niedziela, 18 sierpnia 2013

Rozdział 62

Rozdział 62.

Tą starszą panią była oczywiście Brunhilda. Weszłam władczym krokiem i obrzuciła mnie pełnym jadu spojrzeniem.
- Germanku! Mówiłam ci, żebyś się jej pozbył! - mówiła jakby nie zauważyła, że stoję obok. Zaraz jednak sobie o mnie przypomniała. - Utyłaś! Ja, sześćdziesiąt lat temu byłam szczupłą, pełną gracji baletnicą, a nie hipopotamicą!
"Chyba jednak wolałam, jak mnie nie dostrzegała." - pomyślałam.
- Miło mi panią znowu widzieć - odrzekłam, skupiając całą siłę woli, aby nie dodać nic złośliwego.
- Zanieś torbę do mojego pokoju! Ale tym razem jej nie upuść! Mam tam rzeczy. Ale w przeciwieństwie do Twoich, moje rzeczy to cenne rzeczy, więc masz uważać! - wycharczała i rzuciła torbę w moją stronę. Na szczęście udało mi się złapać.
Nagle dostrzegłam kontem oka jak Violetta przytula Leona. Oni jeszcze nie wiedzą...
- No idź zanieś! I czemu masz czepek na głowie? German nie wytrzymał i w końcu ci przyłożył? Chyba trochę za słabo, lecz dobre i to... - ostatnie zdanie wysyczała w moją stronę tak jadowicie, że powinnam umrzeć na miejscu. 
Nic takiego się jednak wydarzyło, więc staruszka pogłaskała German po głowie i wkroczyła do salonu. Pan domu wziął ode mnie walizkę i zaniósł ją do pokoju gościnnego, a ja stałam się świadkiem kolejnego ataku tego diabła w tweedowej sukience.
- Co tu się wyprawia? Proszę się odsunąć od mojej Valentinki! Po przebywała trochę z tą łajdaczką i już ją naśladuje! Ha! - krzyknęła, a Leon i Viola odskoczyli od siebie jak oparzeni.
- Dzień dobry, proszę pani. My... To jest przyjęcie z okazji pani przyjazdu! - wykrztusił Federico zachowując trzeźwu umysł.
- Naprawdę? Dziękuję drogie dzieci! Ale wiesz, że wyglądasz jak fretka?!
- Tak mnie wyposażyła natura. Mówi się trudno i świętuje dalej! - zastanawiałam się czy jemu jest coś w stanie zepsuć humor.
- O! Naćpana konica i szczurzyca też przyszły! I ściągnęłaś murzyna! I krasnoluda! I...- jej spojrzenie powinno sparaliżować Leona i Tomasa. - ...Dwóch niedorobionych baranów!
Kolejno wymieniane osoby, z wyjątkiem Leona, wychodziły z sali żegnając się z Violettą i patrząc z nienawiścią na tę podłą istotę. Pewnie nasłuchali się historii o Brunhildzie od obrażonych ostatnio. Niestety tyrada trwała dalej.
 - O, a ty wyglądasz jak Darth Vajder! Czy jak mu tam było. Tylko bez maski! - Braco powiedział coś po rosyjsku i wyszedł a za nim wszyscy pozostali goście, nie czekając na swoją kolej. - No i gdzie oni idą? Nie zrozumiem tej młodzieży! Przecież to moje przyjęcie!
Westchnęłam, bo świadoma, iż skończyły jej się ofiary, wróci do ataku na mnie.
- Ej ty! Zrób coś z tym turbanem i włącz coś normalnego, a nie te okropne dudnienie! No rusz się i włącz Vivaldiego! - miałam rację.
Powlokłam się w stronę wieży i wybrałam jedną z płyt Germana. Salon wypełnił się dźwiękami muzyki klasycznej, a monster robił wykład Violetcie na temat zachowania w towarzystwie i uważania na "niektóre kobiety". Mówiąc to oczywiście spojrzała znacząco na mnie. Westchnęłam i mówiąc ciche "przepraszam", poszłam na górę. Tam, zdesperowana zaczęłam układać alfabetycznie książki na regale. Miałam nadzieję, iż w ten sposób zapomnę o naszym gościu. Poddałam się przy "W". Usiadłam na łóżku i zaczęłam tępo wpatrywać się w sufit. Uratowała mnie kolacja.

Przy stole panowała niemal namacalna cisza. German starał się nie urazić starszej pani, a Viola była wściekła za zniszczenie zabawy. Na szczęście pan domu przyrządził posiłek. Gdybym ja to zrobiła, to monster by chyba wybuchł od nadmiaru szyderstw. 

- Dlaczego, kotku, Ty zrobiłeś kolację, a nie ta twoja... - Brunhilda obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem. - ... szympansica?
- Czy ta jędza kiedykolwiek da mi spokój?! - pomyślałam. Wszyscy spojrzeli na mnie zdumieni. Violetta zaczęła się śmiać, krztusząc się. Czy ja to powiedziałam na głos? 
- Nie, "ta jędza" nie da ci spokoju. Taka sucha karpia jak ty, powinna o tym pamiętać - wysyczała w moją stronę potwora. 
Następnie wbiła widelec w kawałek pomidora z takim wyrazem twarzy jakby wbijała go we mnie. Szybko zakończyłam posiłek i pobiegłam do swojej sypialni. 

"Obraziłam Brunhildę, obraziłam ją..." - Ta myśl powracała jak natrętna mucha. 
- "No hay mejores, ni peores. Solo amor, amor, amor y mil canciones. Oh..." - zaczęłam podśpiewywać, pierwszy raz w życiu wątpiąc w sens swoich słów. 
- Dlaczego ona mnie tak traktuje? Coś ze mną nie tak? - zapytałam swoją poduszkę. 

- Wszystko z tobą w porządku, Angie. Ona wszystkich obraża. - Violetta niepostrzeżenie wsunęła się do pokoju.
Wytarłam ukradkiem łzę, która zaczęła spływać po moim policzku. Dziewczyna ją jednak zauważyła. 
- Szkoda łez! Znasz ją. Za to mogę ci powiedzieć coś, co cię rozbawi! Wiesz, że Ludmiła znaczy "miła ludziom"?
Zachichotałam. Zaraz jednak powróciło przygnębienie. 
- I pamiętaj, iż będzie musiała cię zaakceptować, gdy wyjdziesz za tatę! - Zawołała wychodząc. Dlaczego tak naciska na nasz ślub... A może ona chce mieć rodzeństwo? Chciałabym zostać kiedyś matką, ale... Co na to German? Pewnie się zgodzi... Nie wiadomo kiedy zasnęłam, cały czas siedząc na podłodze koło łóżka i ściskając poduszkę.

                                                                                                                    
Udało się, ale nie obiecuję, że rozdziały będą regularnie. Wiem, że słabe riposty, ale pomysły mi wyparowały. Wszystko przez zacieszanie się z tego, co się dzieje w serialu.
No hay saludos idea. ♥
J & B

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Rozdział 59

Rozdział 59.

Kolejny dzień był przepiękny. Obudziłam się jako pierwsza, więc poszłam przygotować śniadanie. Brakowało mi posiłków Olgi. Przypaliłam tosty i rozlałam sok, ale wyszło mi nawet nieźle. Podałam do stołu, przy którym siedziały już dwa śpiochy.
- Cześć, Angie. To co, mogę tato? - Violetta wydawała się być czymś podekscytowana.
- No dobrze, dobrze. Ale stosujecie się do zasad i nie więcej jak 12 osób z tobą włącznie - German miał minę jakby pozwalał córce wyjść za Leona. 
- O co chodzi? Ja tu ciężko pracuję, a wy knujecie - zawołałam rozbawiona.
- Tata pozwolił mi zorganizować przyjęcie! - zakrzyknęła uradowana siostrzenica, próbując ugryźć skamieniałego tosta.
- Wytrzymasz - mruknęłam do narzeczonego i zaczęłam się cieszyć z dziewczyną.
Nagle spojrzałam na zegarek. 
- Studio! Spóźnimy się! - wrzasnęłam i wybiegłam z Violettą z domu.

Na miejscu poszłam od razu na zajęcia. Czas mijał szybko i nim się zorientowałam była już trzecia. Siostrzenica poszła już do domu. Uśmiechnęłam się, świadoma perspektywy spaceru. Postanowiłam pójść dłuższą drogą. Promienie słońca łagodnie głaskały mnie po rękach, a wiatr rozwiewał mi włosy. Minęłam park i zaczęłam kroczyć aleją, udekorowaną rzędami klonów. Nagle dostrzegłam mężczyznę. Majstrował przy zamku jednego z zaparkowanych samochodów. Po chwili otworzył auto pomagając sobie wytrychem. 
- Halo, co pan robi?! - krzyknęłam idąc w jego stronę.
Nieznajomy jak na komendę obrócił się w moją stronę. W dłoni trzymał wytrych, a ja byłam bezbronna. 
"Doskonałe posunięcie, Angeles! Marzyłaś przecież o walce z wielkim, zarośniętym facetem" - pomyślałam. 
On był co raz bliżej. Zamachnęłam się i wystrzeliłam pięść w jego stronę. Nigdy się nie biłam, ale chrupnięcie, które dobiegło z jego nosa, nie wróżyło mi najlepiej. Potem nastała ciemność. 

