wcześnie - powiedziałam.
- Angie... - zaczął malec.
- Tak?
- Mogę dzisiaj spać z tobą? - spytał. Miał takie smutne oczy... A może tylko mi się zdawało. Wszędzie widziałam smutek.
- Oczywiście, że możesz - uśmiechnęłam się do niego.

Następnego ranka obudziłam się, tuląc do siebie Javiera. Uśmiechnęłam się smutno. Wciąż nie potrafiłam zapomnieć o ostatnich wydarzeniach. Obudziłam chłopca i zabrałam się za przygotowanie śniadania. Nie byłam najlepszą kucharką, więc postawiłam na kanapki z serem i warzywami. Nie były tak dobre jak te, które robił Julio, ale chłopiec nie narzekał. Byłam mu za to wdzięczna. Bardzo mi pomagał. Nie wiem, co zrobiłabym bez niego. Po skończonym śniadaniu odprowadziłam go do szkoły. Zerknęłam na zegarek, który wskazywał dziesięć po dziewiątej. Postanowiłam udać się na mszę świętą. Chciałam zobaczyć się z księdzem Robertem. Potrzebowałam kogoś, z kim mogłabym porozmawiać. Kogoś, komu mogłabym się wyżalić.

Około dziesiątej dotarłam do kościoła św. Marcina. Niewielki, biały budynek wypełniony był wiernymi, przybyłymi na nabożeństwo. Usiadłam w ostatniej ławce i spokojnie czekałam na rozpoczęcie mszy. Wreszcie ludzie rozpoczęli śpiewy i z zakrystii wyszedł ksiądz Robert. Jako osoba wciąż niepewna własnej wiary i przekonań, czułam się nieco niezręcznie, słuchając czytań i śpiewając podniosłe pieśni. Wtedy zaczęło się kazanie. Nigdy wcześniej nie widziałam, aby jakikolwiek ksiądz tak pouczał wiernych, mówił z taką pasją czy z taką pewnością w oczach. Słowa, będące jedynie luźnym nawiązaniem do Ewangelii, były jak płatki śniegu. Wirowały, tańczyły, przecinały niebo z lekkością i łatwością. A co najważniejsze, dotykały każdego, będącego w zasięgu ich mocy. Opowieść o nieustannej walce dobra ze złem brzmiała tak nierealnie i tak prawdziwie zarazem... Poczułam niemal bolesną potrzebę, aby stać się dobrym człowiekiem, aby zacząć regularnie chodzić do kościoła, aby po prostu wierzyć. Nawet nie zauważyłam, kiedy homilia się skończyła. Zbyt pochłonęła mnie obserwacja Roberta.
- Oto ofiara spełniona - padło w końcu.
Odczekałam aż tłum wyjdzie ze świątyni i weszłam do zakrystii.
- Niech będzie pochwalony - powiedziałam.
- Na wieki, wieków... - odparł Oscuro, uśmiechając się.
Był już przebrany. Nie miał na sobie sutanny, tylko czarną koszulę z koloratką.
- Piękne kazanie - wymamrotałam w końcu, zdając sobie sprawę, że od ponad minuty stoimy w ciszy.
- Dziękuję. Cieszę się, że przyszłaś. To co, herbatka czy idziemy na cmentarz?
Niemal się uśmiechnęłam.
- Chciałabym pójść na cmentarz, jeśli to nie kłopot. - Zdecydowałam.
- To w drogę - rzekł mężczyzna i ruszył do drzwi, postukując laską.
Znów zaskoczyła mnie jego szybkość ruchów. Ilu jest kulejących pięćdziesięciolatków, którzy się tak szybko poruszają?
W kilka minut dotarliśmy na cmentarz koło kościoła św. Jakuba. Kątem oka zauważyłam, że tan sam ksiądz, który chował Julio, prowadził inny pogrzeb. I robił to z dokładnie takim samym zaangażowaniem. Przeszliśmy przez kilka alejek. W końcu rozpoznałam grób z ciemnego kamienia. Mimowolnie wyobraziłam sobie martwe ciało Julio, zamknięte w skrzyni...
- ...wieczny odpoczynek... - dobiegł mnie cichy szept Roberta.
Kucnęłam i z namaszczeniem pogłaskałam kamień. Zauważyłam też, że na grobie prawie nie ma kwiatów i zniczy.
- Dlaczego on umarł? - zapytałam nagle.
Ksiądz przykucnął koło mnie.
- Jesteśmy tylko mrówką w labiryncie. Wierzą, że Bóg przygląda nam się z góry. Może uznał, że lepiej mu będzie tam, na górze... A może jego śmierć miała pomóc ci żyć?
Robert patrzał na wszystko z taką wiarą i ufnością. To było zaskakujące.
- Twoja wiara mnie zadziwia. Zawsze taki byłeś? - zapytałam, wciąż gładząc kamienny grobowiec.
Mężczyzna zawahał się.
- Nie, nie zawsze. Ale trzeba w coś wierzyć. To pozwala mi być szczęśliwym. W miarę.
- W miarę?
- Nie istnieje coś takiego jak pełnia szczęścia. Zawsze trzeba coś utracić. Szczęście zawsze ma swoją cenę - nagle zamilkł, jakby nie był pewny, czy coś powiedzieć - może życie Julio to była twoja?
- Może - odrzekłam tylko. - Pójdę kupić kwiaty w tym sklepie koło bramy.
- Zaczekam.
Wstałam i ruszyłam między alejkami. Mała kwiaciarnia wręcz tonęła w kwieciu. Zakupiłam pospiesznie bukiecik tulipanów, takich samych, jakie dostałam kiedyś od Julio. Te nie były tak piękne jak tamte. Nie były wystarczająco żółte, wystarczająco dorodne... Powoli mijałam kolejne groby. Tysiące osób ukrytych dwa metry pod ziemią... Sama myśl napawała mnie nieracjonalnym przerażeniem. Wtem dostrzegłam znajomą postać. Ksiądz Robert stał koło szarego pomnika z imieniem i nazwiskiem jakiejś kobiety. Dłonie miał zaciśnięte na lasce, a oczy przymknięte. Zdziwiło mnie to. Owszem, wspominał, że kogoś stracił, ale... Według wypisanych informacji zmarła ona ponad piętnaście lat temu.
- Robert? - szepnęłam.
Odwrócił się gwałtownie.
- Ja tylko... podziwiałem te pomniki i...
- Myślałem, że wiara zabrania ci kłamać - przerwałam mu.
- Kobieta, którą kiedyś straciłem - powiedział w końcu - spoczywa tutaj.
Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.
- Jak to się stało? Miała tylko trzydzieści lat... - zapytałam.
Nie odpowiedział od razu.
- Nie chcesz tego słyszeć.
- Ależ chcę - zaprotestowałam.
- Nie, nie chcesz! Proszę, nie pytaj o to.
Zamilkłam. Znów to samo. Użył jednego, zwykłego słowa, a ja już byłam marionetką w jego rękach.
Mężczyzna oddychał głęboko, drżały mu nozdrza, a jego źrenice były tak rozszerzone, że niemal całkiem zakryły tęczówki. Pomimo to, jego twarz wciąż była pozbawiona wyrazu.
- Dlaczego? Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć? Ty wiesz o mnie wszystko! - wyrzuciłam z siebie.
Wtedy coś się stało. Robert wypuścił z rąk laskę i sięgnął do kieszeni koszuli. Wyjął stamtąd nieduże opakowanie leków. Drżącymi dłońmi szarpał się z pojemniczkiem. Niespodziewanie wieczko odskoczyło, a cała zawartość znalazła się w wazonie z kwiatami stojącym na sąsiednim grobie. To wszystko nie trwało nawet sekundy. Ksiądz rzucił się na kolana i zaczął przeczesywać ziemie pomiędzy pomnikami, szukając choć jednej pigułki.
- Nie, nie, nie... - powtarzał. - Ja muszę... Muszę...
Po chwili popatrzał na mnie. W jego oczach błyszczały ból, gniew i coś czego nie byłam w stanie rozpoznać.
- Spokojnie... - wymamrotałam.
- Oni tu są. Mówią. Chcą, abym ich słuchał... Mówią, że chcesz mnie zabić. Ty... Ty! Uciekaj! Ja muszę... Muszę iść do lekarza. On z nimi porozmawia...
Zbliżyłam się do mężczyzny. Klęcząc i trzymając się kurczowo za głowę wyglądał naprawdę jak szaleniec.
- Robercie... Nie mogę cię tu zostawić.
- Uciekaj! Lekarz jest kilka ulic stąd... Oni nie każą mi iść, ale ja muszę... Moje tabletki! Nie! One nie były zatrute! Idź, zanim ci coś zrobię... Uciekaj!
Cofnęłam się powoli. Ksiądz jeszcze raz kazał mi odejść. Nie byłam pewna, czy mogę go zostawić, ale posłusznie ruszyłam biegiem w stronę bramy wyjściowej.