- Proszę pani! Proszę... O, budzi się pani - usłyszałam.
Nade mną stali policjanci, lekarz i cały tłum gapiów.
- Co się stało? - wymruczałam.
- Ktoś ukradł samochód. Wcześniej jednak panią zaatakował. Jakaś staruszka to widziała i zadzwoniła po nas - policjant wydawał się znudzony całą sytuacją. 
Dotknęłam głowy. Była zabandażowana. 
- Nic pani nie jest. Widać nie chciał pani zabić, a jedynie ogłuszyć. Zaraz czy ja pani gdzieś nie spotkałem? - zapytał. 
Rozpoznałam go - to on aresztował mnie i Germana na placu zabaw. 
- Tak... Widziałam mężczyznę... - zaczęłam.
- Ej, Blas! To ona! - zawołał funkcjonariusz, ignorując mnie. - No, proszę opowiadać. 
- Widziałam mężczyznę. Podszedł do niebieskiego auta... 
- Klasyczny kobiecy świadek. "Niebieski samochód" - zaśmiał się złośliwie.
- Dokładnie było to błękitne Porsche Cayenne, mężczyzna był brunetem. Miał brodę i włosy do ramion. Ubrany był w dżinsy i zielony t-shirt. Miał około 190 cm i był potężnie zbudowany. Podszedł do auta, ale mu przeszkodziłam. Zbliżył się więc do mnie, a ja przyłożyłam mu w nos. Więcej nie pamiętam! - wyrzuciłam z siebie wściekła. 
Policjant popatrzył na mnie i poinformował mnie, że jestem wolna, ale mogą zadzwonić. I mam się zgłosić na kontrolę w sprawie głowy. Odburknęłam coś w odpowiedzi i ruszyłam w stronę domu.

Weszłam do środka. German siedział w salonie. Na mój widok wstał i podbiegł do mnie.
- Co się stało, Angie? 
- Dostałam wytrychem - odpowiedziałam i opowiedziałam mu całe zajście.
- Ale jesteś cała? Pojedziemy teraz do lekarza i bez sprzeciwu! - Zawołał i mnie mocno przytulił. Następnie pobiegł po kluczyki i wsiedliśmy do samochodu. Droga do przychodni trwała niecały kwadrans. Na miejscu na szczęście nie było kolejki, więc mogliśmy od razu wejść do gabinetu. Doktor był pięćdziesięcioletnim mężczyzną, o siwych włosach. Obejrzał mnie i potwierdził, iż jestem tylko lekko poobijana. Rana na głowie miała się zagoić w ciągu dwóch tygodni, ponieważ była dość rozległa, ale to nic poważnego. Potem zrobił jeszcze kilka badań i zawahał się. 
- Mam dla pani wiadomość. Będzie pani miała...
                                                                    
Wiem, kompletnie bez ładu i składu, ale to Julka pilnowała żebym nie pisała bzdur. Postaram się pisać, ale obawiam się, że z marnym efektem. Jak macie jakieś życzenia/pomysły dotyczące opowiadania, to napiszcie w komentarzu. Może mi się uda je spełnić. 
Ciento dos sonrisas. ♥
J & B

PS. Postaram się jutrzejszy rozdział napisać komiczny. Z góry ostrzegam :D

czwartek, 8 sierpnia 2013

Rozdział 58

Rozdział 58.

Obudziłam się. Poczułam, jak ktoś całuje mnie delikatnie w kącik ust. Otworzyłam oczy, lecz po chwili ponownie je zamknęłam. To German... Jeszcze raz musnął moje wargi. Zrobił to tak ostrożnie, jakbym była z porcelany. Leciutko oddałam pocałunek i spojrzałam na niego. Patrzył na mnie z czułością swoimi czekoladowymi oczami. Nagle zdałam sobie sprawę, że jestem w pokoju Marii... A w dłoni wciąż trzymam jej zdjęcie z Violettą i Germanem... Przypomniałam sobie o wizycie u psychologa, o liście do siostry... Wspomnienia uderzały we mnie niczym fale tsunami. Poczułam jak po policzku spływa mi łza. Szybko ją otarłam i uniosłam się z sofy.
- Angie, co się dzieje? - spytał szeptem mój narzeczony.
- Nic, nic. Nie martw się mną, German - odparłam i wybiegłam z pomieszczenia. Zdjęcie upadło mi na podłogę, ale nie miałam już siły, aby je podnieść.
Pobiegłam do swojego pokoju. Usiadłam na łóżku i bezmyślnie wpatrywałam się w ścianę... Po chwili zaczęłam zbierać myśli. Wzięłam się w garść i sięgnęłam po telefon. Drżącymi rękami wybrałam numer mamy. Z każdym sygnałem myślałam tylko o tym, żeby się rozłączyć. Nie odebrała. Poczta głosowa. Postanowiłam, że zostawię jej wiadomość. 
- M-mamo - wyszeptałam drżącym głosem. Nie miałam pojęcia od czego zacząć. - Mamo, posłuchaj mnie. Ostatnio tyle się dzieje. Wiem, że zabroniłaś mi być z Germanem, ale ja... Ja Cię nie posłuchałam. Dręczą mnie wyrzuty sumienia, ale... Nie mam wątpliwości, że go kocham. Ty nas odtrąciłaś nas mamo, ale ja... Nie potrafię się tego wyzbyć. Nie potrafię wyzbyć się miłości do niego. Jeżeli z nim nie będę, do końca życia będę tego żałowała. I nie będę potrafiła być szczęśliwa - szlochałam, łzy płynęły, ale ciągnęłam. - Nie chcę robić niczego naprzeciw Tobie, ale jeżeli będę żyła wbrew sobie będzie... Jeszcze gorzej... Kocham Cię, mamo.
Nie zdołałam nic więcej wykrztusić. Rozłączyłam się. Opadłam na poduszki i zaniosłam się cichym płaczem. Nie chciałam, aby ktokolwiek usłyszał mój ból. Miałam twarz całą we łzach. Nie wiem, jak długo tak leżałam, ale przerwał mi dźwięk nadchodzącego SMS-a od mamy.
 
Córeczko, rób to, co możesz, aby być szczęśliwa. 
Może chociaż Tobie się uda. 
Niezależnie od wszystkiego, pamiętaj, 
że kocham Cię najbardziej na świecie.

Mój podbródek znów zadrżał, jednak powstrzymałam się od wybuchnięcia płaczem. Wzięłam głęboki oddech. A potem jeszcze jeden. Obiecałam sobie w duchu, że zaproszę mamę do domu, gdy nadarzy się okazja. Kontakt przez telefon nie może zastąpić nam prawdziwego spotkania. Westchnęłam i podźwignęłam się z łóżka. Skierowałam się do pokoju Germana. Z nim też musiałam porozmawiać. Ocierałam dość nieudolnie łzy z twarzy. Po drodze układałam sobie w głowie, co mu powiem. Jednak w chwili, gdy zapukałam do jego drzwi wszystko wyparowało mi z pamięci. 
Usłyszałam ciche "proszę", uchyliłam drzwi i weszłam do środka. Pan domu robił coś przy biurku. Podniósł się jednak w chwili, gdy mnie zobaczył. Usiadłam na krawędzi łóżka i poprosiłam go, aby zajął miejsce obok mnie. Powzięłam głęboki oddech i zaczęłam mówić.
- German... Nie wiem od czego zacząć. Bardzo Cię kocham. Niczego tak nie pragnę, jak być z Tobą. Po prostu czuję, że wzajemnie możemy dać sobie szczęście, ale ja... - chwyciłam go delikatnie za dłoń. - Tak bardzo się boję. Boję się, że nigdy nie pozbędę się wyrzutów sumienia. Czasami wieczorem przychodzi mi do głowy myśl... Co powiedziałaby Marí
a? Rozmawiałam z mamą i ona... Poprosiła mnie, żebym robiła to, co mnie uszczęśliwi. Chcę być z Tobą, ale boję się. Po prostu się boję. Mogę wydawać Ci się silna, twarda, ale w środku jestem wrażliwa i słaba. Tyle wydarzyło się w moim życiu. Maíra powinna ciągle żyć. Nigdy nie powinna umrzeć. Nie zasłużyła na to. Ale tak się stało. A ja. Zakochałam się. Zakochałam się w Tobie. Chociaż nigdy nie powinnam na to pozwolić. Ale tak jest. Tak po prostu jest. Nie umiem tego wytłumaczyć. Po prostu się boję - zakończyłam swoją przemowę. Tak naprawdę po prostu wyrzuciłam z siebie, to co czuję. Patrzyłam Germanowi w oczy i czekałam aż coś powie. Ja nie byłam w stanie wydusić ani słowa więcej.
- Angie, niczego nie musisz się bać - wyszeptał. - Jestem przy Tobie. Od śmierci Maríi nigdy tak nikogo nie pokochałem. Nie będę w stanie pokochać nikogo innego. Ona... Była dobrym człowiekiem, chciałaby szczęścia swojej ukochanej siostry. Bardzo Cię kochała. Często o Tobie mówiła. Żyjemy dla siebie, Angie. Jesteśmy sobie przeznaczeni.
Gdy zamilkł poczułam... Ulgę? Szczęście? Sama nie wiem. To było dziwne uczucie. Czułam, że mam przy sobie kogoś, kto jest w stanie pokochać mnie taką, jaka jestem. Kogoś, kogo i ja mogę pokochać. Kogoś z kim pragnę spędzić resztę życia. Przytuliłam się do niego. Objął mnie delikatnie i pogłaskał po plecach.
Nagle otworzyły się drzwi. Dobiegł nas głos Violi.
- Tato, nie widziałeś, gdzieś Angie? Oo, tu jest. No nic. Nie przeszkadzam. Wybaczcie - zachichotała i już chciała wyjść z pokoju.
Wyswobodziłam się z uścisku narzeczonego i podbiegłam do niej. Uścisnęłam ją i cmoknęłam w czoło. Przytuliła się do mnie. 
- Bardzo Cię kocham, Violu - wyszeptałam.
- Ja Ciebie też kocham, Angie - odparła dziewczyna, nieco zdziwiona moim dość niecodziennym zachowaniem.
Wtedy podszedł do nas German. Chwycił nas obie w ramiona. Staliśmy tak we wspólnym uścisku, a ja przymknęłam oczy i uśmiechnęłam się do siebie. Po policzku spłynęła mi łza. Nie była to jednak łza smutku, zaś szczęścia. Byłam szczęśliwa, że mam wreszcie szczęśliwą rodzinę, która otacza mnie prawdziwą, szczerą miłością... Mam to, czego tak naprawdę potrzebowałam...
_______________________________________________
Może być?
Chciałyście rozdział, to macie. :)
Wiem, że krótki, w dodatku bez ładu i składu, ale jest. ;)
To raczej ostatni rozdział przed moim wyjazdem. 
Może B. doda wam coś, jak wróci. :D
Enviar besitos. ♥
Julia. ♥

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Rozdział 57

Rozdział 57.

Obudziłam się w objęciach Germana. Delikatnie wyswobodziłam się z jego uścisku, wstałam i nie budząc go, poszłam się przebrać w ubranie codzienne. Niebo przepowiadało piękną, słoneczną niedzielę. Zeszłam na dół. Była tam tylko Violetta, która w kuchni robiła sobie śniadanie. Olga i Ramallo wyjechali w podróż poślubną, więc w domu została tylko nasza trójka.
- Dzień dobry! - zawołałam radośnie.
- Cześć, Angie - odpowiedziała i ponownie skupiła się na kanapce.
Smarowała ją tak zawzięcie masłem, że przy okazji obsmarowała pół blatu.
- Coś się stało? - zapytałam.
- Robię kanapki na piknik! Będą na nim wszyscy! Mogę iść?
- Nie mogę o tym zadecydować... Powinnaś spytać tatę... Albo idź, ja za to odpowiem - zdecydowałam w końcu i wziąwszy jabłko, wyszłam z kuchni.
Nagle coś mi się przypomniało. Poszłam na górę i wzięłam wizytówkę, którą dał mi Pablo. Po chwili wahania wybrałam numer.
- Poradnia psychologiczna, Conrado Fidel. Słucham? - odezwał się w słuchawce miły, męski głos.
- Ekhm... Nazywam się Angie Saramego i chciałabym się umówić na wizytę. Kiedy byłoby to możliwe? - zapytałam, starając się brzmieć rzeczowo, chociaż myślę, iż wyszło raczej histerycznie.
- Odpowiada pani wizyta za godzinę?
- Tak, dziękuję - odpowiedziałam drżącym głosem i się rozłączyłam.
Wizyta u psychologa napawała mnie dziwnym lękiem. Wyobraziłam sobie brodatego faceta z notesem, który ma poznać wszystkie moje sekrety... Przerażające. Zaczęłam się powoli uspokajać i ponownie zeszłam na dół. Tym razem spotkałam tam Germana.
- Dzień dobry, Angie - przywitał mnie promiennym uśmiechem.
- Cześć, German - odwzajemniłam uśmiech i cmoknęłam go w policzek.
- Skarbie, widziałaś może Violettę? - wiedziałam, że zada to pytanie.
- No ja... Pozwoliłam jej iść na piknik z przyjaciółmi ze studia. Prosiła mnie o to. Widać, że jej zależało...


- Angie, spokojnie. Przecież sama mówiłaś, że muszę pozwolić jej dorosnąć. A wzięła sobie coś do jedzenia?
- Tak, sama zrobiła sobie kanapki. Wiesz... Ostatnio Cię nie poznaję.
- To dlatego, że w moim życiu pojawiła się cudowna, piękna kobieta, która mnie odmieniła - szepnął, a ja poczułam jak się rumienię. - Czasami sam siebie nie poznaję. Rano budzę się z uśmiechem na twarzy. Cieszę się, doceniam to, że żyję. Czuję, że mam dla kogo żyć. Że jest na świecie ktoś, kto daje mi szczęście.
Z każdym jego komplementem na mojej twarzy przybywało rumieńców, a kąciki ust unosiły się tworząc coraz szerszy uśmiech. Nic nie odpowiedziałam tylko przytuliłam się do narzeczonego. Mężczyzna objął mnie delikatnie i pogłaskał po ramieniu.
- Angie - zadrżałam słysząc w uchu jego szept. - Myślisz, że moglibyśmy już zacząć myśleć o naszym ślubie?
- Ja... - zaczęłam nieśmiało. Wyswobodziłam się z jego uścisku i popatrzyłam mu głęboko w oczy.
- Nie chcesz? To za szybko? Jasne, przepraszam, że spytałem - westchnął i już chciał odejść, gdy chwyciłam go za dłonie i zatrzymałam.
- Bardzo chcę - uśmiechnęłam się, tonąc w jego czekoladowych oczach. - Myślę, że możemy o tym pomyśleć. Kocham Cię. I to z Tobą chcę spędzić resztę życia - wyszeptałam nie przestając na niego patrzeć.
Nagle przez moją głowę przeszła dziwna myśl. Tak, ja też się przy nim zmieniłam. Wcześniej nigdy nie pomyślałabym, że zdobędę się na to, aby wyznać komuś coś takiego...
- Ja też Cię kocham, Angie. Jesteś całym moim światem.
German zaczął się do mnie przybliżać. Poczułam jak obejmuje mnie w talii. Przymknął oczy.
Oparłam dłonie na jego ramionach i również opuściłam powieki. Rytm mojego serca zaczął gwałtownie przyspieszać. Już czułam usta Germana na swoich... A może tylko mi się zdawało...
Ktoś wszedł do kuchni. Odskoczyłam od narzeczonego jak oparzona i skrzyżowałam ręce na piersi, udając wielce poważną i opanowaną. W drzwiach pomieszczenia stały wpatrzone w nas Violetta, a wraz z nią Francesca.
- Dzień do... - zaczęła cicho przyjaciółka mojej siostrzenicy, jednak Viola jej przerwała.
- No proszę, proszę. Co ja widzę.
- Dzień dobry, Francesco. Co u Ciebie? - spytałam z lekko wymuszonym uśmiechem. - Co takiego widzisz, Violu? - próbowałam udawać głupią, zastanawiając się gorączkowo, ile z naszej rozmowy zdołała usłyszeć.
- Wszystko w porządku, dzięku... - słowa Francesci znów zostały zagłuszone.
- Widzę, że niedługo czeka nas kolejne wesele - zachichotała. No pięknie, czyli słyszała pewnie całą rozmowę.
- Ładnie to tak podsłuchiwać? - próbowałam zmienić temat. Dziewczyna zignorowała jednak moją reprymendę i ciągnęła:
- To ja wychodzę na pięć minut, wracam, bo zapomniałam picia, a tu się dzieją takie rzeczy - mówiła to udając groźny ton, zupełnie jakby była swoim ojcem sprzed kilku miesięcy. Dawnym obliczem mężczyzny, który stał obok mnie, równie zmieszany sytuacją. Dopiero teraz zauważyłam, że wciąż trzyma mnie za dłoń. - To kiedy mogę spodziewać się ślubu? Muszę wcześniej kupić sukienkę! - oświadczyła śmiejąc się.
- Violu, my na razie niczego nie planujemy. Gdy będziemy coś wiedzieli, to obiecuję, że dowiesz się pierwsza - stwierdziłam i puszczając dłoń Germana i zostawiając pozostałych w osłupieniu podeszłam do lodówki.
Wyjęłam stamtąd butelkę soku pomarańczowego, którą następnie podałam siostrzenicy.
- Zdaje się, że po to wróciłaś. Teraz możecie już iść - uśmiechnęłam się i pomachałam im w geście pożegnania.
One jednak wciąż tam stały w osłupieniu. W końcu Viola zmarszczyła czoło i wypaliła:
- No nie wiem, czy mogę zostawić was tu samych - po tych słowach wybuchnęła śmiechem, pociągnęła przyjaciółkę za ramię i razem opuściły dom, nim Francesca zdążyła cokolwiek powiedzieć. Rzuciła tylko nieśmiałe "do widzenia" odwracając się na momencik.
Gdy dziewczyny opuściły pomieszczenie spojrzałam na Germana. Wiedziałam, że teraz nikt i nic nam nie przerwie. Olga i Ramallo są w podróży poślubnej, a Violetta na pikniku z przyjaciółmi.
- To na czym skończyliśmy? - szepnął German.
Przysunął się do mnie i złożył na moich ustach namiętny pocałunek.
"Saber y decidir que hoy es posible hoy es posible''.
Zatraciłam się w tym pocałunku. Nie wiedziałam czy trwał sekundę, godzinę czy kilka słonecznych dni. Czas stracił znaczenie.
Gdy w końcu się od siebie odsunęliśmy przypomniałam sobie o wizycie u psychologa. Spojrzałam na zegarek. Umówiona byłam za 15 minut.
- German, muszę iść...
- Ale dokąd? - spytał lekko zdumiony.
- Em... - zawahałam się. Nie wiem, czy chciałam, żeby wiedział, dokąd zamierzam się udać. - Do... lekarza...
- Coś Ci się stało? - spytał.
- Nie... To po prostu rutynowe badania - skłamałam, po czym cmoknęłam go w policzek i wyszłam z domu zostawiając go w osłupieniu.
Gdy byłam już na zewnątrz przyspieszyłam kroku. Za 10 minut miałam umówioną wizytę. U psychologa... Nie mogłam pogodzić się z tą myślą.
Kilka minut później przekroczyłam próg gabinetu, w którym umówiona byłam na wizytę. Nieśmiało weszłam do środka. Moim oczom ukazał się widok, którego się nie spodziewałam. W skórzanym fotelu siedział najprawdziwszy rockman. Miał długie, czarne włosy, które związał w koński ogon i skórzaną kurtkę. Do tego tatuaż na ręce przedstawiający płonącą gitarę. Całości dopełniała czarna koszulka z logo "AC DC". Zrozumiałam dlaczego Pablo był nim tak zachwycony.
- Dzień dobry...- wykrztusiłam.
- Hej, jestem Conrado Fidel. Ty jesteś Angie, tak? - przedstawił się. Muszę przyznać, że był całkiem przystojny.
- Tak... Przyszłam z powodu... em... koszmarów. Dręczą mnie koszmary... - wydusiłam w końcu przyglądając się dyskretnie kolczykowi lekarza. Był w kształcie... kła.
- Chcesz proszki czy naprawdę się odkoszmarzyć? - zapytał. Chyba poznał po mojej minie, że nie załapałam o co mu chodzi. - Niektórzy przychodzą tylko dla tabletek. Ale one nie usuwają przyczyny koszmarów, tylko efekt. Przyczyną może być stres, duże zmiany... i tak dalej.
- Chcę się pozbyć przyczyny i skutku - powiedziałam szybko, starając się brzmieć pewnie.
Opowiedziałam mu wszystko, o mojej siostrze, o matce, o siostrzenicy i szwagrze, a także o przyjacielu. On pokiwał głową i zamyślił się. Wreszcie popatrzał na mnie swoimi błękitnymi oczami i pokiwał głową.
- Musisz szczerze porozmawiać ze wszystkimi. Zaproś matkę do domu... Koniecznie przed ślubem. Do siostry... Pisz listy. Oczywiście ich nie wysyłaj. Wkładaj je do pudełka. Zobaczysz problem sam zniknie. A co do snów... Przeżywasz podświadomy konflikt wewnętrzny. Chcesz być z ukochanym, ale podświadome poczucie winy powoduje koszmary. Nie jestem przekonany czy w wyborze kierujesz się mniejszym złem, czy większym szczęściem, ale nie potrzebujesz tabletek. Kontakt, rozmowa, zrozumienie, szczęście. Musisz porozmawiać z każdym, z kim poczujesz potrzebę... Ale się rozgadałem. Pytania? - tak zakończył swoją przemowę.
- Nie - odparłam beznamiętnie.
- W takim razie dziękuję za wizytę - posłał mi szarmancki uśmiech.
- Dziękuję. Do widzenia - wstałam z krzesła i wyszłam.
Skierowałam się do domu cały czas zastanawiając się nad słowami psychologa. Gdy doszłam na miejsce, powędrowałam do swojego pokoju, gdzie wyciągnęłam kartkę, długopis i zaczęłam pisać...