Zwolniłam kroku dopiero koło domu. Oddychając szybko, zaczęłam zastanawiać się, co to było. Dlaczego ksiądz nagle zaczął zachowywać się jak szaleniec? Tysiące myśli galopowały w mojej głowie. Kwiaty, które upuściłam w biegu, wiatr rozrzucał teraz po całym Buenos Aires. Powoli weszłam do kamienicy, w której mieszkałam. Weszłam po schodach niemal bezgłośnie. Lepiej nie drażnić Benedicta... Odruchowo nacisnęłam klamkę, tak jak robiłam to, gdy mieszkałam z Julio. O dziwo, drzwi ustąpiły. Zmarszczyłam brwi, zacisnęłam dłonie w pięści i weszłam do środka. Jeśli wewnątrz czyhał jakiś morderca, to lepiej mieć to już za sobą. Ale osoba, która siedziała na kanapie z pewnością nie była żadnym zbrodniarzem.
- Javier! Co ty tu robisz? I dlaczego nie jesteś w szkole? - zawołałam.
- O, cześć. Ja tylko... W sumie miałem dzisiaj mało lekcji i...
Spojrzałam na plan lekcji wiszący na tablicy korkowej.
- Miałeś dzisiaj zajęcia do czternastej. Jest przed dwunastą - powiedziałam. - Poszedłeś na wagary, prawda?
Chłopiec popatrzył na mnie przerażony.
- Angie, ja naprawdę... Tak, ale... Przepraszam! Nie mogłem iść dzisiaj do szkoły... - wyszeptał.
Przytuliłam malucha.
- Rozumiem cię. Ja też za nim tęsknię. Ale musimy żyć dalej.
- Wiem... Po prostu... Masz rację. Muszę być silny. On by tego chciał.
Uśmiechnęłam się do dzieciaka.
- Idę zrobić naleśniki. Skusisz się? - zapytałam, starając się brzmieć optymistycznie.
Prawie mi się udało.
- Jasne! - ucieszył się chłopiec. - Ale ja ci pomogę. Widziałem jak gotujesz...
Oboje skrzywiliśmy się, wspominając wczorajszą kolację, która... No cóż, nie wyszła mi za dobrze.
Po chwili zabraliśmy się za przygotowanie naleśników. Pozwoliłam Javierowi nawet użyć miksera, jednak był to błąd, gdyż postanowił włączyć maksymalne obroty, przez co już po chwili cała kuchnia upaćkana ciastem na naleśniki.
Po przeszło godzinie ciężkiej pracy, przypalonej patelni i zbitych dwóch jajkach, naleśniki wreszcie były gotowe. Z dżemem truskawkowym smakowały całkiem nieźle. Niewiele rozmawialiśmy, konsumując je. Gdy pozmywaliśmy naczynia i posprzątaliśmy kuchnię po posiłku, odezwała się moja komórka. Dzwoniła Violetta.
- Cześć, Violu. - Powiedziałam.
- Hej, Angie! Co u ciebie? - Zapytała, a ja poczułam, że za tym pytaniem kryje się coś więcej.
- Pomijając śmierć mojego chłopaka, nie najgorzej. Ale przecież nie o to chciałaś spytać, prawda?
- Angie, ja... tęsknię za tobą. Nie ma cię w szkole, w domu... Tata też za tobą tęskni.
- Szczerzę wątpię. - Wymamrotałam. - Przepraszam, Violu, wiem, że nie byłam najlepszą ciocią, zaniedbywałam cię, ale nie mogę wiecznie z wami mieszkać.
- Ale nie miałam cię przez dwanaście lat! Teraz znowu chcesz mnie porzucić?
- Dobrze wiesz, że ani cię nie porzuciłam, ani nie porzucam. Po prostu czas, aby iść dalej.
- Angie, proszę... Wróć do domu.
- Nie mogę.
- Jasne! Przez to, że chodziłaś z tatą, wszystko się zniszczyło! Teraz się nie znosicie, a ja ciebie nie mam!
- Nie możesz być tak samolubna, Violu... - Starałam się jej przerwać.
- To ty tu jesteś egoistką! - Warknęła dziewczyna i rzuciła słuchawką.
Zabrakło mi tylko słów "foch forever z przytupem i melodyjką". Odłożyłam komórkę na stół z głuchym trzaskiem.
- Javier, proszę, idź odrób lekcje - wykrztusiłam przez zaciśnięte zęby.
- Przecież nie byłem dzisiaj w szkole...
- To poczytaj książkę - przerwałam mu.
- Książkę, Angie, co ty...
- Zejdź mi z oczu - warknęłam, jednak zaraz pożałowałam tych słów.
Spojrzałam na Javiera, który spuścił głowę. Widziałam, że jego oczka się zeszkliły. Chciałam go przeprosić, ale nie zdążyłam. Malec zniknął. Usłyszałam tylko głuche trzaśnięcie drzwiami do łazienki. Byłam na siebie wściekła. Jak mogłam wydzierać się na Bogu ducha winne dziecko... Na jedyną osobę, która nie opuszczała mnie mimo tego wszystkiego, co robiłam.
Zgarnęłam szybko torebkę, narzuciłam na siebie kurtkę i wyszłam z mieszkania. Bardzo potrzebowałam teraz porady księdza Roberta. Chciałam też sprawdzić, czy wszystko u niego w porządku i czy otrząsnął się po ostatnim... zdarzeniu.
Na plebani znalazłam się jakieś pół godzin później. Zadzwoniłam dzwonkiem i po chwili w drzwiach stanęła tęga kobieta ubrana w czarną sutannę. Spojrzała na mnie z ciekawością. Wyglądała na dość sympatyczną, jednak niezbyt kontaktową. To dziwne, że widziałam ją pierwszy raz w życiu i tak łatwo oceniłam, jaka jest po samym wyglądzie i pierwszym wrażeniu...
- Niech będzie pochwalony... Chciałam zapytać, czy zastałam księdza Roberta? - wykrztusiłam.
- Na wieki wieków... Przykro mi, ale ksiądz Robert jest obecnie... niedysponowany, że tak powiem.
- Jak to? A czy mogę z nim porozmawiać?
- Niestety nie. Ksiądz zamknął się w swoim pokoju i nie życzy sobie towarzystwa. A jeżeli nie podzielił się z panią szczegółami, to niestety nie mogę pomóc.
- Taa... Rozumiem - mruknęłam.
- Naprawdę mi przykro.
- Nie ma sprawy. Szczęść Boże - ucięłam i już po chwili zniknęłam, zostawiając zakonnicę w lekkim osłupieniu.