Kochana siostrzyczko, 
Może to co napiszę to banał, ale bardzo mi ciebie brakuje. Twojego śmiechu, twojego pocieszenia, twojego śpiewu... Z tobą świat był inny, wszystko było oczywiste. Miałaś kochającą rodzinę: męża, córkę, matkę, tatę i mnie. Tobie przeznaczony był German, ja miałam być z Pablem i wszystko byłoby proste. Ale tak się nie stało. Odeszłaś, a ja zaczęłam żywić pewne uczucie do swojego szwagra. Zakochałam się. On, dwanaście lat po twoim wypadku, też zakochał się w innej kobiecie. We mnie. Wszyscy mówią, iż chciałabyś naszego szczęścia. Wierzę im, bo boję się co byś powiedziała o naszym związku. Może zaakceptowała byś go, a może jak matka, odtrąciłabyś nas. 

Łza skapnęła mi na papier. To ma mi pomóc? Zadręczanie się? Postanowiłam jednak pisać dalej. 

Czy ty to rozumiesz?! Pewnie tak, ty zawsze wszystko rozumiałaś. Siostro, czy już zawsze tak będzie? Czy Pablo zawsze będzie mnie kochał, a ja będę z Germanem, walcząc z wyrzutami sumienia? Po co ja to właściwie piszę? Nie odpowiesz na żadne pytanie. Już nie. Ból się tylko wzmógł. Pisanie listu jest do niczego. Ale...cieszę się z kontaktu z tobą. nawet tego wyimaginowanego. Proszę doradź mi. Kocham Germana, ale czy ta miłość jest warta cierpienia mamy, Pabla i moich ciągłych wyrzutów sumienia?

Kocham cię, moja jedyna, najdroższa siostro,
                                                                        Angie. 

Złapałam list i poczułam przemożną chęć, by go podrzeć. Zamiast tego włożyłam go do koperty i razem z nim wyszłam z sypialni. Łzy płynęły nieustającym strumieniem. Niepewnym krokiem weszłam do pokoju z pamiątkami po Marii. Wspomnienia uderzyły we mnie jak wody oceanu biją w klify. Zachwiałam się i upadłam na sofę. Odrzuciłam list w kąt i chwyciłam kurczowo fotografie przedstawiającą Marię, Violę i Germana. Byli tacy szczęśliwi. Zasnęłam, przyciskając zdjęcie do twarzy.   
________________________________________
Podobało się? :)
Oby chociaż troszkę. 
Enviar muchos besitos. ♥
J & B

PS. Kolejny rozdział nie pojawi się jutro, lecz w dość dalekiej przyszłości. Więcej informacji w notce, którą wkleję za chwilę. Oddana wam - Julia. ♥

niedziela, 4 sierpnia 2013

Rozdział 56

Rozdział 56.

Stałam przy ołtarzu. German nieśmiało na mnie zerkał. Ramallo nerwowo poprawiał muszkę. Rozległ się "Marsz Mendelssohna". Olga ruszyła w stronę kapłana. Wyglądała niesamowicie młodo w białej sukni z falbankami i koronkami. Tren ciągnął się za nią. W końcu doszła do celu. Rozpoczęła się ceremonia. Słońce prześwitywało przez witraże i gubiło się pośród kolumn gmachu.

- Jeżeli jest ktoś przeciwny zawarciu przez nich małżeństwa, niech przemówi teraz lub milczy na wieki - kapłan wyrecytował te słynne słowa wyjątkowo beznamiętnie.
- Ja! Nie zgadzam się! - rozległ się męski głos z końca sali.
Setki oczu zwróciły się w tamtą stronę. Mężczyzna wyszedł na środek. Miał bujne rude włosy i wąsy.
- Kocham cię Lindo i nie pozwolę... Zaraz, pani nie jest Lindą! - zawołał.
- Nazywam się Olga i nie wiem co pan plecie! - wrzasnęła panna młoda.
- O, przepraszam. Nie ten ślub. A czy wiedzą państwo, o której Linda wychodzi za mąż...? Nie...? Trudno... - wymamrotał zdumiony i wyszedł.
- Ktoś jeszcze? - zapytał na wszelki wypadek kapłan i kontynuował ceremonię.
Dalej wszystko przebiegło bez przeszkód. Violetta podała obrączki. Po sakralnym "tak" Ramallo pocałował Olgę, co przyjęte zostało oklaskami. Po ceremonii udaliśmy się do sali, w której miało odbyć się przyjęcie.

Na miejscu pierwszy taniec należał do młodej pary. Wyglądali prześlicznie wirując na parkiecie w rytm walca. Suknia panny młodej doskonale się prezentowała, Ramallo również wyglądał świetnie. Niestety Olga po tańcu złapała mikrofon i zakomunikowała, że drugi taniec należy do świadków. German podszedł do mnie bez słowa i zaczęliśmy tańczyć w rytm ballady. Widziałam, iż na parkiet weszły też inne pary, ale cała moja uwaga skupiła się na mężczyźnie o czekoladowych oczach. Nasz taniec był spokojny, powolny i taki... romantyczny. Żadne z nas nie miało odwagi się odezwać. Nie wiedzieliśmy, co powiedzieć. Chociaż... w tej chwili słowa przestały się liczyć. German przyciągnął mnie do siebie, po czym delikatnie i czule pocałował. Oddałam pocałunek równie delikatnie. 