Nie wiedziałam, gdzie się podziać. Krążyłam w kółko ulicami Buenos Aires, próbując, bezskutecznie niestety, uwolnić się od ponurych myśli. Postanowiłam wejść do ponurego budynku na rogu. Była to niewielka czytelnia. A może biblioteka? Panowały tam niezwykłe pustki, tylko pod jedynym oświetlającym salkę oknem siedziała jakaś dziewczyna o płomiennorudych włosach, zaplecionych w dwa gęste warkocze. (ANIA Z ZIELONEGO WZGÓRZA XDD) Zaczytana, nie zwróciła nawet uwagi na to, że weszłam do pomieszczenia. Panująca w nim cisza i zakurzone regały wprowadzały jakiś dziwny mrok... Wzięłam z półki pierwszą książkę, jaka wpadła mi w ręce. Wypożyczyłam ją i postanowiłam udać się w jakieś bardziej cywilizowane miejsce. Park odpadał. Ostatnimi czasy widok szczęśliwych zakochanych przyprawiał mnie o dreszcze.
Powędrowałam więc do pobliskiego baru. Na miejscu usiadłam przy jednym z dwuosobowych stolików w rogu i zerknęłam na okładkę książki. Był to "Alchemik" Paulo Coelho. Zdaje się, że czytałam ją już kiedyś, jednak nie miałam przy sobie nic innego, dlatego też zabrałam się do lektury. Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczął nastawać wieczór. Książka ogromnie mnie wciągnęła. Co rusz pojawiały się jakieś sentencje dotyczące ludzkiej egzystencji. W normalnych okolicznościach mogłyby mnie nieco drażnić, jednak zważywszy na mój refleksyjny nastrój, odpowiadał mi ten klimat.
"To możliwość spełnienia marzeń spra­wia, że życie jest tak fascynujące" - przeczytałam szeptem.
- A wiedziałaś, że od książek gnije mózg? - usłyszałam głos przed sobą.
Opuściwszy książkę, po przeciwnej stronie zobaczyłam jakiegoś mężczyznę. Miał na oko czterdzieści lat, jasnobrązowe włosy, diaboliczny uśmiech i błękitne oczy, których spojrzenie zdawało się przenikać mnie na wylot. Czuć było od niego nutkę jakiegoś mocnego alkoholu.
- Udowodniono to naukowo... - ciągnął, bawiąc się słomką.
- Znamy się? - zaczynałam robić się niecierpliwa.
- Jeszcze nie. Ale chyba nie zaszkodzi się poznać, co? Jestem Ciro - widząc, że nie zamierzam się przestawić, mężczyzna zrobił to za mnie. - A do Ciebie pasuje... Gracia.
Prychnęłam, usiłując go w ten sposób spławić, jednak nie dawał za wygraną.
- To postawić ci drinka? - wypalił nagle.
- Nie.
- Hej, kelner! Dwa razy Zatokę Diabła!
Nie wiem, dlaczego po prostu sobie nie poszłam, acz zostałam. Wypiłam nawet kilka drinków, jednak nie miałam szczególnej ochoty na rozmowę z ich fundatorem. Z jakiegoś powodu nie budził mojego zaufania... A może to ja nie potrafiłam już nikomu zaufać?
Nie pamiętam, co działo się później. Świadomość wróciła mi dopiero, gdy zaczynało świtać. Obudziłam się i odkryłam, że leżałam z głową na stoliku, w barze, nad książką i opróżnionymi już kieliszkami po drinkach. Kolejnym odkryciem, jakiego dokonałam było to, że Ciro wciąż siedział na swoim dawnym miejscu i obserwował mnie z podbródkiem opartym na dłoniach. Opróżniłam jeszcze jeden kieliszek, a następnie wyszłam z baru. Mężczyzna szedł za mną jak cień. Gdy zataczając się, dotarłam pod kamienicę, w której mieszkałam, odkryłam, że nie mam kluczy. Pozostało mi czekać aż Javier obudzi się i mi otworzy.
Po chwili, zachęcona przez Ciro i wciąż nieco odurzona alkoholem, zaczęłam śpiewać. Z początku cicho, jednak już po chwili krzyczałam na całe gardło, wyrzucając w ten sposób z siebie cały ból. Nie interesowało mnie, że ktoś wyglądał przez okno i groził mi policją. Nie obchodziło mnie też to, że słowa piosenek traciły swój sens, zamieniając się opisy moich problemów, lęki, paranoje...
Nagle rozległ się dźwięk syreny policyjnej. Otworzyłam oczy, nie przestając jednak śpiewać.
- Co pani tu robi? - poszedł do mnie jeden z funkcjonariuszy.
- No entiendo lo que pasa en mi corazóóóón - zaśpiewałam w odpowiedzi.
- Dobrze się pani czuje?
- No se lo que busco ni a donde vooooooy - zawyłam ochrypłym już głosem.
- Dostaliśmy skargę, że zakłóca pani spokój mieszkańcom osiedla.
- Aha, więc zadzwonił do was ten... ten Brytyjczyk spod piątki. Co za typ.
- Angie? - w przebłysku świadomości odwróciłam się, słysząc głos Javiera, który właśnie wyszedł z kamienicy.
- Javier? - wtem moich uszu dobiegł głos kogoś innego...
- German? - tym razem to ja się odezwałam.
Rozejrzałam się. Ciro gdzieś się ulotnił... Zaczęłam się zastanawiać, czy nie był on tylko wytworem mojej wyobraźni... Mój wzrok skupił się na Germanie... Skąd ten idiota się tam wziął?
- To pani dziecko?
- Nie, bo ja...
- Ma je pani pod opieką?
- Tak, ale ja...
- Zdaje pani sobie sprawę, jak nieodpowiedzialnie się pani zachowuje? - warknął policjant.
- Angie, mogłem się po tobie wiele spodziewać, ale nie sądziłem, że zostawisz małego samego na noc! Javier, zbieraj się, zabieram cię do normalnego domu!
- Jeszcze tego brakuje, żebyś to ty prawił mi kazania! - krzyknęłam w stronę szwagra.
- Nigdzie nie idę - zaparł się dzieciak. Poczułam nagły przypływ ciepła na sercu. - Wolę zostać tutaj z Angie. Ona jedna mnie kocha i rozumie. I choć nie zawsze wszystko idzie po jej myśli, wolę żyć z nią niż mieszkać w domu, gdzie nikogo nie obchodzę!
- Bez gadania! - warknął German, chwycił go w pasie i zaciągnął do samochodu.
Dzieciak próbował się wyrwać, jednak na darmo. Zdołał jedynie pokazać mi przez szybę auta swój mały palec. Mogłoby wydawać się, że to nic takiego, jednak wiedziałam, że oznacza to, iż jest ze mną, dodaje mi otuchy i mówi mi "nie daj się". A jednak, Germanowi się udało. Odebrał mi jedyną osobę, na której mi zależało.
Wysłuchałam w spokoju kazania, jakie sprawił mi policjant, a następnie zataczając się weszłam do mieszkania. Na miejscu zamknęłam się na cztery spusty i od razu ruszyłam do sypialni. Położyłam się do łóżka i prawie natychmiast zasnęłam.

Nazajutrz obudził mnie paskudny ból głowy. Postanowiłam, że muszę wstać, przecież trzeba wyszykować Javiera do szkoły... I w tamtej chwili uderzyła mnie brutalność rzeczywistości. Zabrali mi go. Zabrali mi mojego małego Javiera. Po moim policzku spłynęła pojedyncza łza. Wszyscy, których kochałam mnie opuszczali. Nie widziałam sensu w tym, aby wstawać.

Minęło kilka dni. Niewiele jadłam. Moim pożywieniem była rockowa muzyka, która całymi dniami rozbrzmiewała z odtwarzacza. Czasami przysłuchiwałam się rozmowom sąsiadów, które słychać było zza cienkich ścian. Dowiedziałam się, że Juan zdradził Hanę, Cristina ma problemy finansowe, a państwo Geld kupili nowy tapczan do pokoju, o którego kolor i miejsce ustawienia długo się kłócili.
Rzadko wychodziłam z sypialni, nie mówiąc już o opuszczaniu mieszkania - tego nie zrobiłam ani razu od czasu odebrania mi Javiera. Kończyły mi się pieniądze. Nie miałam pracy, nie miałam się z czego utrzymać. Zaczynało brakować mi na jedzenie, nie wspominając o czynszu. Ale prawdę mówiąc, niewiele mnie to w tamtej chwili obchodziło. Jedyne, czego pragnęłam to zostać już na zawsze w łóżku i słuchać muzyki, która tak boleśnie przypominała mi zmarłym złodziejaszku. O tych cudownych chwilach, które spędziliśmy we trójkę - ja, on i Javier. Tego już nie było. To już nigdy nie miało wrócić. Wyłączyłam moją komórkę. Nie miałam ochoty na kontakt ze światem zewnętrznym. Nie chciałam iść na przód.

Aż któregoś dnia stało się to, czego od jakiegoś czasu się obawiałam - ktoś zadzwonił do drzwi. Z początku nie miałam zamiaru otwierać, jednak przybysz najwyraźniej nie zamierzał dać za wygraną. Po kilku minutach wstałam w końcu z łóżka i ledwie słaniając się na nogach, doszłam w końcu do drzwi, unikając przy tym zatrzymywania się przy lustrach. Bałam się tego, jak mogłabym wyglądać.
W momencie, gdy otworzyłam drzwi spełniło się kolejne z moich najczarniejszych przypuszczeń. W drzwiach stanął pan Carlos Ricachón - właściciel budynku. Był to mężczyzna w średnim wieku o ogromnej tuszy, pozbawiony szyi i znacznej ilości włosów na okrągłej głowie. Wiedziałam, po co przyszedł. Zalegałam z opłatami za mieszkanie. Prawdę mówiąc, nie miałam już z czego zapłacić.
- Nie będę owijał w bawełnę, sprawa wygląda tak: płacisz albo spadasz - warknął.
Wyciągnął w moją stronę ogromną dłoń. Nie miałam wyboru, musiałam się wynieść.
- Nie mam - szepnęłam.
- W takim razie musisz opuścić moją kamienicę. Masz czas do osiemnastej, żeby pozbierać swoje manatki i spadać. Żegnam.
Zatrzasnął mi przed nosem drzwi mieszkania i zniknął, stawiając ciężkie, niczym rozeźlony słoń, kroki.
___________________________________________
Ta dam XD 96 poszła :D
Żeby nie było wątpliwości - nie przywiązujcie się do Ciro, póki co nie zamierzamy go powtórnie wykorzystywać przy upijaniu Angeles :D
Czo jest nie tak z księdzem?
Gdzie zamieszka Angie?
I czemu wciąż wrzucamy nowych bohaterów?
Piosenkę mam nadzieję, że poznaliście.

Que la fuerza esté con vosotros. ♥
J & B

środa, 21 maja 2014

Rozdział 95

Rozdział 95.

- Angie! - zawołał zdumiony German. - Przecież sama wysłałaś mi SMS, że mam Cię odebrać z baru.
Przycisnęłam mocniej słuchawkę do ucha, pewna, że coś źle usłyszałam.
- Jak to wysłałam ci...
- No przecież mówię. A jednak w barze cię nie było, więc objechałem sąsiednie ulice i znalazłem cię w parku. Stałaś pośród jakichś pijanych gości i śpiewałaś na całe gardło hymn narodowy. Zawiozłem cię do domu, zostawiłem ci śniadanie i aspirynę. Rano jeszcze spałaś, więc pojechałem na spotkanie z Ramallo. Violi nic nie mówiłem, pewnie jest teraz w szkole.
- Czekaj, jak to w parku?! A co ja tam robiłam?!
- Śpiewałaś.
Zamilkłam na chwilę.
- Poczekaj, a gdzie są Brunhilda i Olga? - zapytałam.
- Olga jest na zakupach, jak co czwartek rano. A babcia... Pewnie gdzieś wyszła z tym starszym panem. Masz jeszcze jakieś pytania czy mogę wrócić do pracy?
- To wszystko... Dziękuję. To ja już pójdę do siebie - wymamrotałam zawstydzona.
- Tak chyba będzie najlepiej - odparł tylko mężczyzna i rozłączył się.
Zmarszczyłam brwi, powoli kojarząc fakty. Wciąż nie wiedziałam, gdzie jest moja torebka ani co robiłam pomiędzy wyjściem z klubu a spotkaniem Germana. To wszystko było niedorzeczne. Nagle coś sobie uświadomiłam - skoro SMS-a dostał mój szwagier, to Julio nie ma pojęcia, gdzie jestem. Zaklęłam pod nosem i popędziłam ku wyjściu.

Zapukałam delikatnie do drzwi mojego mieszkania. Klucze wsiąkły wraz z torebką. Błagałam w myślach, aby drzwi nie otworzył Javier. Na szczęście ten zaszczyt przypadł mojemu ukochanemu.
- Angie! - zawołał Julio na mój widok i uściskał mnie.
Ton, jakim to powiedział był tak różny od tego, którego używał German...
- Przepraszam, że nie zadzwoniłam. Napisałam ci SMS-a, ale wysłałam go pod zły numer. Byłam w barze, potem urwał mi się film, zgubiłam torebkę, ale wiadomość dostał ojciec Violetty i znalazł mnie w parku, obudziłam się rano w domu Castillo, w mojej starej sypialni, i tam była aspiryna, i... - mężczyzna ukrócił moje cierpienie i przerwał mi, po prostu mnie całując.
- Angeles... Bałem się o ciebie. Wiesz, że ze względu na mój... fach, nie powinnaś się sama włóczyć po imprezach.
Pierwszy raz odkąd otworzył mi drzwi, spojrzałam na jego twarz. Nie wyrażała gniewu. Wydawał się tylko zmartwiony i nieco... przerażony.
- Przepraszam - szepnęłam jeszcze raz i przytuliłam się do niego.
- No już, chodź. Zaczyna się nasza telenowela - odmruknął i zachichotał.
Uśmiechnęłam się i poszłam doprowadzić się do porządku.

- Cholera! Co ty sobie wyobrażasz?! Ona poszła do spowiedzi, żeby ksiądz, który jest przyrodnim bratem Ignacio, nie mógł powiedzieć ci o jej romansie z Horaciem! Jak możesz oskarżać Abelarda... Przecież on jest księdzem! - dobiegły mnie wrzaski z salonu, gdy tylko wyszłam z łazienki.
Rozbawiona weszłam do pokoju, gdzie zastałam przekomiczny widok. Mój ukochany wymachując pilotem groził jakiemuś facetowi w telewizorze, który wołał coś do ubranej dość prowokacyjnie kobiety.
- Ciszej, proszę - mruknęłam, wyłączając odbiornik. - Tu się ma kaca.
- Ej, no! - pisnął zawiedziony Julio. - Chcę w takim razie całusa na pocieszenie.
Przewróciłam oczami i pocałowałam go delikatnie. On zaraz wykorzystał okazję i pociągnął mnie koło siebie na kanapę. Właściwie, pociągnął mnie na siebie. Spojrzał na mnie przy tym wyzywająco. A więc to gra, tak? Uśmiechnęłam się kusząco i zaczęłam dobierać się do guzików jego koszuli. Mężczyzna przeczesał mi włosy dłonią, ale nie pocałował mnie. Teraz mój ruch. Niemalże zdarłam z niego koszulę i delikatnie musnęłam palcami jego nagą klatkę piersiową. Zbliżyłam jednocześnie swoją twarz do jego. Złodziejaszek wcale się tym nie przejął i bezczelnie pozbawił mnie swetra. Co za człowiek... Położyłam wyzywająco dłoń na jego brzuchu i uśmiechnęłam się niemal tak prowokacyjnie, jak ta kobieta w telenoweli. Mężczyzna zaśmiał się i pozbawił mnie bluzki.
- Kiedyś nie chciałaś mnie nawet przytulić, a teraz sama mnie rozbierasz, Angeles.
- Może kiedyś nie byłeś taki seksowny... - powiedziałam i parsknęłam ochrypłym, bezwstydnym śmiechem godnym samej Scarlett O'Hary.
Julio uniósł brwi i z westchnieniem mnie pocałował. Wygrałam tę bitwę. Rozchyliłam wargi, pozwalając, by nasze języki się zetknęły w romantycznym tańcu. Nagle mężczyzna przycisnął mnie do siebie energicznie, jakby cała jego siła woli gdzieś umknęła.
- W końcu się rozumiemy, Julio... - wyszeptałam.
Poczułam jak jego usta wyginają się w uśmiechu.
Przygryzłam lekko jego wargę, pozwalając, by kierowały mną emocje. Ilekroć całowałam się z Germanem, zawsze ktoś nam przeszkadzał. Tym razem nikt tego nie zrobi. Jesteśmy sami i to my wyznaczamy granice. Poczułam dłonie, które błądziły gdzieś w okolicach moich ramion. Nie wiem jak to się stało, ale pozbawiłam właściciela tych dłoni kolejnego elementu garderoby. Nasze pocałunki zdawały się trwać wiecznie.

Niespodziewanie przeszkodził nam dźwięk dzwonka do drzwi.
- Cholera - zaklął Julio i zaczął się pospiesznie ubierać.
Zorientowałam się, że mam na sobie tylko dżinsy. Ucieszyłam się, bo ostał się choć jeden element ubioru. Mój ukochany był w samych bokserkach, tak dla odmiany. Poczułam jak moje policzki oblewa czerwień. Ubrałam się szybko i pobiegłam otworzyć drzwi.
- Cześć, Angie. Zostawiłaś torebkę w moim samocho... - German urwał wpół słowa.
Rzuciłam szybko okiem na lustro w korytarzu. Miałam potargane włosy, koszulkę Julia założoną tył na przód i rozmazaną szminkę.
- Dziękuję - mruknęłam, odbierając swoją własność.
- Kto przyszedł, Angeles? - zawołał mój współlokator, wchodząc do korytarza.
On też nie wyglądał najlepiej. Jego włosy wyglądały jakby znalazły się w pobliżu oka cyklonu, a twarz zdobiły karmazynowe ślady pocałunków. Na szyi lśniła różowa malinka. Jakby tego było mało, był bez koszuli, w nie całkiem zapiętych spodniach.
- Ty musisz być German! - złodziejaszek wydawał się być wcale nie skrępowany tym, jak wyglądamy.
Wyciągnął dłoń w stronę mojego szwagra, a ten spojrzał na nią z niekrytym obrzydzeniem.
- Wieczorem Ramallo przyjedzie po Javiera - powiedział tylko i wyszedł.
Westchnęłam.
- Ci twoi znajomi są jacyś dziwni, nie zauważyłaś? - Julio zachichotał i zamknął drzwi.
- Dlaczego mu się pokazałeś? Wiedziałeś, że to on... - szepnęłam z wyrzutem.
- Bo jestem zazdrosny o ciebie, Angeles. I nie mogę patrzeć jak się do ciebie mizdrzą ci wszyscy goście.
Szturchnęłam go i usiadłam na kanapie. Mężczyzna usiadł obok i objął mnie delikatnie.
- Myślisz, że on zabierze...?
- Nie wiem, ale mam pomysł. Zadzwonisz potem do opiekunów Javiera i wszystko z nimi uzgodnisz. On nie może tak po prostu nam go zabrać. Nigdy na to nie pozwolę - szepnął, spoglądając mi w oczy. - A teraz, Angeles, co mogę zrobić, aby cię rozweselić?
- Opowiedz mi coś - poprosiłam.
- Co na przykład?
- Dlaczego jesteś złodziejem? - wypaliłam.
To pytanie chodziło mi po głowie od dłuższego czasu. Motocyklista zmarszczył brwi, ale po chwili zaczął mówić.
- To nie jest wesoła historia, Angeles. Czy naprawdę chcesz jej wysłuchać?
- Chcę!
- Widzisz, niektórzy dzielą innych na dobrych i złych. Różnych niczym czerń i biel. Nie zgadzam się z nimi. Każdy człowiek jest innym kolorem. Ty wydajesz się być złota... A może błękitna? W każdym razie, żył sobie kiedyś mężczyzna, którego można przyrównać do granatu. Nie był zły. Kradł, zabijał... Ale nie był... do końca zły. Miał syna i żonę. Kochał ich całym sercem. Owszem, czasem, kiedy przyszedł do domu pijany bił żonę, ale... Jego syn był do niego taki podobny... Kiedy chłopiec miał dziesięć lat, Hugon, bo tak miał na imię, nauczył go otwierać zamki. Maluch myślał, że to tylko zabawa. W wieku piętnastu lat Hugon zaprowadził go do swojego szefa. Prosił, aby przyjął go w ich szeregi. Kiedy młody o tym usłyszał, zbuntował się. Wściekły odepchnął ojca i uciekł. Nie wiedział, że jego tata uderzy głową jakąś zardzewiałą beczkę i... Wrócił do domu. Po kilku dniach on i jego matka dowiedzieli się, że Hugon umarł. Chłopak był w rozpaczy. Minęły jednak dwa lata - Julio zaczął gwałtownie oddychać. Już wiedziałam, że to on był tym piętnastolatkiem. - Śpiewałem w chórze, miałem dziewczynę... Pierwszy raz byłem naprawdę szczęśliwy. I wtedy... Szedłem ulicą po zmroku razem z Aurorą. Zaatakowali nas koło starej fabryki. Było ich kilkunastu. Dwóch mnie pochwyciło. Pozostali... Zgwałcili ją. Kilka razy. A potem po prostu zabili. Strzał między oczy. Mnie zaprowadzili do szefa. To był ten sam, dla którego pracował mój ojciec. Grożąc mi i mojej matce śmiercią, zmusił mnie do wstąpienia w ich szeregi. Kradłem dla nich auta. Czasami przypadkowo uruchomiłem alarm, albo... Zawsze obrywałem za to srogie baty - powiedziawszy to, mężczyzna odwrócił się do mnie plecami. Na jego nagiej skórze wyraźnie odcinały się szramy i blizny. Niektóre miejsca wyglądały, jakby ktoś pociął je czymś zardzewiałym. - Moja matka nie wiedziała, co się dzieje. Znikałem na całe dnie, nieraz i noce. Kiedyś nie wróciłem. Nie pozwolili mi. Dowiedziałem się potem, że oszalała z rozpaczy i wylądowała w zakładzie zamkniętym. Chciałem ją odwiedzić, ale było już za późno. Gang ją "sprzątnął". Za dużo wiedziała. Potem wszystko zaczęło się układać. Nie mieli mi już czym zagrozić. Przestałem kraść. I wtedy... Zobaczyłem cię z daleka na cmentarzu. Byłaś z Germanem na grobie siostry. Pokochałem cię od pierwszego wejrzenia. Szef to odkrył. Grożąc życiem twoim i twoich bliskich, kazali mi wrócić do kradzieży. I wtedy... Szłaś ulicą. Widywałem cię czasami i wiedziałem, jaka jesteś. Wiedziałem, że jeśli zacznę kraść na twoich oczach... A tam akurat stało to Porsche... Uderzyłem cię wtedy celowo. Zauważyłem, że obserwuje mnie jeden z... jeden z nich. Gdybym tego nie zrobił... Tak, uwierzyli na jakiś czas, że mi nie zależy na tobie. A potem... Sama wiesz. Przepraszam - szepnął na koniec i wyszedł z pokoju.
Siedziałam oniemiała. A więc to wszystko... Każdy cios znosił dla mnie. Dotknęłam policzka i odkryłam, że jest mokry od łez. Czułam się okropnie.