"Quiero mirarte Quiero sonarte Vivir contigo cada instante...". 
Zadrżałam pod wpływem jego dotyku. Obracaliśmy się w rytm wolnej muzyki, z przymkniętymi oczami, nie przerywając pocałunku. Czułam, jakbym leciała... 
- Kocham Cię - szepnęłam tylko, gdy skończyliśmy. Wtedy zobaczyłam, że wpatruje się w nas kilkadziesiąt par oczu. Co niektórzy klaskali, inni gwizdali, czy posyłali szczere uśmiechy.
- Ja też cię kocham, Angie - odpowiedział mi ukochany głaszcząc mnie po policzku.
Staliśmy tak, patrząc sobie w oczy, zapominając o Bożym świecie.
- Angie, toast! - znikąd pojawił się nad nami Maxi. Poczułam, że policzki spłonęły mi rumieńcem.
"Zaraz, skąd wzięli się tu uczniowie studia?!" - przeszło mi przez myśl.
Spytałam o to Germana, na co on wyjaśnił mi, że Olga poprosiła Violę o zaproszenie jej przyjaciółek, wraz z partnerami. Toteż oprócz mojej siostrzenicy i Leona na sali bawiły się też Francesca w towarzystwie Tomasa i Camila wraz z Maxim. 
Oprzytomniałam nagle i szturchnęłam Germana. Wszyscy goście wpatrywali się w niego oczekiwaniu toastu. Przyjaciel pana młodego szybko złapał kieliszek z szampanem i podając mi jeden wzniósł toast za młodą parę. Następnie wszyscy wrócili do zabawy. Nagle podbiegła do nas Violetta.
- Znowu się pogodziliście! Nareszcie. Angie, Ty w końcu jesteś w ciąży czy nie? - zapytała wprost. 
Zaskoczyła mnie jej bezpośredniość. Zakrztusiłam się z wrażenia szampanem.
- Nie! Ja nie... Bo... Nie, nie jestem - wykrztusiłam w końcu.
- Trudno, ale jak już będziesz, chcę się pierwsza dowiedzieć. No, druga - poprawiła się i posłała ojcu łobuzerski uśmiech, po czym pobiegła do Leona. 
Zaśmialiśmy się z jej słów i wróciliśmy do tańca. Wieczór trwał w najlepsze. Przetańczyłam z Germanem wiele godzin. W jego objęciach mogłabym spędzić chociażby całą wieczność... 
Kątem oka widziałam Camilę tańczącą z Maxim, Violettę z Leonem, młodą parę i Francescę z Tomasem. Wszyscy byli szczęśliwi, zakochani. 
- Angie, bardzo Cię przepraszam, za to, co powiedziałem... - szepnął mi mój narzeczony.
- German, już mi to mówiłeś. Dawno przestałam się na Ciebie gniewać.
- Wiesz, chyba będę musiał się przyzwyczaić do tego, że Violetta dorasta...
- A ja do tego, że nie jestem jej matką - westchnęłam. - I że w ogóle nie jestem matką...
- Wszystko przed nami, kochanie - szepnął mi do ucha i delikatnie mnie pocałował, po czym powróciliśmy do tańca. 

Przyjęcie zakończyło się o pierwszej w nocy. Zmęczona poszłam do swojego pokoju i zaczęłam zdejmować kolczyki. Nagle jeden z nich upadł na podłogę. Schyliłam się i dostrzegłam niewielką karteczkę. Gdzieś już ją widziałam... Sięgnęłam po nią i przeczytałam:


Przepraszam, Angie.
Wybacz mi to, co powiedziałem.
Przeze mnie zniszczyłaś sukienkę, 
więc odkupiłem Ci ją.
Kocham Cię i tęsknie za twoją bliskością.
                       German. 

A więc to German był tą wróżką, która wyczarowała suknię. Rzuciłam trzymaną w dłoniach biżuterię i pobiegłam do jego pokoju. Odkładał właśnie książkę na półkę.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję! - krzyknęłam, rzucając mu się na szyję. 
Zdumiony przytulił mnie.
- Dziękuję za sukienkę i za... wszystko. Nie wiedziałam, że jest od Ciebie. Nie zauważyłam karteczki i teraz ją znalazłam i... - zaczęłam, ale nie pozwolił mi dokończyć. Uciszył mnie delikatnym całusem w usta i wziął na ręce. Następnie położył mnie na łóżku i okrył kołdrą.
- Mogę wiedzieć co robisz? - zapytałam.
Nie otrzymałam jednak odpowiedzi. Mężczyzna przytulił mnie i położył się obok. 
- Cieszę się, że się pogodziliśmy. Kocham Cię. Jesteś całym moim światem. Dziękuję, że jesteś... - szepnął w końcu. 
Poczułam jak się rumienię i uściskałam go mocno.
- Zaraz, ja przecież wciąż jestem w sukience! - zawołałam.
- Trudno, nie wypuszczę Cię - zaśmiał się brunet. - Mówiłem Ci, że wyglądasz w niej cudownie?
Uśmiechnęłam się na jego słowa i nagle zaczęłam go łaskotać. Mężczyzna zwijał się niczym torturowany, ale odpłacił mi tym samym. Zaczęłam się szamotać, ale nie zaprzestałam ataku.Wreszcie poddałam się wymachując białą poszewką od poduszki. Zwycięzca przyciągnął mnie do siebie.
- Nie mogę się doczekać naszego ślubu - szepnął głosem księcia z bajki. W końcu był moim księciem. Zasnęłam wtulona w niego, w błękitnej, koronkowej sukience.  
_____________________________________
Jak wam się podobało?
Pogodziłyśmy Germangie. :)
Millón de besitos. ♥
J & B

sobota, 3 sierpnia 2013

Rozdział 55

Rozdział 55.

Obudziłam się smutna i przygnębiona. Nastał już następny dzień.

"No cóż na pewno nie może być gorszy niż wczorajszy..." - pomyślałam i zwlokłam się z łóżka.
Po zażyciu prysznica i doprowadzeniu się do jako takiego porządku zeszłam na dół. Domownicy jedli śniadanie. Dołączyłam do nich, jednak ignorowałam Germana. Violetta z przerażeniem patrzyła jak obrzucam jej ojca lodowatym spojrzeniem. Zjadłam czym prędzej i wraz z dziewczyną poszłam do studia.
Na miejscu poszłam do pokoju nauczycielskiego. Nie zastałam tam jednak nikogo. Usiadłam na krześle i zaczęłam przeglądać gazety leżące na stole. "Idealne kanapki dla każdego" - domyśliłam się, że ten magazyn należał do Beto. "Łysienie plackowate i jego leczenie", "Muzyka jest wszędzie", "Grzybica paznokci" - głosiły nagłówki. Zaczęłam zastanawiać się czyje są magazyny medyczne...
- Angie, wstawaj! Twoje zajęcia zaczęły się kwadrans temu - usłyszałam nagle głos Pabla.
- Eee... Tak. Przepraszam, nie najlepiej sypiam i jeszcze te koszmary... - zaczęłam się tłumaczyć.
"To pewnie początek zaburzeń psychicznych" - przypomniały mi się słowa Brunhildy. 
- Może... Wiesz, mam numer do psychologa. Chodziłem do niego po wypadku - powiedział mężczyzna jakby czytał mi w myślach. - Proszę, to jego wizytówka.
Spojrzałam na niewielki kartonik. "Poradnia psychologiczna, Conrado Fidel" - głosił napis.
- Dziękuję, może się wybiorę... po ślubie Olgi... Lecę na zajęcia, papa! - zawołałam, uświadomiwszy sobie, która godzina. 
W sali przeprosiłam uczniów za spóźnienie i poleciłam im poćwiczyć utwór "Podemos".
Po lekcjach wróciłam do domu. Starałam się za wszelką cenę nie natknąć na Germana. Na szczęście pojechał z Ramallo kupić garnitur. Ślub był przecież już jutro. Westchnęłam i poszłam na górę. Gdy zamknęłam drzwi mojej sypialni, podeszłam do okna. Widziałam stąd cały ogród. Nagle dostrzegłam postać siedzącą na ławce. To był German. Wyglądał na zmęczonego i zmartwionego. Poczułam przemożną chęć, by go przytulić, by poczuć jego wargi, by popatrzeć w jego oczy... 
Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Mimo, że na ogół pedantycznie dbałam o porządek, teraz nagle zapragnęłam mieć zabałaganiony pokój. Beznamiętnie sięgnęłam do szafy i zaczęłam wyrzucać z niej ubrania. Wtem moje palce natrafiły na delikatny, koronkowy materiał. Poznałam swoją błękitną suknię. Łzy zaczęły kapać, mocząc materiał. Miałam być świadkową, a German świadkiem... Nie do końca świadoma co robię, rozdarłam suknię i cisnęłam ją przez otwarte okno. 
Następnie wybiegłam z domu. Biegłam ulicami miasta, aż dotarłam do baru. Weszłam i zamówiłam duże frytki i hamburgera. Nigdy nie przepadałam za fast foodami, ale teraz czułam, że muszę zjeść coś nasyconego tłuszczem i pozbawionego wartości odżywczych. Po chwili przyszło zamówienie, a ja zjadłam je z niewiarygodną prędkością. Gdy skończyłam, poszłam do lodziarni. Dopiero po pięciu gałkach mój nastrój uległ poprawie. Postanowiłam wrócić do domu. Weszłam cicho, z nadzieją, iż nikt nie zauważy mojego przybycia. Niestety na korytarzu wpadłam na Germana. Nasze spojrzenia się spotkały. Przez ułamek sekundy pragnęłam tylko jednego - pocałować go i wreszcie zakończyć tą całą udrękę. Ale gdy otworzył usta, by coś powiedzieć, ominęłam go bez słowa i poszłam do kuchni. Tam, zjadłam jeszcze kawałek ciasta.
"Jak tak dalej pójdzie, nie zmieszczę się w sukienkę" - pomyślałam. Wtem przypomniałam sobie o swoim atak szału. Sukienka była w strzępach... 
Zmartwiona powlokłam się do swojego zabałaganionego pokoju. Po przywróceniu porządku, otworzyłam szafę i zaczęłam szukać czegoś co mogę ubrać na jutrzejszą uroczystość. Niestety nie było tam nic "spełniającego oczekiwania". W końcu wybrałam butelkowozieloną sukienkę, uznałam, że martwić się będę jutro. Westchnęłam i położyłam się do łóżka nie zważając na to, że nie byłam w piżamie. Sen nie chciał jednak nadejść. Dopiero po godzinie znalazłam się w objęciach morfeusza...