Minęło kilka minut zanim ochłonęłam. Gdy doszłam do siebie, wstałam i ruszyłam do kuchni. Julio siedział przy stole. Twarz miał schowaną w dłoniach. Delikatnie pogłaskałam go po głowie. Zadrżał.
- Zrozumiem, jeśli każesz mi się wynieść.
Usiadłam na krześle obok.
- Naprawdę myślisz, że ta historia jakoś zmieni nasze relacje?
- Angeles! Właśnie usłyszałaś, że jestem mordercą, ściga mnie mafia, która zabiła moją poprzednią dziewczynę, a ty... Czekaj, wszystko z tobą w porządku? Zaczynasz przypominać jakąś masochistkę rodem ze "Zmierzchu".
Zachichotałam.
- To nie ty byłeś temu wszystkiemu winny.
- Ale to ja cię narażam. Obarczam cię moimi kłopotami.
- "The world is too heavy, too big for my shoulders. Come take the weight off me now..." - zaśpiewałam cicho.
-  "Thousands of answers to one simple question. Come take the weight off me now..." - zamruczał w odpowiedzi.
Roześmiałam się cicho. Znał tą piosenkę.
- "Oh, I'm like a kid who just won't let it go. Twisting and turning the colours in rows. I'm so intent to find out what it is.  This is my rubik's cube. I know I can figure it out..." - nasze głosy brzmiały tak harmonijnie, gdy zakończyliśmy śpiewnie refrenu.
Ta chwila była jedną z najlepszych w moim życiu. Robiłam to, co kocham z mężczyzną, którego kocham.
- Muszę już iść, Angeles - powiedział złodziejaszek, gdy skończyliśmy.
- Chyba nie do... pracy?
- Tak - odpowiedział i uściskał mnie.
- Wrócisz? - spytałam opierając dłoń w okolicach jego brzucha.
- Oczywiście, że tak. Będę w domu za jakieś trzy godziny.
Cmoknęłam go delikatnie w usta. Julio uśmiechnął się i wyszedł.

Telefon zadzwonił cicho. Wyświetlacz informował, że dzwoni Ramallo. Zaklęłam w myślach i odebrałam.
- Cześć, Ramallo.
- Witaj, Angie. Pewnie się domyślasz, że rozmawiałem z Germanem...
- Zabieracie Javiera? - przerwałam mu.
- Angie... panienko... Widzisz, ojciec Violetty to, jak wiesz, nie tylko mój pracodawca. To także mój przyjaciel. Odebrał on chłopca po szkole i przywiózł do domu. Opowiedział mi wszystko.
Poczułam, że oczy mnie pieką. Ale nie zamierzałam płakać.
- Macie mnie teraz pewnie za kogoś wstrętnego... - szepnęłam, wyobrażając sobie obraz, który z pewnością nakreślił im mój szwagier.
- Cóż, pani Brunhilda... Tak. Ale ani ja, ani Olga nie zamierzamy cię osądzać. Dziecko... Skoro zdecydowałaś się na...eee... życie z kimś, to... To nie może być zły człowiek. Ale wiesz, że... German wychowując Violę, popełnił wiele błędów. Nie chce, abyśmy je powtórzyli. To wszystko go przytłacza. On za tobą tęskni.
- Więc wyżywa się, odbierając chłopcu radość, tak?!
- To nie tak. On nie lubi nie mieć kontroli. A teraz nagle... Pozwól mu na jakiś czas... Gdy dojdzie do siebie, Javier do ciebie wróci.
Zamilkłam.
- Masz rację. Chłopcu dobrze zrobi pobyt z tobą i Olgą. To w końcu wy jesteście jego opiekunami - westchnęłam.
- Ale ty zastąpiłaś mu matkę, Angeles. Nie martw się. Wszystko będzie dobrze. Ale... Porozmawiaj czasem z Violettą. Ona cierpi.
- Dziękuję. Obiecuję, że wkrótce się z nią zobaczę. Do zobaczenia.
Rozłączyłam się, wzdychając. Pomagam Germanowi odzyskać kontrolę. Julio ma rację. Coś jest ze mną nie tak. Właśnie, Julio. Spojrzałam na zegarek. Od jakiś dwóch godzin powinien być w domu. Zmarszczyłam brwi, starając się nie martwić.

Siedziałam na kanapie i wpatrywałam się w zegar na ścianie. Trwałam tak od ponad godziny. Dziwne, że to biedne urządzenie nie spadło jeszcze zawstydzone ze ściany. Było już po północy. A jego wciąż nie było. Dzwoniłam, ale nikt nie odbierał. Wszystko się sypało. Teraz, gdy już byłam szczęśliwa... Zacisnęłam dłonie. Paznokcie wbiły mi się w skórę, ale przyniosło mi to niespodziewaną ulgę.
- Boże, jeżeli istniejesz... Boże, proszę. Zwróć mi go... - powtarzałam to jak mantrę.
Nie wiedziałam do kogo kieruję tą dziwną modlitwę. Do Allaha, Buddy, Jahwe czy do Latającego Potwora Spaghetti? Ale czy to ważne? To nie była zbyt dobra chwila na rozważania religijne. Dzwonek do drzwi zabrzmiał niemal jak wystrzał w głuchej ciszy nocnej. Rzuciłam się, by otworzyć.
- Julio, gdzie ty by...
Słowa zamarły mi na ustach. Za drzwiami nie stał mój ukochany złodziej. Byli to dwaj policjanci.
- Angeles Saramego? - zapytał ciemnowłosy.
- Tak...
- Chodzi o pana Julio Ladróna.
Serce mi zamarło. Znałam już dalszy przebieg tej rozmowy. Maria. Gdy umarła było tak samo. Przyszli we dwóch.
- Co się stało?
- Został postrzelony. Zmarł w szpitalu. Zanim stracił przytomność prosił, aby panią poinformować - odpowiedział policjant.
Jego kolega spojrzał na mnie pocieszycielsko.
- Przykro nam - mruknął. - Czy wie pani o jakiejś jego rodzinie? Kimś, kogo należałoby jeszcze powiadomić?
- On... on był sam... - głos mi się załamał.
Mężczyźni powiedzieli coś jeszcze i wyszli. Nie zrozumiałam z tego ani słowa. Nogi ugięły się pode mną. Opadłam na krzesło. Nie chciałam w to wierzyć. To nie mogła być prawda. Nie on. Nie teraz. 
Julio. Przecież tak wiele przeżył. Wyszedł z tylu obsesji. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, że jedna kula mogła tak po prostu... pozbawić go życia. Ukryłam twarz w dłoniach i poczułam, jak do moich oczu zaczynają napływać łzy. To była moja wina. Przecież mogłam to przewidzieć. Nie powinnam pozwolać mu wyjść. Byłam wściekła sama na siebie. Wściekłość łączyła się z bólem, tworząc wybuchową wręcz mieszankę. Siedziałam, nie potrafiąc zebrać myśli. To zwyczajnie do mnie nie docierało. Jeszcze niewiele ponad godzinę temu miałam go przy sobie. Całowaliśmy się, śpiewaliśmy. Nie potrafiłam dopuścić do siebie myśli, że odszedł i już... nie wróci. Że opuścił mnie już na zawsze. Akurat teraz, gdy tak bardzo go potrzebowałam. Jego melodyjny głos, jego ciepłe ramiona, jego czułe pocałunki. Jego miłość, jego radość, jego zrozumienie, jego poczucie humoru, jego cierpliwość. Nie zasługiwałam na wszystko, co mi dawał. Los mi go odebrał. Nie wierzyłam w to. Znów czułam się jak po śmierci siostry. Znów dręczyło mnie poczucie, że to ja powinnam zginąć. Łzy przeciekały mi przez palce i z głuchym stukotem spadały na podłogę. Nikt ich nie otarł z moich policzków. Nikt mnie nie pocieszył. Nikt mnie nie rozbawił. Jedyna osoba, która to robiła... była martwa.

Około czwartej nad ranem do bólu i wściekłości dołączył strach. Z przerażeniem rozglądałam się pokoju, wyszukując postaci w cieniu. Miałam wrażenie, iż oni mnie otaczają. Zmarli. Najcichszy dźwięk sprawiał, że podskakiwałam. Tonąc we łzach, skuliłam się na kanapie i zacisnęłam szczękę, by nie zacząć krzyczeć. Niemal czułam macki śmierci na swoim gardle.
- Czyżbyś się bała, Angeles? - rozległ się drwiący głos.
Z cienia wynurzył się Piotruś Pan. Jak zwykle ubrany w zielony strój, jak zwykle bezczelnie uśmiechnięty...
- Czego chcesz?! - zawołałam dziwnie wysokim głosem.
- Angeles. Tak do ciebie mówił, prawda? Szkoda, że nie żyje. Lubiłem go. Miał w sobie coś z dziecka.
W jego diabelskich oczach błysnęły ogniki.
- Odejdź, proszę... - wyszeptałam.
On zamiast potulnie zniknąć, usiadł koło mnie po turecku.
- Nie wiem czy wiesz, ale kiedy umrze dziecko, to ja przeprowadzam je na drugą stronę. Żeby się nie bało.
- Nie bało? Ciebie? No tak, kto by się ciebie bał - zakpiłam.
- Angeles, proszę... Jestem tu, aby ci pomóc.
- TY?! A niby dlaczego? Do tej pory zadbałeś jedynie, abym pozostała bez pracy.
- Dbam o to, aby wciąż było w tobie dziecko. Kiedy Julio żył... Nie pojawiałem się. On dbał o to za mnie. Teraz znów ja muszę się tym zajmować, Angeles - powiedział powoli, uśmiechając się szeroko.
Zamknęłam oczy.
- Odejdź.
- Zniknę, owszem. Ale wiesz, że wrócę.
Gdy uchyliłam powieki, jego już nie było. Westchnęłam. Mój świat się walił. Był jak domek z kart podczas wichury. Wtuliłam twarz w poduszkę. Była przesiąknięta zapachem mojego złodziejaszka. Wciągnęłam powietrze i łkając usnęłam.

Obudziły mnie nikłe promienie słońca, wdzierające się do pokoju i padające na moją udręczoną twarz. "Już się nie mogę doczekać tostów w wykonaniu Julia" - pomyślałam. Po chwili uświadomiłam sobie, co się wczoraj zdarzyło. Zniechęcona wstałam i sięgnęłam po telefon. Urządzenie poinformowało mnie, że nie odebrałam kilku połączeń. Dostałam też SMS-a z zakładu pogrzebowego "Martwiak i spółka" z informacją o pogrzebie, który miał się odbyć wieczorem. Nagle uświadomiłam sobie, że muszę poinformować Javiera. Z ciężkim sercem wzięłam prysznic, ubrałam się i wyszłam z domu. Pomimo, że od wczorajszego popołudnia nic nie jadłam, nie czułam głodu. Mijałam kolorowe ulice miasta, tłumy szczęśliwych ludzi... Miałam wrażenie, że nigdy nie dotrę do celu. W końcu stanęłam przed okazałą willą Germana. Z determinacją nacisnęłam dzwonek. Nigdy wcześniej nie dzwoniłam, zawsze po prostu wchodziłam. Poczekałam spokojnie aż Olga wpuści mnie do środka.
- Angie, kochanie! Dawno cię nie było! Wyglądasz jak kupka nieszczęścia! - zawołała, gdy weszłam.
- Ach, Olgita! - wykrztusiłam i przytuliłam się do kobiety.
Nie wiem co spowodowało tą nieoczekiwaną potrzebę bliskości. Przecież całą drogę obiecywałam sobie, że będę twarda, zimna.
- Pamiętasz tego mężczyznę, którego spotkałyśmy kiedyś przed sklepem? Miał na imię Julio... - zaczęłam.
- A, tego przystojnego człowieka! On ci coś zrobił? I jak to "miał" na imię... Czy on...? Och, skarbie!
Nie odpowiedziałam. Zacisnęłam powieki, starając się nie rozpłakać.
- Panienka Angie! Czy coś się stało? - do pokoju wszedł Ramallo.
- Gdzie jest Javier? Muszę mu powiedzieć coś bardzo ważnego - powiedziałam szybko.
- W kuchni...
Nie traciłam czasu na puste słowa. Rzuciłam mężczyźnie smutne spojrzenie i weszłam do wskazanego pomieszczenia.
- Angie! - zawołał chłopiec na mój widok.
- Muszę ci coś powiedzieć, młody - zaczęłam nieporadnie.
- Czy coś się stało? - Javier spojrzał na mnie z lękiem.
Oczy dziecka, w których błyszczy strach. Czy istnieje coś smutniejszego?
- Chodzi o Julia. Widzisz, on... Nie żyje - powiedziałam prosto z mostu.
Ach, tak. Istnieje. Oczy dziecka, w których lśnią łzy. Nie mogłam tego wytrzymać. Rozpłakałam się. Przycisnęłam chłopca do piersi. Tylko z nim mogłam dzielić ten ból.
- Ja- jak to się stało? - wyjąkał maluch, łkając.
- To nieważne. On... był bohaterem... i zginął... jak bohater - szlochałam.
Nasze łzy mieszały się. Ktoś wszedł do kuchni, ktoś próbował coś powiedzieć... Ale nie obchodziło mnie to. Ból, który oboje odczuwaliśmy był straszniejszy.
- Pogrzeb... Odbędzie się o dziewiętnastej. Na cmentarzu koło... koło kościoła pod wezwaniem św. Jakuba... - wykrztusiłam.
Chłopiec zacisnął palce na mojej koszuli. Delikatnie się odsunęłam.
- Co tu się dzieje? - zapytał German, który dosłownie zmaterializował się koło nas.
Nie odpowiedziałam. Nie zasługiwał na to. Pogłaskałam malucha po głowie, ucałowałam jego wilgotne od łez policzki i wyszłam.

Ludzie w parku przyglądali mi się. No tak, byłam cała we łzach, które zmyły makijaż, miałam na sobie pomiętą bluzkę... Usiadłam na ławce i schowałam twarz w dłoniach. Czułam się jak Atlas, dźwigający na barkach cały ciężki świat. Wtem przypomniałam sobie, że jest ktoś, kto może mi pomóc. Złapałam pośpiesznie telefon i wybrałam numer do poradni doktora Fidela.
- Poradnia psychologiczna, doktor Conrado Fidel, słucham? - wyburczała recepcjonistka.
"Jak zawsze miła" - pomyślałam sarkastycznie.
- Dzień dobry, Angeles Saramego z tej strony. Czy mogłabym się umówić na wizytę?
- Doktora nie ma. Wyjechał na tydzień - oznajmiła sucho kobieta.
- Rozumiem, dziękuję - odpowiedziałam i rozłączyłam się.
Nie ma go. Moja jedyna deska ratunku jest nieobecna. Poczułam zbierającą się we mnie agresję.
- Cholera! Cholera, cholera, cholera! - zaczęłam wołać.
Każdemu słowu towarzyszyło kopnięcie w ławkę. Jakieś bawiące się obok dziecko spojrzało na mnie przestraszone. Westchnęłam. Jakby tego było mało, w oddali dostrzegłam Blasa i Jackie wtulonych w siebie tak, że przypominali bliźnięta syjamskie. Na szczęście mnie nie zauważyli. Szybko wstałam i ruszyłam w stronę domu.