Obudziłam się następnego poranka. Sama. W moim łóżku. W moim pokoju. Poczułam nagle, jak bardzo brak mi budzenia się w ramionach Germana. Westchnęłam i poczułam ból brzucha. Pomyślałam jednak, że zaraz mi przejdzie i wstałam. 

Kilka minut później siedziałam już przy stole, gdzie panowała napięta atmosfera. Każdy na swój sposób przeżywał zbliżający się "wielki dzień" Olgi i Ramalla. Unikałam spojrzenia Germana. Zajęłam miejsce przy stole i nałożyłam sobie na talerz trochę twarożku ze szczypiorkiem. Nagle poczułam gwałtowne mdłości, zachciało mi się wymiotować. Wstałam i pobiegłam do łazienki. Nie zamknęłam nawet za sobą drzwi. Nie było na to czasu. W toalecie upadłam na kolana i pochyliłam się nad muszlą klozetową przytrzymując włosy. Zwymiotowałam. Potem sytuacja się powtórzyła. Po chwili klęczałam nad sedesem oddychając ciężko. Uniosłam się na chwilę, podeszłam do umywalki i ochlapałam twarz wodą. Mdłości nagle powróciły. Opadłam na posadzkę, pochyliłam się. Wtedy ktoś bez pukania wszedł do łazienki. Nie miałam siły spojrzeć, kto miał czelność to zrobić.
- Angie... Co się dzieje? - dobiegł mnie głos Germana. Po chwili poczułam jego dłoń na ramieniu. Zobaczyłam, że ukląkł przy mnie.
- German wyjdź stąd! - wykrzyczałam mu prosto w twarz i poczułam nagłe zawroty głowy połączone z mdłościami.
- Angie... - zaczął.
- Wynoś się!
Mężczyzna posłusznie podniósł się z posadzki i opuścił pomieszczenie. Popatrzyłam przez chwilę za nim. Widziałam, jak zamknął za sobą drzwi z głuchym trzaskiem. Po moim policzku spłynęło coś mokrego i nie była to woda, którą skropiłam twarz...
Wzięłam głęboki oddech, uniosłam się i z powrotem podeszłam do umywalki. Przejrzałam się w lutrze. Widok jaki tam zobaczyłam był co najmniej niezadowalający. 
Nagle z zewnątrz dobiegły mnie czyjeś krzyki. Wyszłam na korytarz i spostrzegłam, że dochodzą one z pokoju mojej siostrzenicy Zajrzałam do pomieszczenia. Drzwi były otwarte. W środku zobaczyłam Olgę ubraną w swoją suknię ślubną, stojącą obok niej Violę bezskutecznie próbującą wyplątać włosy gosposi z zamka ubrania oraz siedzący na łóżku German. Weszłam do pokoju i unikając spojrzenia ojca Violi podeszłam do kobiety, odsunęłam delikatnie Violettę i z łatwością wydostałam kosmyk włosów z "pułapki", po czym, zgrabnie zapięłam sukienkę.
- To trzeba spokojnie - rzekłam słabym głosem. Próbowałam się uśmiechnąć, ale wyszedł mi raczej ponury grymas.
- Angie, co Ci się stało, że wyszłaś ze śniadania? - spytała mnie siostrzenica z zatroskaną miną. 
- Wiesz, Violu... Nie czułam się najlepiej. Zachciało mi się wymiotować... - odparłam zgodnie z prawdą.
- O! A może jest pani w ciąży! - Olga poderwała się na moje słowa.
- Co? Ja nie... - zaczęłam, ale przerwał mi dźwięk dzwonka. German oznajmił, że otrzymał właśnie pilny telefon i wyszedł z pomieszczenia.
Wykorzystując małe zamieszanie również opuściłam pokój Violi.
Westchnęłam zamykając za sobą drzwi od mojej sypialni. No cóż. Przynajmniej czuję się trochę lepiej. Moja ulga nie trwała długo. Zwalił się na mnie kolejny problem. Sukienka, którą miałam założyć była w strzępach. Otworzyłam szafę w poszukiwaniu butelkowozielonej sukienki, którą wybrałam wczoraj na zastępstwo. Nagle natrafiłam na inną sukienkę. Wyciągnęłam ją i zaczęłam oglądać. Była śliczna. Była idealna. Była... dokładnie identyczna, jak ta, którą kupiłam kilka dni temu.
Zobaczyłam, że na ziemię spadła jakaś karteczka. Już chciałam ją podnieść, gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Odłożyłam ubranie na łóżko i wymamrotałam ciche "proszę". Do pokoju weszła Violetta. Poprosiła, abym zapięła jej sukienkę. Posłusznie spełniłam jej prośbę, po czym wygoniłam ją żartobliwie z sypialni. 
Ubrałam się w błyszczący materiał niebieskiej sukienki. Nie miałam czasu ani ochoty na zastanawianie się skąd wzięła się w mojej szafie. Dodałam do niej delikatne błękitne pantofelki i umalowałam się nieco mocniej niż zazwyczaj. Część włosów upięłam fikuśnie z tyłu głowy, a reszcie pozwoliłam swobodnie opadać na moje ramiona. Użyłam odrobiny perfum, przejrzałam się ostatni raz w lustrze i uśmiechając się do siebie powędrowałam do pokoju Violetty. Dziewczyna oznajmiła, iż jest prawie gotowa. Pociągnęła jeszcze usta pastelowym błyszczykiem, po czym razem zeszłyśmy na dół. Tam czekali już na nas panowie. Spojrzałam przez ułamek sekundy na Germana, który penetrował mnie wzrokiem. Odwróciłam się szybko i obiecałam sobie nie zaszczycać go już ani jednym spojrzeniem. 
Zaczekaliśmy chwilę, po której pojawiła się panna młoda powitana szczerymi uśmiechami. W czwórkę wsiedliśmy do limuzyny, która właśnie podjechała pod dom.
________________________________
W miarę? :>
Ciekawi ślubu Olgi i Ramalla?
Kolejny rozdział już jutro. : )
Abrazos cálidos. ♥
J & B

piątek, 2 sierpnia 2013

Rozdział 54

Rozdział 54.

W ogrodzie usiadłam na ławce koło magnolii i zaczęłam rozmyślać o swoim ślubie. Ta myśl budziła we mnie mieszane uczucia.

"Nie... Przecież kocham Germana. Weźmiemy ślub i będziemy szczęśliwi" - starałam się tak rozwiewać wątpliwości i ponure wizje.
Reszta wieczoru upłynęła leniwie na czytaniu powieści kryminalnych. Nim się spostrzegłam wstałam z łóżka się następnego ranka po nieprzespanej nocy. Dzień mijał zaskakująco szybko. Od koncertu dzieliło nas już tylko kilka godzin. Na szczęście nie byłam w grupie organizatorów, więc tego dnia miałam wolne i mogłam zostać w domu. Co chwilę łapałam się na tym, że mam zamknięte oczy lub przysypiam. Po obiedzie zrobiłam się niewiarygodnie senna. Usiadłam na kanapie w salonie, oparłam się o poduszki i zamknęłam oczy...

Stałam na cmentarzu w strugach deszczu. Błyskawice raz po raz rozcinały niebo, a ja wpatrywałam się w napis na nagrobku: "Maria Castillo". Odwróciłam wzrok. Nagle moją uwagę przyciągnął nagrobek obok: " Angelika Saramego, zmarła przez swoją córkę, Angie". Przerażona zaczęłam biec w stronę pomnika anioła. " Pablo Galindo - zmarł przez swoją przyjaciółkę"  - dostrzegłam na k
olejnym grobie. Przyśpieszyłam, serce waliło mi jak oszalałe. Nagle potknęłam się. Błoto oblepiło mi twarz, ale starłam je i ruszyłam dalej. Bałam się patrzeć na groby. Bałam się co będzie na nich napisane. Zmusiłam się by spojrzeć na granitową tabliczkę. "German Castillo - zmarł przez szwagierkę/narzeczoną".  Rozejrzałam się " Violetta Castillo - zmarła przez ciotkę", " Brunhilda Castillo - zmarła przez Angie, narzeczoną wnuka". Krzyknęłam i popędziłam w stronę bramy cmentarnej. Wtem z ziemi wysunęły się tysiące trupio białych rąk i sięgnęły po mnie. Biegłam pomimo skrajnego wyczerpania. Nagle zobaczyłam prostokątną dziurę w ziemi. "Angeles Saramego - zmarła przez wyrzuty sumienia". Zajrzałam do dziury i zauważyłam otwartą trumnę. Ręce pociągnęły mnie i poczułam jak tracę grunt. Uderzyłam z głuchym stuknięciem o wyścielone aksamitem dno trumny. Białe ręce wystawały ze ścian. Nagle wieko zamknęło się. Byłam tu, dwa metry pod ziemią. Nie należałam już do świata żywych...