Kościół pod wezwaniem św. Jakuba był olbrzymią świątynią ze strzelistymi wieżami. W środku nie było wielu gości. Przyszłam ja, Javier z Olgą i Ramallem, Brunhilda i Benedict Cromwell (a jakże) oraz dwóch obcych mężczyzn. Pozostali ludzie, których zaprosiłam, wymówili się pracą. Chłód panujący w budynku sprawił, że dostałam gęsiej skórki. Od śmierci Julia minęła ledwie doba. Policja dokonała już sekcji zwłok i wydała pozwolenie, ale... To wszystko działo się tak szybko. Wczoraj rano byliśmy jeszcze razem, a dziś wieczór go chowam...
Moje rozmyślania przerwała smętna muzyka, która dochodziła z organów. Wzięłam głęboki oddech i odwróciłam się. Stałam przed trumną Julia. Była otwarta. Miał zamknięte oczy, ubrany w ciemny garnitur wyglądał jakby spał... Brakowało tylko jego zawadiackiego uśmiechu. Pragnęłam, aby dokonał się cud. Aby Julio zbudził się, przytulił mnie do siebie i... powiedział, że już zawsze będzie ze mną. Nigdy nie dałabym mu odejść. Wciąż błagałam w myślach Boga, aby wrócił go do mnie. Dotknęłam jego dłoni. Była taka zimna. Martwa. Straciłam wszelką nadzieję. Już nic nie mogło przywrócić go na ten świat. Pojedyncza łza kapnęła na jego ramię. Tak gorąca w porównaniu z chłodem bijącym od jego nieruchomego ciała.
Nie docierało do mnie żadne z "wielce podniosłych" słów, które wypowiadał ksiądz nad jego trumną. Jedyne, co czułam to żal. Żal i bezsilność. Nie mogłam nic zrobić.
- Nieznane są wyroki boskie - zakończył kapłan znudzonym tonem.
Nagle coś do mnie dotarło - jego to nie obchodziło. Był to jeden z setek, a może tysięcy pogrzebów, jakie musiał w życiu odprawić. Nie miał pojęcia, co czułam. Nie miał pojęcia, co czuli ci wszyscy ludzie, którzy żegnali swych bliskich.
Trumna została zamknięta. Czterech mężczyzn uniosło ją na barkach w górę. Przed nimi szedł ksiądz, a za nimi niedługi pochód. Łzy strumieniami ciekły po mojej twarzy, chociaż obiecywałam sobie, że będę silna. W pewnym momencie poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Nie odwróciłam się, lecz przyspieszyłam kroku.
Po chwili znaleźliśmy się w miejscu, gdzie pochowany miał być mój ukochany. Ogromny dół, w którym miała znaleźć się trumna był przerażający. Julio miał spocząć pod ziemią, w jej ciemnej, odległej głębi...
Nikt nie wygłosił przemowy. Powinnam zrobić to ja, ale po prostu nie byłam w stanie. Żadne słowa nie opiszą tego, jakim był człowiekiem. Żadne słowa nie wyrażą tego, jak mocno go kochałam i jak bardzo będę za nim tęskniła.
Gdy zasypywano dół ziemią rozległy się pojedyncze szlochy. Po chwili jednak cmentarz wypełnił przeraźliwy, pełen żalu płacz. Należał... do mnie. Płakałam i nie potrafiłam przestać. Łzy strumieniami ciekły po moich policzkach, kapały na ziemię, moczyły mój czarny strój. Tak bardzo nie chciałam oddawać go niebu. Tak bardzo chciałam mieć go przy sobie. Wciąż nie docierało do mnie, że odchodzi. Że nie zobaczę go już nigdy.
Uciekłam. Zbiegłam z pogrzebu zapłakana, nie bacząc na to, że jeszcze się nie skończył. Gdy w końcu się zatrzymałam, byłam w parku. Opadłam na ławkę i płakałam wniebogłosy. 
- Angie - usłyszałam nagle czyjś głos, ale przekonana, że mi się wydawało, nie zwróciłam na to uwagi. Po chwili zawołanie powtórzyło się. 
Poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. To był Javier. Próbowałam się uspokoić i wykrztusić cokolwiek, jednak kolejne łzy uniemożliwiały mi to.
- Angie, Angie, proszę nie płacz już. Wiem, jak się czujesz... ja czuję to samo! Ale nie możesz płakać. Zapomniałaś? Duże dzieci nie płaczą, tak?
Widząc, że nie mogę przestać szlochać, Javier kontynuował.
- No już, Angie. Przestań płakać. Przecież jeżeli ty będziesz się rozklejała, to co ze mną? Kto ma być dla mnie wzorem do naśladowania, no kto? Wiesz, że mi też go brakuje. Ale musimy być silni. Oboje. 
Spojrzałam na Javiera i próbując obetrzeć dłonią łzy z twarzy, przytuliłam go do siebie. Chłopiec odwzajemnił uścisk. Po chwili podał mi chusteczkę.
- Javier, jesteś takim dzielnym, małym rycerzykiem. Tak bardzo jestem z ciebie dumna. I wiem, że Julio... on też byłby. I masz rację, muszę się uspokoić - wykrztusiłam po chwili. Ale.. potrzebuję teraz... pobyć przez chwilę sama. Idź do domu, proszę - powiedziałam, ocierając łzy chusteczką i podając mu klucze do mieszkania.
Sama, pokrzepiona nieco słowami malca postanowiłam udać się gdzieś, gdzie mogłabym odreagować.

Kilka minut później byłam już w kościele pod wezwaniem św. Marcina. Kościół to pierwsze miejsce, jakie w tych okolicznościach przyszło mi do głowy. Wybrałam jednak inny niż ten, który zorganizował pogrzeb Julia. Nie chciałam więcej natknąć się na tamto wnętrze czy tamtego melancholijnego księdza... To wszystko tak boleśnie przypominałoby mi o moim złodziejaszku... 
Czarna jak smoła tarcza zegara wskazywała godzinę dziewiętnastą trzydzieści. O tej porze nie odbywają się już zwykle żadne msze. W budynku panowała grobowa cisza, którą przerywało jedynie tykanie zegara i słyszane co jakiś czas szepty jakiejś staruszki, pogrążonej w modlitwie. Zaczęłam się przez chwilę zastanawiać, czy się uciec, jednak nie poddałam się. Wiedziałam, co muszę zrobić. Podeszłam do jednego z konfesjonałów, uklęknęłam i powziąwszy głęboki oddech, odezwałam się. 
- Niech będzie pochwalony...
Mój głos drżał nieco. Spowiedź zawsze budziła we mnie swego rodzaju przerażenie. Coś jak wizyta u psychologa. Całkiem obcemu człowiekowi miałam powierzyć wszystkie moje tajemnice, nie ukrywając niczego. Nigdy nie przywiązywałam szczególnej wagi do tych wszystkich kościelnych formułek, więc postanowiłam mówić bez ogródek. Chciałam też maksymalnie oddalić sakralną formę tej spowiedzi. Potrzebowałam po prostu z kimś porozmawiać. 
- Ja... Nawet nie wiem od czego zacząć - poczułam jak do moich oczu znów cisną się zły, jednak nie chciałam po raz kolejny się rozpłakać. - Nie wiem, czym... zgrzeszyłam... czym zasłużyłam sobie na to wszystko, co mnie spotyka. Najpierw mój poprzedni związek... nieudany związek z moim... szwagrem - poczułam nieprzyjemne uczucie w brzuchu. Czy to aby na pewno nie był grzech? - Ja... To były mąż mojej siostry, lecz ja... kochałam go. Ale skończyłam z tym - dodałam szybko. - Wiem, co sobie teraz myślisz... co ojciec sobie teraz myśli... jakim człowiekiem mogę się nazywać? Jaki człowiek odbiera męża własnej siostrze... Problem w tym, że ja... nie odebrałam go jej. Ona... odeszła. Zmarła wiele lat temu. A ja po prostu się zakochałam. Zakochałam się bez pamięci. Ale... mówiłam chyba o czymś innym. Otóż... po zerwaniu z Germanem. Tak ma na imię. On. Mój szwagier... Po zerwaniu z nim nie byłam długo sama. Znalazłam sobie kogoś innego. A może to on znalazł mnie. Miał na imię Julio. Miał. Dziwnie mówić o nim w czasie przeszłym, ale on... nie żyje. Został postrzelony. Wczoraj. Był... złodziejem samochodów. Ale to nie tak! Był dobrym człowiekiem. Bardzo mnie kochał tak samo jak ja jego. Nie mogę pogodzić się z tym, że więcej go nie zobaczę. Tak strasznie tęsknię. Na dodatek mam dziecko pod opieką. Nie jest moje, to... siostrzeniec mojej... znajomej. Dużo by mówić. Nie wiem, czy jestem w stanie zapewnić mu takie warunki życia, na jakie zasługuje. Nie wiem, czy po tym wszystkim będę potrafiła darzyć jeszcze kogoś miłością. Co ojciec o tym wszystkim myśli? Czy jest szansa, że... Bóg znajdzie dla mnie przebaczenie?
Spuściłam głowę i czekałam. Nie wiem, dlaczego szukałam wytłumaczenia moich problemów w kościele, w wierze, której czasami sama przestawałam ufać... Prawda jest taka, że zrobiłabym wszystko, aby móc być znów z Juliem. A że nie mogłam... Wiedziałam, że muszę najzwyczajniej zrobić wszystko, aby o nim zapomnieć. 
Nie usłyszawszy odpowiedzi, zaczęłam się bać. Co jeżeli nie zasługuję nawet na to, żeby kapłan się do mnie odezwał? Może aż tak zatkało go moje postępowanie? A może oni zawsze tak długo się namyślają, zanim coś powiedzą? Chcą dobrze przemyśleć swoje słowa... Albo Bóg... ... może czekają na połączenie z nim? Ma słabe WIFI.
Po kilku minutach ciszy, zrobiłam się nerwowa. W końcu nie wytrzymałam i zajrzałam przez okienko do wnętrza konfesjonału. Czerwony fotel wyglądał na wygodny, jednak nikt na nim nie siedział. Zaklęłam pod nosem, jednak zaraz skarciłam się za to. Przed chwilą byłam u spowiedzi... Albo i nie.
Zirytowana wstałam od pustego konfesjonału i skierowałam się do wyjścia, gdy nagle usłyszałam kroki.
- Niech będzie pochwalony...
Odwróciłam się gwałtownie. Spomiędzy tylnych ławek szedł w moją stronę ksiądz. Westchnęłam i przyjrzałam mu się. Nie był młody, musiał mieć około pięćdziesięciu lat. Ciemne włosy opadały mu na kark, twarz porastał kilkudniowy, siwy zarost. Nie należał do najprzystojniejszych - ani wychudzona twarz, ani niski wzrost nie przydawały mu uroku. W prawej dłoni trzymał laskę, w lewej zaś Pismo Święte.
- Dzień do... Szczęść Boże - poprawiłam się w porę.
Kąciki ust mężczyzny zadrgały, a zmarszczki lekko się pogłębiły.
- Co cię sprowadza? - zapytał wesoło.
Mówił z lekkim akcentem.
- Przyszłam... Chodzi o to, że... Nie mam się do kogo zwrócić. Chciałam z kimś porozmawiać - wydusiłam w końcu.
- Wobec tego chodźmy na plebanię, proszę. Zrobię herbatkę - odpowiedział ksiądz, unosząc lekko brwi.
Następnie z zadziwiającą jak na kulejącego mężczyznę energią odwrócił się i ruszył naprzód. Nie pozostało mi nic innego, jak pójść za nim.