- NIEEE! - krzyknęłam. 
Nagle zdałam sobie sprawę, iż to wszystko było tylko snem. Kolejnym koszmarem, które ostatnio miewam coraz częściej... German stał nade mną z przerażoną miną.
- Chciałem Cię tylko obudzić... Za pół godziny koncert... - wyszeptał. 
- To nie do Ciebie, krzyczałam do rąk... Zaraz, koncert jest za pół godziny?! - oprzytomniałam nagle.
- Tak... Angie, dobrze się czujesz? - zapytał z troską. - Może powinnaś zostać w do...
Nie usłyszałam reszty zdania, bo zerwałam się z kanapy i pobiegłam na górę, aby się przygotować. W popłochu wbiegłam do sypialni, zrzuciłam z siebie ubrania i zaczęłam przetrzepywać szafę w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego do okazji. W końcu wybrałam czarne rurki, bluzkę w czerwono-granatowe kwiatki, a do tego granatowy żakiet. Po ubraniu się podeszłam do lustra. Byłam strasznie blada. Umalowałam się delikatnie, chociaż trochę mocniej niż zazwyczaj, aby zakryć jakoś cienie pod oczami. Przeczesałam włosy i w biegu wróciłam na dół, gdzie czekał już na mnie elegancko ubrany German.
- A gdzie Violetta? - zapytałam.
- Odwiozłem ją wcześniej, musiała być na próbie generalnej.
- Och, no tak, jasne...
- Idziemy? - spytał podając mi rękę.
- Tak, chodźmy - chwyciłam jego dłoń i wyszliśmy z domu w kierunku samochodu.
Mój narzeczony otworzył mi drzwi, po czym sam zaszedł z drugiego strony, aby zająć miejsce kierowcy. 
Kilka minut później byliśmy już pod teatrem. Weszliśmy do wypełnionej pod brzegi ludźmi sali. Zajęliśmy miejsca dość blisko sceny. Po chwili pojawił się Beto. 
- Do-dobry wieczór - zaczął się jąkać potykając się o kabel od mikrofonu. - Dzi-siaj ma-mamy przyjemn-mność powi... Aua!
Na scenę wbiegł Pablo powitany gromkimi brawami. Wyrwał Beto mikrofon z rąk i odesłał za go kurtynę. Nauczyciel muzyki opuścił scenę ze spuszczoną głową.
- Dobry wieczór panie i panowie - zaczął dyrektor. - Dzisiejszego wieczoru mamy zaszczyt powitać uczniów ze Studia21 - na te słowa rozbrzmiały oklaski. - Na początek powitajmy chłopców. Oto Leon, Tomas, Andres, Maxi, Braco i Napo z piosenką... Voy por ti!
Na scenie pojawili się wyczytani uczniowie powitani gromkimi brawami. Dźwięki Voy por ti wypełniły salę. Występ połączony był ze wspaniałym układem tanecznym. Tak, Gregoriowi można wiele zarzucić, ale umiejętności choreograficznych nie sposób mu odmówić. Następnie Francesca, Camila, Violetta, Naty i Ludmila zaśpiewały "Veo veo". Nawet Ludmila współpracowała z pozostałymi. Na scenie była nie do poznania. Słuchając ich piosenki przepełniała mnie duma z siostrzenicy, która doskonale dawała sobie radę. Widziałam, że Germanowi również podobał się występ jego utalentowanej córki. 
Po głośnym oklaskaniu dziewczyn wszyscy uczniowie studia wykonali wspaniałe "Ser mejor". Ta piosenka zawsze wywoływała u mnie gęsią skórkę. Była taka szczera, prawdziwa, piękna. 
Publiczność zaczęła wstawać. Razem z Germanem poszliśmy w ich ślady. Otarłam łzy, próbując ukryć wzruszenie. Nagle poczułam jak coś chwyta moją drżącą dłoń. Opuściłam wzrok. Zobaczyłam i poczułam, jak German zaciska na niej palce. Odwzajemniłam jego uścisk i uniosłam głowę, aby spojrzeć mu w oczy. Uniósł lekko kąciki ust. Uśmiechnęłam się do niego przez łzy wzruszenia. Po
skończonej piosence owacjom na stojąco nie było końca. 
Utwór wydawał się końcem występów wieczoru, jednak po chwili zjawił się Pablo i oznajmił, iż czeka nas jeszcze jeden występ. Brawami powitani zostali Violetta i Leon z romantyczną balladą "Nuestro Camino".
Śpiewali doskonale. Idealnie ze sobą współpracowali, piosenka była dla nich stworzoną. Ich głosy pięknie ze sobą harmonizowały, czuć było między nimi takie porozumienie, dosłownie miłość w powietrzu. Po zakończeniu utworu stali blisko siebie, ich twarze zaczęły się do siebie zbliżać. Leon chwycił Violę w talii i pocałował. Publiczność wstała i rozbrzmiały gromkie brawa. Spojrzałam na Germana ze łzami w oczach. Jemu jednak nie udzieliła się ogólna radość, entuzjazm i wzruszenie. Wręcz przeciwnie. Zaczerwienił się i widziałam, że zaciska zęby. Zaczął przepychać się między oklaskujących moją siostrzenicę i jej chłopaka. Próbowałam go powstrzymać, jednak na próżno. Gdy dostał się już pod scenę para oderwała się od siebie, ukłoniła i znikła za kurtyną. Mój narzeczony wspiął się na scenę i pobiegł za nimi. Goniłam go, jednak nie udało mi się go powstrzymać. Gdy pojawiłam się za kulisami prawił właśnie kazanie swojej córce i Leonowi.
- Czy wyście oszaleli? Co wam przyszło do głowy, żeby obściskiwać się przed tymi ludźmi?! - mężczyzna robił się purpurowy.
Jego zachowanie przykuło uwagę pozostałych. Otoczyli nas uczniowie i nauczyciele. Pablo bezskutecznie próbował uspokoić mojego narzeczonego. W końcu udało mi się go przekrzyczeć.
- German, przecież oni nic złego nie zrobili! Po za tym, ludziom się podobało... 
- Ty też stoisz po ich stronie?! Przecież to, co zrobili było niedopuszczalne!
- Nie przesadzaj!
Teraz staliśmy przodem do siebie i kłóciliśmy się na oczach całego studia.
- Przesadzaj?! Przecież Viola to jeszcze dziecko!
- Nie masz prawa jej ograniczać! Ona ma siedemnaście lat!
- No właśnie! To jeszcze dziecko!
- Daj spokój! Pogódź się z tym, że ona dorasta! Nie jest już Twoją malutką córeczką, którą możesz nieustannie kontrolować! - wykrzyczałam mu w twarz.
- Nie masz prawa wtrącać się w to, jak wychowuję córkę! Nie jesteś jej matką!
To była przesada. Poczułam jak w moich oczach pojawiają się łzy. Zamachnęłam się i uderzyłam Germana w twarz otwartą dłonią, po czym odbiegłam, czując na sobie dziesiątki spojrzeń.
Moje oczy robiły się coraz bardziej mokre. Nie mogłam uwierzyć, jak German mógł mi coś takiego powiedzieć. Przecież tylko próbowałam bronić siostrzenicy.
- Angie, zaczekaj! - usłyszałam za sobą głos Pabla. Posłusznie zatrzymałam się, głównie dlatego, że nie miałam siły dalej biec. Usiadłam na jakimś murku, ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam szlochać. Mój przyjaciel usiadł obok, objął mnie ramieniem i zaczął głaskać po włosach.
- No już, już. Angie, proszę nie płacz - szeptał.
Próbowałam się uspokoić, ale nie potrafiłam. Uniosłam wzrok i spojrzałam na zatroskanego przyjaciela. Rzuciłam mu się w objęcia i ponownie wybuchnęłam płaczem.
Po kilku minutach w jego czułym uścisku trochę się uspokoiłam.
- Dziękuję, Pablo, że jesteś przy mnie - szepnęłam.
Byłam mu naprawdę wdzięczna, że o nic nie pytał, że bezinteresownie mnie pocieszał, że po prostu był.
- Odprowadzę Cię do domu - powiedział w końcu.
Pokiwałam twierdząco głową i z trudem stając na nogach ruszyłam z przyjacielem do domu Castillo. Nie miałam innej możliwości, jak tam wrócić. 
Gdy dotarliśmy pod dom podziękowałam Pablo za odprowadzenie, pożegnałam się z nim i weszłam do domu. Ignorując wszystkich domowników pomknęłam do swojej sypialni, zamknęłam drzwi na klucz i usiadłam na łóżku. Westchnęłam. Brakowało mi łez, żeby płakać. Brakowało sił, aby krzyczeć. Po prostu opadłam na pościel i chwilę później błądziłam gdzieś w otchłani snów...
__________________________________
I jak, może być?
Przepraszamy za pokłócenie Germangie, mamy nadzieję, że bardzo się nie gniewacie. ;)
Siempre con ustedes. ♥
J & B

czwartek, 1 sierpnia 2013

Rozdział 53

Rozdział 53. 

- Ech, Ramallku uwierzysz, że za już za kilka dni bierzemy ślub? - mówiła któregoś dnia Olga do swojego narzeczonego.

Przygotowania do wesela0 trwały w najlepsze. Sala została zamówiona, dekoracje przygotowane, menu zaplanowane, zaproszenie wysłane. Wciąż brakowało jednak sukni dla panny młodej. Ja i Violetta również nie kupiłyśmy jeszcze kreacji na wesele.
Jedliśmy właśnie śniadanie jak zwykle przygotowane przez Olgę.
- Wybierzemy się dziś na zakupy? - spytała nagle Viola. Wciąż nie wiem, w co ubierzemy się na Twój ślub, Olguś.
- Eee tak, oczywiście, możemy iść, jednak dopiero po zajęciach w studio - odparłam.
- Ma się rozumieć - siostrzenica uśmiechnęła się do mnie i wróciła do konsumowania kanapki.

Kilka minut później wyszłyśmy z Violettą do studia. W drodze dużo rozmawiałyśmy o zbliżającej się uroczystości, a także o jej relacjach z Leónem. Dowiedziałam się, że pogodzili się i w dodatku zbliżają się jego urodziny. Zahaczyłyśmy również o temat moich relacji z jej ojcem. Dziewczyna wciąż wypytywała się o ślub, a ja sama nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć. Jakoś trudno było mi stanąć przed perspektywą, że wkrótce mam stanąć na ślubnym kobiercu z Germanem i wciąż odwlekałam ten temat.
Na szczęście właśnie doszłyśmy do celu naszej "wyprawy". Postanowiłam choćby nie wiem co mieć dziś dobry humor. Dlatego przywołałam na twarz uśmiech i ruszyłam do pokoju nauczycielskiego.
Na zajęciach wszyscy byli bardzo podekscytowani. Nie chcieli słyszeć o niczym innym, jak o jutrzejszym koncercie. Szlifowałam z nimi piosenki, który przypadło im zaśpiewać, wprowadzaliśmy ostatnie poprawki. Wszyscy uczniowie bardzo się starali. Nawet Ludmila współpracowała z innymi. Po lekcjach zaczekałam na Violettę i ruszyłyśmy w stronę centrum handlowego, gdzie czekała na nas Olga.
Na miejscu postanowiłyśmy najpierw odwiedzić sklep z sukniami ślubnymi. Uwagę Olgity przykuła błękitna, satynowa suknia na ramiączkach. Była bardzo... radosna, więc namówiłyśmy przyszłą pannę młodą, aby ją przymierzyła. Strój ten był jednak zbyt wąski. Zamiast tego zaproponowałyśmy jej białą, zwiewną suknię z koronkami. Efekt był zaskakujący. Wyglądała w niej niesamowicie.
Viola rozejrzała się po sklepie, w którym byłyśmy, wybrała kilka sukienek i pobiegła z nimi do przymierzalni. Po kilku minutach pokazała się w jasnoróżowej sukience na krótki rękaw. Wyglądała ślicznie, więc pokazałam kciuk w górę, na co dziewczyna uśmiechnęła się do mnie promiennie.
Nadszedł czas na mnie. Sama nie miałam pojęcia, czego szukałam. Przeglądałam wieszaki w poszukiwaniu czegoś w sam raz na tę okazję. W końcu zobaczyłam na manekinie śliczną błękitną sukienkę z delikatnej koronki. Sprzedawczyni poinformowała mnie, że to ostatni egzemplarz, więc modliłam się, aby pasowała. Moje błagania zostały wysłuchane. Sukienka leżała świetnie. Pokazałam się Violi i Oldze. Siostrzenica pokiwała twierdząco głową z szerokim uśmiechem, a Olga wyglądała jakby nad czymś się zastanawiała.
- No pięknie, będzie pani wyglądała lepiej ode mnie na moim własnym ślubie! - zaśmiała się. - Wygląda pani cudownie, proszę ją kupić.
Uśmiechnęłam się do moich towarzyszek i wróciłam do przymierzalni, aby z powrotem przebrać się w moje ubrania.
Po skończonych zakupach wracałyśmy zadowolone do domu. Suknia ślubna dla Olgi miała zostać dostarczona do domu w ciągu najbliższej godziny.
Po dotarciu na miejsce zadzwoniłyśmy dzwonkiem, gdyż żadnej z nas nie chciało się szukać kluczy. Drzwi otworzył nam Ramallo. Olga powitała go całusem w policzek. Odrobinę zdziwił mnie ten widok, ale w końcu byli parą. Gdy weszłyśmy do środka, każda z nas poszła w swoją stronę; Olga do kuchni, Viola zdaje się na jakieś spotkanie z przyjaciółkami, ja natomiast ruszyłam na górę, aby zanieść zakupioną sukienkę do mojego pokoju. Powiesiłam ją starannie w szafie, przed tym oglądając ją jeszcze przez chwilę, po czym zeszłam na dół. Poszłam w stronę gabinetu mojego narzeczonego. Zapukałam delikatnie i słysząc ciche "proszę" weszłam do środka. German siedział przy biurku zawalony stosem papierów. Uniósł na chwilę wzrok i uśmiechnął się na mój widok, jednak na jego twarzy widać było zmęczenie.
- Cześć, kochanie - przywitał się ze mną słabym głosem.
- Hej. Co robisz? - spytałam podchodząc do niego i siadając mu na kolanach.
- Próbuję uporać się z tym wszystkim. Ramallo się żeni, a ja już nie daję rady, mam tyle pracy.
- Nie martw się - szepnęłam mu do ucha całując go delikatnie w policzek. - Jeżeli chcesz, mogę Ci pomóc.
- Nie, nie. Dziękuję, Angie, ale jakoś dam sobie radę.
- Daj spokój. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty - stwierdziłam wstając i zajmując miejsce na przeciwko niego.
- No dobrze. Tak. Przydasz mi się. Możesz emm... poobliczać te kwoty? - spytał podając mi jakiś papier i kalkulator.
Spojrzałam na rzędy małych cyferek i lekko zdumiona pokiwałam twierdząco głową. Przez następne kilkanaście minut ślęczałam nad kalkulatorem i wklepywałam do niego skomplikowane formuły. Wbrew pozorom była to prawdziwa harówa. Z każdą chwilą coraz intensywniej zastanawiałam się jak German może na codzień zajmować się czymś takim.
- Angie, mogłabyś otworzyć okno? - zapytał nagle. - Trochę tu duszno.
Posłusznie podeszłam do okna i przekręciłam klamkę. Odwróciłam się i spojrzałam na mojego narzeczonego sądząc, że zastanę go zacięcie notującego coś w dokumentach zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że ma wlepiony we mnie wzrok.
- Co Ty robisz? - spytałam machając mu dłonią przed oczyma.
- Emm... Przepraszam. Zamyśliłem się - odparł wstając z fotela i podchodząc do mnie.
- Czy ja Cię przypadkiem nie rozpraszam?
- No... Może troszeczkę - zaśmiałam się z jego słów, stał już bardzo blisko mnie.
Odgarnął z mojej twarzy kosmyk włosów, po czym przyciągnął mnie do siebie i złożył na moich ustach pocałunek. 
"Tenerte a ti es respirar como vivir si tu no estats..."
Całował mnie swoimi gorącymi ustami. Pocałunek był taki czuły, delikatny, ale i namiętny. Odwzajemniłam go starając się robić to równie czule. Jedną rękę zanurzył gdzieś w moich lokach opadających falami na ramiona, a drugą objął mnie w talii i mocno trzymał przy sobie. Oparłam dłonie na jego torsie. Był niesamowicie umięśniony. Zatraciłam się w jego poczynaniach, przestałam myśleć, czułam tylko dotyk jego cudownych warg...
Nagle z kuchni dobiegł nas jakiś hałas, a następnie podniesione głosy. Momentalnie powróciłam do rzeczywistości i niechętnie, acz zdecydowanie przerwałam pocałunek. Otworzyłam oczy. Spostrzegłam, że zamiast stać German, jak to ostatnio zwykł robić posadził mnie, tym razem na parapecie. Patrzył na mnie błyszczącymi oczami, na twarzy miał wypieki. Wyglądał tak uroczo. Nagle zobaczyłam, że kilka guzików mojej bluzki zostało odpiętych. Jak to możliwe, że nawet nie zauważyłam, kiedy zostało to poczynione. Zapięłam szybko bluzkę, czując jak moje policzki płoną rumieńcami. Wtedy przypomniałam sobie również o tym, co przerwało naszą wspólną chwilę, mianowicie dochodzące z kuchni hałasy.
Szybko zsunęłam się z parapetu, na którym wciąż się znajdowałam i wybiegliśmy razem z Germanem z gabinetu. Zobaczyliśmy przez otwarte drzwi kuchni, że Olga kłóci się z Ramallo.
- ...Powtarzam Ci, że zobaczysz ją w dniu ślubu! - krzyczała gosposia wymachując wojowniczo patelnią i zasłaniając swoim ciałem duże, kartonowe pudło, obok którego stał jakiś niewysoki mężczyzna. Najwyraźniej przywiózł właśnie suknię Olgi.
Weszliśmy szybko do pomieszczenia, próbując załagodzić tę kłótnię. Niestety sytuacja tylko się pogorszyła. Gdy tylko przekroczyliśmy próg pomieszczenia, trzy pary oczu utkwiły w nas wzrok. Spojrzałam na Germana. Podobnie jak ja, co sama czułam, nadal miał rumieńce na twarzy i, co dopiero udało mi się zauważyć jego koszula była w połowie rozpięta. Biorąc pod uwagę, że do tego wszystkiego miałam potargane włosy, nie wyglądaliśmy za ciekawie. No pięknie, co musiał o nas pomyśleć ten mężczyzna.
Na szczęście Ramallo szybko zareagował wyjmując portfel zza pazuchy i podając nieznajomemu kilka banknotów. Kurier po otrzymaniu zapłaty ukłonił się i opuścił dom. 
- Nie to nie! Idę się zająć czymś ważniejszym niż byle fatałaszki! - zakrzyknął wybranek Olgi i wybiegł.
- Co się stało, Olgo? - zapytałam powoli, mając na uwadze nastrój gosposi.
- Chciał zobaczyć suknię! Powiedział, że nie wierzy w przesądy i nie zapłaci dopóki nie zobaczy! Imbecyl! - zawołała, wymachując pomidorem.
Westchnęłam i szepnęłam Germanowi, żeby porozmawiał z "imbecylem". Sama zaś poszłam do ogrodu. 
______________________________________
Jak wam się podobało?
Mamy nadzieję, że chociaż troszkę. :)
Besitos. ♥
J & B