Plebania mieściła się niedaleko kościoła. Niewielki budynek z czerwonej cegły, niemalże całkowicie tonący w objęciach bluszczu, wyglądał na całkiem zadbany. Wnętrze nie było jednak zbyt interesujące. Zielone ściany i drewniane podłogi zdawały się być tylko dodatkiem do wszechobecnych obrazów sakralnych. Minęliśmy kuchnię, w której jakaś kobieta coś zawzięcie kroiła. Mimowolnie przełknęłam ślinę, starając się powstrzymać napływające do oczu łzy. Ten obraz tak bardzo przypominał mi Julia... W końcu dotarliśmy do małego pomieszczenia o błękitnych ścianach. Stały tu dwa eleganckie fotele, stolik do kawy, biurko oraz olbrzymi regał z książkami. Nad stolikiem wisiał obraz przedstawiający Matkę Boską z małym Jezusem na rękach.
- Rozgość się - powiedział ksiądz, wskazując mi fotel. - Ja tymczasem pójdę po herbatę.
Zdumiona zachowaniem mężczyzny, usiadłam posłusznie we wskazanym miejscu. Po chwili gospodarz wrócił, dzierżąc w rękach tacę.
- Wybacz, ale filiżanki są nieco wyszczerbione. Porcelana jest dość krucha, a kiedy ktoś ją co rusz upuszcza... Zawsze jakaś wypada komuś z ręki na spotkaniu koła różańcowego. Niektóre dyskusje są naprawdę emocjonujące... Ale proszę, nalej sobie i opowiadaj. Możesz zacząć od tego, jak się nazywasz. To nieco ułatwi nam rozmowę.
- Angeles Saramego, ojcze - powiedziałam szybko, przypominając sobie o dobrych manierach.
- Mów mi po imieniu, proszę. Z tego co wiem, nie jestem niczyim ojcem - mruknął, uśmiechając się szeroko. -  Jestem ksiądz Robert Oscuro.
- Bardzo mi miło - odparłam i pociągnęłam łyk herbaty z wyszczerbionej filiżanki.
- Przejdźmy jednak do rzeczy. Opowiadaj, proszę.
Niemal zupełnie czarne oczy Roberta zdawały się przewiercać mnie na wylot. Kolejny raz moją uwagę zwróciła moc, jaką wywierało na mnie użyte przez niego słowo "proszę". Sprawiało, iż robiłam to, o co prosił zupełnie bez sprzeciwu. Powoli opowiedziałam księdzu całą historię, zaczynając od pierwszego spotkania Julia, kończąc na mojej ucieczce z pogrzebu. Podczas opowieści łzy płynęły mi z oczu gęstymi strumieniami. Gospodarz raz po raz podsuwał mi pudełko chusteczek. Kiedy skończyłam, Robert zamknął oczy i milczał. Siedzieliśmy tak w ciszy przez dłuższą chwilę. Już zaczynałam sądzić, że przysnął, kiedy nagle zaczął mówić.
- Jak myślisz, czy twój ukochany trafił do piekła, czy do nieba?
- Nie wiem - wymamrotałam zdumiona. 
Oscuro pokręcił głową.
- Tu nie chodzi o to, że nie wiesz. Ty nie wierzysz. I nie mówię tu o twojej religijności. Ty nie wierzysz w szczęście. Gdy byliście razem nieustannie myślałaś o swoim związku, analizowałaś go, myślałaś czy się uda. Nie potrafiłaś tak po prostu uwierzyć. A szczęście i wiara są nierozłączne. Żeby być szczęśliwą, musisz uwierzyć, że taka będziesz.
- Przepraszam, ale jaki to ma związek z niebem i piekłem? - przerwałam mu.
Ksiądz uśmiechnął się.
- Ogromny i żaden jednocześnie.
Zaczynałam powoli odnosić wrażenie, że Robert po prostu ze mnie kpi.
- Nie wiem w sumie po co tu przychodziłam. Co ksiądz może wiedzieć o stracie ukochanego... - warknęłam.
Zaraz jednak pożałowałam tych słow. Twarz Oscuro zbladła, a jego oczy zaczęły niezdrowo błyszczeć. Zgiął się, jak człowiek, który otrzymał silny cios w brzuch. Nozdrza gwałtownie mu się rozszerzyły, a dłoń zacisnęła się na lasce.
- Przepraszam - wyszeptałam.
- Nic się nie stało - odparł, oddychając ciężko.
- Ty też masz smutną historię. Czy... czy ty też kogoś straciłeś?
- Tak, utraciłem ją. Ale nie mówmy już o tym. Nie dzisiaj, proszę - znów uderzyłam mnie siła, którą miało słowo "proszę" w jego wypowiedzi.
Pokiwałam żałośnie głową.
- Proszę, doradź mi co teraz powinnam zrobić.
Mężczyzna uśmiechnął się. Byłam pod wrażeniem, jak szybko potrafił zmieniać wyraz twarzy.
- Powinnaś iść do domu i się położyć, bo jest już dziesiąta. Jutro rano możesz znowu przyjść, wspólnie pójdziemy na grób Julio. Lub wypijemy herbatę, jak wolisz. Możesz też przyjść na poranną mszę, która jest jutro o dziewiątej. Chyba, że nie chcesz przychodzić.
- Masz rację, przepraszam, zasiedziałam się. Na mnie już pora - powiedziałam. - Przyjdę jutro, jeśli to nie będzie kłopot.
- Ależ skąd. Ta rozmowa była bardzo interesująca. Niech Bóg ma cię w opiece - dodał mężczyzna odprowadzając mnie do drzwi.
- Dziękuję - powiedziałam tylko i wyszłam.

Ulice miast pogrążone były w ciemnościach. Ale ja nie bałam się. Wciąż czułam ciężar bólu, który niemalżmnie przygniatał. Rozmowa z Robertem przyniosła mi częściowe ukojenie, choć ekscentryczny ksiądz wciąż pozostawał dla mnie zagadką. Julio na pewno by go polubił. On wprost uwielbiał takich otwartych ludzi. Uwielbiał. Tak. Zdecydowanie, dziwnie mówić o nim w czasie przeszłym... 
Wciąż nie docierało do mnie, że odszedł.
_______________________________________
Pozostajemy w żałobie po śmierci naszego złodziejaszka. Tak przykro.
Nowa postać - ksiądz Robert w akcji. XD
Dziękujemy serdecznie za przeczytanie. 
Czekamy na groźby. ;D


R.I.P Julio Lardón.




















Besitos para todos. ♥
J & B